W jednym z newsletterów pisałam o marzeniach, które się nie spełniają. Wspomniałam w nim też o jednym z moich porzuconych marzeń – o zostaniu znaną basistką. Takich nieudanych pomysłów na siebie jest oczywiście więcej. Prowadzenie bloga kulinarnego na miarę Kwestii Smaku, zrobienie kariery (cokolwiek by to znaczyło – po prostu chciałam dużo zarabiać), no i w końcu – zostanie aktorką. W tym przypadku wszystko szło dobrze, dopóki nie poszłam do szkoły aktorskiej. Głównym problemem okazała się być… rzeczywistość.

Zły czas

To była policealna szkoła aktorska, którą większość koleżanek i kolegów z grupy traktowała jako przygotowanie do egzaminów w szkołach państwowych. Dla mnie była to trochę weekendowa odskocznia od codzienności, a tę stanowiła w dużej mierze opieka nad tatą w dni robocze. Nic bym nie zmieniła, jeśli chodzi o tamten czas. Gdybym miała jeszcze raz podjąć decyzję, czy będę w domu z tatą, raczej wybrałabym ponownie tak samo. Nie da się jednak ukryć, że przez ten wybór nie do końca wyciągnęłam z tej szkoły 100%.

Muszę też dodać, że pamiętam siebie z tamtego czasu jako osobę bardzo zamkniętą, odizolowaną, w pewnym sensie bojącą się pokazać emocje – a to jednak na nich w dużej mierze bazowało wszystko to, co robiliśmy na zajęciach. Miałam ogromny problem, żeby przepuścić przez siebie smutek, złość, lęk, żeby mogły wybrzmieć w tekstach, które mówiłam. Myślę, że to dlatego, że miałam w tamtym czasie wrażenie, że jeśli ta tama pęknie, to się rozsypię i długo nie pozbieram. Zajęcia w aktorskiej wywołały kilka pęknięć na murze, który zbudowałam wokół siebie, ale mimo to trzymał się jeszcze długo.

Kąpiele w alkoholu

Nie no, aż tak na tych integracjach to nie było. Chyba. W sumie to nie wiem, bo na nie nie chodziłam. Nie jestem przeciwniczką alkoholu, ale nie czuję się dobrze na imprezach, które nie mogą się bez niego obejść. Jeżeli mam się z kimś napić, to z osobą, której ufam, a nie na początkowym etapie relacji – żeby kogoś poznać i być może polubić.

Do tego wprost mówiono nam, że aktorzy po prostu piją i jest to nieodzowny element prób, afterów, biforów, świętowania premier – i uprzedzano, że jeśli się z tego rezygnuje, jest się z automatu poza towarzystwem. Już w naszej grupie trochę tak było – omijałam te integracje, nie miałam ochoty w nich uczestniczyć, zarywać nocy, narażać się na kaca, wiedząc, że kolejnego dnia rano będę wstawać o 7.00 razem z tatą. Dodatkowo chciałam mieć czas dla siebie i było to dla mnie ważniejsze niż poznawanie ludzi – obserwowałam więc z boku, jak zacieśniają się więzi.

Nie czułam się wykluczona przez grupę – rozmawialiśmy ze sobą, żartowaliśmy. Tę różnicę w relacjach widać było przede wszystkim na scenie. Osoby, spędzające ze sobą czas też po zajęciach, po prostu dobrze się znały – lepiej się wyczuwały podczas wszelkich improwizacji, ich dialogi już przy pierwszym podejściu wypadały naturalniej, łatwiej im było w swoim towarzystwie wchodzić w różne (często trudne) stany emocjonalne, których wymagała sytuacja.

Przerażała mnie wizja, że jeśli zdecyduję się iść dalej w aktorstwo, będę musiała zmuszać się do szybkiego nawiązywania relacji, chodzenia na spotkania integracyjne i picia dla towarzystwa albo przez kolejne lata znów będę tą, która się izoluje – żadna z tych perspektyw nie była dla mnie kusząca.

