Udało się! Z pomocą rodziny, po wielu miesiącach, po podpisaniu mnóstwa dokumentów, wydrukowanych chyba na ryzie papieru (R.I.P. drzewka) odebraliśmy klucze, zapakowaliśmy nasz dobytek i wreszcie pojechaliśmy do siebie.

Marzenie o domu przejęłam trochę od rodziców, którzy swego czasu dużo o tym mówili – jak fajnie jest móc wychodzić do własnego ogródka, jakie duże są pokoje, że można sobie majsterkować w garażu albo warsztacie. Zawsze też wydawało mi się, że dom to coś, co zawsze pozostanie w sferze marzeń – pozostało we mnie przeświadczenie, że to olbrzymi wydatek nie do ogarnięcia. Mimo to chodziłam za Tomkiem i powtarzałam, że chciałabym mieszkać w domu, a on – że lepiej najpierw kupić mieszkanie. Ja na to odpowiadałam, że jak kupimy mieszkanie, to utkniemy w nim do śmierci, bo pewnie z czasem będziemy mieć dzieci i więcej wydatków i nie będzie nam się chciało bawić w domy i przeprowadzki. Na szczęście z pomocą przyszła mi pandemia – utknęliśmy w dwupokojowym, pięćdziesięciometrowym mieszkaniu, Tomek wychodził z domu tylko na zakupy, a ja z psem na szybkie siku. Po tym, jak już znudził nam się maraton z Netflixem, wyczerpaliśmy tematy do rozmowy, a ja dodatkowo jeszcze wyzerowałam swoje introwertyczne baterie, Tomek wyszedł przewietrzyć się na balkon. Wrócił z genialnym pomysłem – ej, a może byśmy kupili jednak dom?

Okazało się, że w obecnej sytuacji – która wtedy dopiero zaczynała się wydłużać – ten kawałek balkonu i pół godziny spaceru z psem to było za mało. Na początku pandemii byliśmy też na etapie planowania ślubu i wesela, więc szybko opracowaliśmy plan. Jeżeli warunki pozwolą, do końca roku weźmiemy ślub. Później odetchniemy i od stycznia zaczniemy szukać domu – wiedzieliśmy, że będzie to pracochłonne i że może minąć sporo czasu, zanim trafimy na nasz ideał. SPOILER ALERT! Zrealizowaliśmy oba cele w ciągu roku.

Zawołał mnie dom z ceglaną ścianą i choć Tomasz pierwotnie go odrzucił, bo w ogródku były ule, zagłuszyłam jego dezaprobatę, głośno przewracając oczami i odpowiedziałam: zobaczysz, to będzie ten, który kupimy. Mnie wystarczyły zdjęcia, Tomek musiał zobaczyć na własne oczy, żeby się zakochać. Spodobało nam się wszystko – układ pomieszczeń, lokalizacja (blisko do lasu i do Lidla, to się ceni), a przede wszystkim ogród. Po pierwszym oglądaniu zaczęłam nazywać to miejsce naszym domem, chociaż nie podjęliśmy jeszcze ostatecznej decyzji, że złożymy ofertę, bo chcieliśmy sprawdzić dom również pod względem technicznym. Niestety, zatrudniony specjalista nie ostudził naszego zapału – oczywiście, jest coś do zrobienia, jak to w domu z lat sześćdziesiątych, ale nie było ani jednej usterki, która by go zdyskwalifikowała. Decyzja zapadła.

A kiedy już ją podjęliśmy, czas zaczął wariować. Mknął, kiedy trzeba było na raz załatwić dużo rzeczy, a przy tym wlókł się, bo formalności zdawały się nie mieć końca, a pandemia nie sprzyjała. Do tego perspektywa kupna domku z ogródkiem sprawiła, że mieszkanie w bloku stawało się z dnia na dzień coraz bardziej upierdliwe. Sąsiedzi za ścianą zaczęli jakoś głośniej ze sobą rozmawiać (a jeden to chyba w kółko burzył ściany i stawiał je od nowa), Nela na spacerach znajdowała i zżerała coraz więcej wyrzuconego przez ludzi jedzenia, a do tego miałam wrażenie, że wszyscy nagle kupili sobie szczeniaki i naprawdę nie ma już miejsca na spokojny spacer, żeby przejść chociaż sto metrów bez kombinowania, jak tu się najbezpieczniej minąć z drugim psem. Do tego wieczne szukanie miejsca parkingowego – im dłużej to wszystko trwało, tym bardziej wkurzało.

