Ja i moja babcia nie mamy za głębokiej relacji. Wizyty u niej zawsze traktowałam raczej jako obowiązek. Męczyło mnie słuchanie o tym, co ją boli i kto umarł. Podczas jednego ze śniadań wielkanocnych babcia jak zwykle narzekała. Nagle zamilkła, a po chwili oznajmiła: "a pierwszego męża mojej mamy to zastrzelił organista". Masz moją uwagę, babciu!

Wszystkie znaki na niebie i ziemi – oraz lekarki – mówiły, że babcia wyniki ma dobre, tabletek za dużo pić nie musi i większość babcinych problemów wynika raczej z jej charakteru. Z braku zaufania do ludzi, z wytykania im każdej pomocy, której udzieliła, z obrazy o brak wdzięczności do końca życia za jeden podarowany koc. Gdy myślę o babci, słyszę jej głos: a mało to jej w życiu pomogłam? A teraz udaje, że mnie nie zna! Zawsze unikałam wizyt u niej i rozmów, które niosły ze sobą ryzyko powiedzenia czegoś, czego babcia nie powinna wiedzieć albo co mogłaby obrócić przeciwko mnie. Aż nadeszła pandemia i z poczucia obowiązku zaczęliśmy – ja i Tomek – jeździć do babci raz w tygodniu, żeby zawieźć jej zakupy i wypić z nią herbatę. Z początku te wizyty były męczące jak zwykle, ale za którymś razem babcia zaczęła się wyraźnie cieszyć z naszej obecności – i zaczęła opowiadać.

Byłam przyzwyczajona do stwierdzeń, że miała ciężkie dzieciństwo, a do szkoły musiała chodzić pod górkę i to w drewniakach, ale tym razem usłyszałam więcej – choć widać, że wiele faktów już się babci miesza i na pewno trzeba by je rozplątać i zweryfikować. Babcia pamięta na przykład, jak mężczyźni szli na wojnę (miała wtedy 5 lat) – jak maszerowali przez wieś, śpiewając. Nie pamięta za to, jak to było, że jej tata wrócił z frontu. Utkwiło jej jednak w głowie, że wygonił ją z pokoju/łazienki, kiedy patrzyła jak się golił, a ona rozpłakała się i powiedziała, że żałuje, że modliła się za niego, żeby wrócił – gdyby nie wrócił, toby teraz na nią nie krzyczał. Wspominała, że tata po wojnie był już innym człowiekiem. Dużo pił.

O swojej mamie babcia wypowiada się trochę z pogardą. Z tego co zrozumiałam, prababcia pochodziła ze szlachty (ale z opowieści wynika, że gdzieś po drodze musiała zubożeć) i miała dużo pola. Babcia regularnie przytacza słowa swojej babci od strony taty (prawdopodobnie), która zachęcała go do ożenku. Łozyń się, bo tam dużo pola – cytuje babcia, a później rozważa na głos. – Gdzie taki młody chłop do wdowy z dwójką dzieci? Czasem pyta, czy nadal tak jest, że ludzie, biorąc ślub, patrzą tylko na majątek. Pamiętam, że opowiadała też kiedyś, że była słabym dzieckiem i miała nie przeżyć. Nie wiem, czy zdarzyło jej się zachorować, czy po prostu nie wróżyli jej dobrze, ale podobno jej mama przykryła kołyskę welonem i poszła pracować w polu – podobno nie mogła patrzeć na śmierć dziecka i miała wrócić już po wszystkim. Ale czarny scenariusz się nie spełnił i Anastazja przeżyła. Chyba nie wywołało to radości wśród rodziny, bo babcia wiele razy w rozmowie wspominała, że czuła się niekochana i niechciana i że jak kiedyś była głodna, mama zbyła ją słowami: gdzie robiłaś, tam idź żreć. I jeśli wierzyć temu, co mówi babcia, jej trzy siostry coś dostały (nie rozumiem, czy po śmierci ich mamy, czy w posagu), a moja babcia nie dostała nic. Jak na ironię, jest ostatnią z rodzeństwa, która wciąż żyje.

Nie potrafiła sobie przypomnieć, jak to się stało, że przeniosła się ze wsi do miasta. Ostatnio mówiła, że przyjechała do jakiejś ciotki, żeby uczyć się krawiectwa, ale moja mama zna historię, według której babcia przyjechała tu ze swoim pierwszym mężem, który niedługo później ją zostawił- razem z ich dzieckiem, Januszkiem. Okoliczności tego rozstania nie są mi znane (słyszałam też wersję, że to babcia uciekła, bo jej mąż był złym człowiekiem). O Januszku wiem tyle, że zachorował i zmarł, chyba nie dożył nawet swoich pierwszych urodzin. Babcia nie wspominała o nim za dużo. Od mojej mamy dowiedziałam się (dokładnie wczoraj), że jest pochowany tam, gdzie mój dziadek (drugi mąż babci), ale nie ma o nim żadnej wzmianki na pomniku.

A historia z pierwszym mężem mojej prababci jest taka – według słów mojej babci – że organista chwalił się pod kościołem swoim nowym pistoletem. Nie do końca wiem, czy po prostu go pokazywał, czy przeładowywał, ale pistolet wystrzelił, a mąż prababci akurat stał na linii strzału. Osierocił dwie córki – starsze siostry mojej babci.

Ciężko stwierdzić, ile dokładnie jest prawdy w tych historiach. Babcia coraz częściej łączy kilka wątków w jeden. Czasem wspomina o kobiecie, która nie chciała wychowywać dziecka, więc zaraz po narodzinach przywiozła je, zostawiła na łóżku i wyszła, nawet się nie odwracając. Raz mowa o nieślubnym dziecku mojego pradziadka, pozostawionym tak u jego mamy, innym razem to dziecko jest (wciąż nieślubnym) owocem miłości brata pradziadka i jakiejś dziewczyny, podrzuconym do mojej prababci. W ostatniej wersji była mowa po prostu o córce jednego z młodszych sąsiadów mojej babci – ale to na pewno ten błędny wariant.

Nie wiem, czy jestem w stanie jakkolwiek dokopać się do tego, jak było naprawdę. Łapię strzępki informacji i staram się je jakoś połączyć w całość, choć momentami trzymają się ze sobą tylko na słowo honoru. Mimo to wydaje mi się, że każda z tych historii zawiera choć maleńkie ziarnko prawdy, a babcia – świadomie lub nie – przenosi mnie nimi do swoich dziwnych czasów, które znam tylko z jej opowieści i czarno-białych fotografii.