Zamknięty krąg

Alkoholowa integracja była ważna z jeszcze jednego względu – każdy był osobą, z którą potencjalnie można było w przyszłości współpracować, czy to partnerując sobie na scenie, czy na linii reżyser-aktor. Niebezpiecznie było się nie przyjaźnić, to byłoby trochę jak palenie za sobą mostów (do którego zaraz wrócę). Miałam to szczęście, że moja grupa była naprawdę fajna, właściwie każdego szczerze lubiłam i miło wspominam, ale zdawałam sobie sprawę, że to szczęście nie potrwa wiecznie. Prędzej czy później trafiłabym na kogoś, kogo nie mogłabym znieść, a mimo to musiałabym podtrzymywać tę relację tylko po to, żeby mieć otwartą furtkę i nie trafić na czarną listę osób, które nie dostają ról za karę.

Aha, jeszcze druga strona medalu – wyobraź sobie, że masz zagrać intymną scenę. Miłosną, może nawet erotyczną. Myśląc o tym zwykle wyobrażamy sobie, że partnerem_ką w tej scenie jest nasz ideał urody. I jeśli tak się trafia, to super, ale wyobraź sobie, że musisz pokazać (zagrać) miłość, pożądanie do osoby, która zupełnie nie podoba Ci się z wyglądu (a może do tego jest w Twoim mniemaniu człowiekiem o okropnym charakterze i w normalnych warunkach w ogóle nie utrzymywalibyście_łyście kontaktu). Jeśli nie pokażesz tej fascynacji, błysku w oczach, wyjdzie nieszczerze – będziesz tylko wypowiadać słowa, ale nikt Ci nie uwierzy, że są prawdziwe. Kiedy spróbowałam się postawić w tej sytuacji, powiało mi grozą.

Ta konieczność przyjaźnienia się, o której wspomniałam wcześniej, wyszła już na drugim roku, gdy zaczęliśmy przygotowania do spektaklu dyplomowego. Nie było castingu do ról. Wprawdzie każdy_a z nas miał_a napisać, kogo widzi w jakiej roli, ale ostateczna decyzja należała do reżysera, a ten przyznał role raczej według tego, kogo lepiej znał. Każdy musiał mieć swoje pięć minut, więc kilka postaci zostało sztucznie stworzonych na potrzeby spektaklu – tej, którą ja grałam, nie było zupełnie w oryginalnej historii (odgrywaliśmy współczesną Zbrodnię i karę z elementami choreografii), dodanie jej (podobnie jak jej ewentualny brak) niczego nie zmieniało w fabule.

Wykładowcy i wykładowczynie, w większości aktywnie grający na scenie, mówili nam też o tym, że lata w szkole aktorskiej spędza się w większości z tymi samymi ludźmi. Przerażało mnie to, jak bardzo nie ma się wtedy czasu na życie. Według tych historii wszystko miałoby się kręcić wokół aktorstwa – jak nie zajęcia to próby do spektakli, jak nie próby to integracje. Kilkanaście godzin dziennie z tymi samymi ludźmi, dzień w dzień, ewentualnie wypadnięcie z obiegu w przypadku za małego zaangażowania. Rysował się przede mną trochę zbyt zamknięty krąg.

Słodko-gorzkie wspomnienia

Bardzo miło wspominam większość zajęć – najmilej te, w których naszym głównym zajęciem było stanie/leżenie/siedzenie w różnych pozycjach przez półtorej godziny i obserwowanie siebie, kiedy nam wygodnie, kiedy nie, w jakich pozycjach najlepiej przepływa przez nas dźwięk i jak dane pozycje wpływają na nasz nastrój. To było ciekawe. Uwielbiałam też zajęcia z tańca, zarówno musicalowego jak i ludowego, z czasem polubiłam też improwizację aktorską i do dziś pamiętam niektóre scenki, które odegrałam lub obserwowałam i przy których płakałam ze śmiechu albo ze wzruszenia.

Lubię wracać do przygotowań do spektaklu dyplomowego, bo – choć nie były do końca dobrze zorganizowane – w większości świetnie się przy nich bawiliśmy i robiło wrażenie, gdy oglądaliśmy nagrania z pierwszych, improwizowanych prób, a później te same sceny, już doszlifowane, widzieliśmy na deskach w centrum kultury podczas próby generalnej.