Już od tygodnia jesteśmy w domu. Takim prawdziwym, naszym, w którym od pierwszej sekundy poczułam się jak u siebie, choć dalej wydaje mi się to trochę abstrakcyjne. Z drugiej strony, zupełnie naturalne stało się dla mnie wyjście do ogrodu z psem po przebudzeniu i widok z okna, który mam podczas pracy – kilka domów i ściana lasu zamiast blokowiska i centrum handlowego. Tomek mówi, że czuje się jak na wakacjach, bo ma trawnik, po którym może sobie pochodzić i urządzamy sobie piesze wycieczki, żeby odkryć teren. Do tego dziwnie jadamy, bo jeszcze nie ogarniamy, gdzie co jest. I trzeba było ratować to, co rozmroziło nam się w transporcie. Zresztą nieprędko rzeczy znajdą swoje miejsce, bo czeka nas remont. Nie rozpakowujemy się więc za bardzo, uczymy się zawartości kartonów, przerzucamy ciuchy w walizkach, jemy obiad na tarasie i zbieramy paczki po chipsach obok rzuconego na podłogę materaca. I zmywamy ręcznie, jak nasze babcie, bo nie ufamy starej zmywarce, która stoi w kuchni. Starej lodówce też zresztą nie ufaliśmy, dlatego od razu zamówiliśmy nową – stoi w salonie, bo w kuchni się nie mieści, co jest w sumie fajne, bo z kanapy jest blisko po zimne piwo.

Chodzimy też po ogrodzie i próbujemy odgadnąć, co w nim rośnie. Wiemy, że mamy sporo drzew owocowych i trzy duże grządki. Niestety, jako nastolatka nie cierpiałam jeździć z rodzicami na działkę (tam zawsze było za dużo do zrobienia), więc byłam oporna na nauki rodziców i rozwijające się nieśmiało listki nic mi nie mówią. O jednym drzewie dwie osoby powiedziały, że to śliwa – a więc zostało śliwą. Ciekawe, jakie da owoce. Obiektyw Google rozpoznał wśród roślin również lubczyk i dwa korzenie chrzanu, a koło kompostownika prawdopodobnie wyrastają nacie pietruszki. Ponieważ poprosiliśmy sprzedającego o wywóz uli (choć pierwotnie planowaliśmy wytresować rój, aby formował się w jedną wielką pszczołę i pilnował posesji), moim nowym hobby zamiast pszczelarstwa będzie ogrodnictwo. Planuję kupić jakiś zestaw nasion dla opornych, zakopać je na grządkach, a później im kibicować. W mieszkaniu udało mi się ususzyć wszystkie rośliny, poza miętą na modżajto – mam nadzieję, że z ogródkiem pójdzie lepiej.

Mamy z Tomkiem szczęście. Sala, w której urządziliśmy wesele, była pierwszą, którą obejrzeliśmy. Dom, który kupiliśmy, jest drugim z trzech. Aż nie mogę uwierzyć – w to, jak szybko minął czas od pierwszego wejrzenia do wniesienia ostatnich kartonów i w to, że naprawdę nie będziemy musieli się stąd wynosić za dwa tygodnie; w to, że będziemy patrzeć, jak przyroda na naszym kawałku ziemi budzi się do życia podczas tej opóźnionej i szalonej wiosny, a później będziemy marudzić, ile owoców mamy i że trzeba robić przetwory, a jesienią – zgrabić liście. A zimą będziemy siedzieć na kanapie, pić gorącą czekoladę i może rozpalimy też w kominku, żeby było nam miło.

Nie mogę się doczekać kolejnych marzeń, które razem spełnimy.