Odpuszczanie zawsze kojarzyło mi się negatywnie. Ten zlepek liter miał dla mnie wiele definicji, ale ich wspólnym mianownikiem było przede wszystkim poddanie się. Towarzyszył mu zawsze specyficzny ton, trochę pogardliwy, trochę rozczarowany. Gdy pojawiało się TO słowo, ja w swojej głowie słyszałam "spodziewałam_em się po tobie więcej" - czasem wypowiedziane głosem innych ludzi, a czasem moim własnym.

Odpuszczanie sobie oznaczało, że się rozleniwiam, porzucam obowiązki, a jednocześnie – jakimś cudem – staję się egoistką, myślę tylko o sobie. Wzdychano, że sobie odpuściłam, gdy dostałam ze sprawdzianu czwórkę zamiast piątki, gdy moja średnia spadła poniżej 4.0, bo nie chciało mi się już uczyć dla samej nauki, a oceny przestały być motywacją.

Odpuszczanie czegoś oznaczało, że ktoś zaszczepił we mnie strach; że w zamian za moją listę pomysłów dostałam listę powodów, przez które ma mi się nie udać. To sygnał, że lepiej nie walczyć, porzucić coś dla mnie ważnego, bo jeszcze coś się komuś nie spodoba, zapamięta mnie i będzie mi w przyszłości robić pod górkę.

Odpuszczanie sobie kogoś to był mój brak inicjatywy. Gdy ktoś przestawał zabiegać o kontakt, ja nie potrafiłam się postarać, bo nigdy nie chciałam być tą, która jest zdesperowana i się narzuca. Odpuszczałam, bo skoro ktoś przestał dbać, to przecież go/jej nie zmuszę. I choć ta osoba zwykle po prostu przez chwilę miała swoje sprawy, wcale nie postanowiła zniknąć z mojego życia, nie potrafiłam znów wejść głęboko w relację, którą odpuściłam.

Odpuszczenie komuś to w moim słowniku udawanie przed osobą, która mnie zraniła, że wcale nie boli – żeby tej osobie przypadkiem nie zrobiło się przykro.

Od jakiegoś czasu próbuję to sobie na nowo poukładać. Bo przecież nie może być tak, że ja każdemu odpuszczam, każdego usprawiedliwiam i rozgrzeszam, żeby mógł spać spokojnie, a mnie nie odpuszcza nikt. Odkrywam, że odpuszczanie może być też dobre, może być formą osiędbania, a nie przejawem słabości, durnej dumy lub bezsensownego heroizmu w imię cudzej wygody.

Odpuściłam już bycie perfekcyjną panią domu i branie na siebie wszystkich obowiązków. Nie zabraniam Tomkowi zmywać, gdy staje przy zlewie, nie upieram się, że daj, ja to zrobię, bo jak nie zrobią to braknie mi dnia do mojego zmywakowego bingo. Przestałam też codziennie odkurzać, bo pół minuty po schowaniu odkurzacza sierści i tak jest tyle co wcześniej – dlatego wolę przez te 40 minut pograć w Simsy, bo same się nie przejdą. A właściwie to biorę się za rzeczy dla mnie ważne, czyli za pisanie. Odpuściłam sobie też wielu ludzi, gdy zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę muszę się przy nich pilnować, żeby nie powiedzieć zbyt dużo, a po spotkaniu wracam zmęczona i bez energii.

Za to uczę się nie odpuszczać rzeczy ważnych, nawet, a może zwłaszcza, gdy innym wydają się błahe. W końcu nikt nie zadba o moje sprawy lepiej niż ja. Przestaję bagatelizować moje emocje, stawiam mój komfort ponad cudzy, zwłaszcza gdy nie chodzi o nikogo bliskiego. Wciąż umiem zrozumieć, wciąż mam odruch bezrefleksyjnego usprawiedliwiania, ale ile można zaciskać zęby? Nie chcę ich sobie wykruszyć.

Mimo to czasem odpuszczam ludziom. Gdy już to przemyślę, przetrawię, przeanalizuję. I chyba jednak jestem egoistką, bo robię to dla siebie – żeby iść dalej, żyć tym, co dzisiaj, a nie przeszłością, która potrafi uwierać jak kamyk w bucie. Nie chcę pielęgnować w sobie złości, która prędzej czy później zżarłaby mnie od środka i musiałabym zacząć żywić się cudzym szczęściem, żeby zapełnić tę pustkę. Przede wszystkim chyba jednak chcę być dla siebie milsza – odpuścić sobie w tym nowym, dobrym znaczeniu. Być swoją własną przyjaciółką, która wspiera, zamiast gnoić.

I być szczęśliwą.