Pamiętam tych kilka sekund, kiedy siedzieliśmy jeszcze w ciemności, ale rozbrzmiewały już pierwsze dźwięki Kałasznikowa, kurtyna szła w górę, a my szeptaliśmy do siebie w emocjach, że to już, że to zaraz, że rozpierdolimy tę scenę – jak w ostatnim błogosławieństwie przykazał nam reżyser od choreografii.

Ale już kilka tygodni później pojawiły się zgrzyty. Bez konsultacji z nami został ustalony drugi termin grania spektaklu, który przypadał w czasie, w którym kilka osób miało walczyć na egzaminach o swoje miejsce w szkole państwowej – było to ważniejsze niż zagranie drugi raz dyplomu, logiczne, jednak chyba w pewien sposób uraziło reżysera od scen. Później okazało się, że obaj reżyserzy planują wystawić nasz spektakl w centrum kultury, jednak z zupełnie nową obsadą. Żadnego info o castingu, że może ktoś z nas chciałby zagrać – nic. Informacja dotarła do nas przypadkiem. Podczas przygotowań do dyplomu koleżanka z grupy wymyśliła, żeby jej postać mówiła z rosyjskim akcentem. Przerobiła cały swój tekst i wyuczyła się go tak, że brzmiała niesamowicie naturalnie. Dziewczyna, która miała ją zastąpićnowym spektaklu zgłosiła się do niej z prośbą o pomoc przy nauce tego tekstu tak, jak ona go mówiła – i tak się dowiedzieliśmy.

Do reżysera od choreografii nie mieliśmy żalu – wszystkie układy ruchowe były przygotowane w stu procentach przez niego, a my zrealizowaliśmy jego wizję zgodnie z planem. Za to reżyser od scen jedynie spisał dialogi z naszych improwizacji, opartych o treść powieści i trochę je wyczyścił. Przyjął nasze postacie tak, jak je wymyśliliśmy, ewentualnie mówił, że czegoś mu tu brakuje i dawał radę, aby coś z tym zrobić. Przygotowaliśmy pismo, w którym dość dosadnie – może nawet ciut za bardzo, ale byliśmy strasznie źli o to – przedstawiliśmy nasze stanowisko w tej sprawie. Przedstawicielka naszej grupy rozmawiała też z reżyserem od choreografii, do którego nie mieliśmy żadnych pretensji, a mimo to przejął się zdecydowanie najbardziej.

Później ten od scen wysmarował w naszej grupie na fejsbuku naprawdę długi post, którego sens był taki, że na całym świecie wystawia się te same spektakle w różnych odsłonach, więc nie mamy prawa mieć pretensji, on poświęcił nam czas, tylu rzeczy nas nauczył (nie do końca się z tym zgadzaliśmy) i na naszym miejscu nie paliłby za sobą tego mostu, bo nie wiadomo, czy znów się kiedyś nie spotkamy. Wspomniał też, że on nie ma czasu dzwonić do każdego z nas i pytać, czy wyrażamy zgodę na wystawienie spektaklu i czy ktoś chce w nim znów zagrać – co już zakrawało na ironię, bo jednak ze znalezieniem czasu na napisanie nam, co nam się poprzewracało i gdzie, nie miał problemu. Chyba bardzo nie chciał zrozumieć, o co nam chodzi.

Pozostał niesmak i trochę żalu, które nadal rzucają cień na te dobre wspomnienia.


A jeśli do tego wszystkiego doda się brak stabilizacji finansowej, mamy odpowiedź na pytanie, co odwiodło mnie od zostania aktorką. Lubię scenę, chętnie bym na nią wróciła, ale ta sympatia nie jest warta aż tylu nerwów i wyrzeczeń. Wolę wyżyć się kreatywnie pisząc albo nagrywając od czasu do czasu jakieś bardziej przemyślane stories. W swoim tempie, w swoim czasie, bez podlizywania się i bez konieczności picia alkoholu.