Nie tak dawno pisałam o tym, jak złość zastąpiła mi większość emocji. Pracuję nad tym i od jakiegoś czasu faktycznie mogę mówić, że jestem szczęśliwa zamiast akurat nie czuję złości albo nie jestem nieszczęśliwa. Mimo to ta złość wciąż się pojawia - uczę się odróżniać, kiedy faktycznie mam do niej jakiś ważny powód, a kiedy ważny, ale wynikający z jakiegoś nieprzepracowanego tematu albo działający tylko jako mechanizm obronny. Jednocześnie walczę też o to, żeby tej złości nie bagatelizować i kiedy się pojawia, nie wmawiać sobie, że to nic i że wciąż mam świetny humor. Rozmawiam z tą moją złością i ustalam, po co przyszła - a wybuchów w ciągu dnia mam naprawdę sporo. Może nie aż milion i nie wszystkie są spektakularne, ale zdarzają się. Powody są często takie same i choć ja pracuję nad sobą, żeby siebie zmienić, to mam wrażenie, że świat się nie zmienia i powody zostaną.

To wcale nie jest tak

Coś, co zapala mnie chyba najszybciej. Wydaje ci się. Nie możesz być o to zła. Po co się tym smucisz? I tak nic z tym nie zrobisz, po co się tym martwisz? Pogódź się z tym. Jakiekolwiek podważanie słuszności moich uczuć/emocji albo sprzeczne komunikaty przełączają mnie od razu w tryb bojowy. Bo gdybym nie mogła być o coś zła, to bym nie była. W ogóle gdyby emocje były zależne ode mnie, pewnie sporo bym wyłączyła. Drażni mnie, kiedy próbuję wytłumaczyć komuś, co czuję i z czego to wynika, a ta osoba nawet nie stara się postawić się w mojej sytuacji, tylko tłumaczy mi, że wcale nie.

Dlatego kiedy w pracy zgłosiłam, że mam za dużo zadań, przyznałam, że nie wyrabiam (bo część musiała czekać na rzecz innych) i mówiłam, że jestem przemęczona, a w odpowiedzi dostałam komunikat, że przy tej ilości pracy nie mogę być zmęczona i po prostu za mało się staram, miałam wrażenie, że naprawdę wybuchnę.

W takich momentach moja empatia to przekleństwo, bo zamiast wziąć urlop dla poratowania zdrowia, myślę o reszcie zespołu, na którą spadłaby moja część zadań – wiem, jaka ja jestem zmęczona i wiem, jacy oni byliby zmęczeni, gdybym poszła na urlop. I nie idę.

Nie umiem się kłócić. Czy raczej – walczyć o swoje. Na tyle, na ile potrafiłam, podałam logiczne argumenty za tym, że jednak mogę mieć rację, ale to był ten moment, kiedy mój punkt widzenia nie był ważny – ta rozmowa była po to, żeby uświadomić mi, że ktoś nie widzi podstaw do tego, żebym była zmęczona. W związku z tym, że dyskusja okazała się bezsensowna i spalająca jedynie resztki mojej energii, przepłakałam godzinę w pracy, pisząc maile i klnąc pod nosem, godzinę po pracy, a później całą noc śniło mi się, że roztrzaskuję ludziom głowy o schody, a jeszcze później – że występuję w Brzyduli, ale znów wszyscy giną i każdego trzeba ratować.

Ciasno

To coś, co coraz bardziej uwierało mnie przed przeprowadzką – kiedy taka wkurzona albo zmęczona po pracy zabierałam psa na spacer. I zazwyczaj zamiast relaksu fundowałam sobie 20-40 minut bycia w ciągłej gotowości i frustracji. Spacery po osiedlu stawały się coraz bardziej kłopotliwe. Choć starałam się wybierać najmniej uczęszczane ścieżki, naprawdę miałam wrażenie, że pandemia sprzyja adopcji psiaków, więc nasze szlaki zaczynały robić się zatłoczone. (Oczywiście adopcja zwierzaków zawsze spoko – po prostu robiło mi się ciasno. Mnie. Moje własne odczucie, do którego miałam prawo – co już wiemy z wcześniejszych akapitów). Zamiast przewietrzyć mózg i odciążyć głowę, wypatrywałam innych psów jeszcze zanim wypatrzyła je Nela, żeby mieć dostatecznie dużo czasu na rozpoznanie, czy to jeden z naszych przyjaciół, czy wręcz przeciwnie – i zdążyć bezpiecznie, bez stresu zmienić trasę (po to, żeby za kilkanaście metrów mieć ten sam problem).

A kiedy już udawało nam się dotrzeć blisko końca świata, gdzie mogłam poluzować smycz, po chwili znów musiałam ją skracać, bo wszędzie walały się resztki – kości, pieczywo, kiełbasy. Pies, chyba zwłaszcza schroniskowy, darmową wyżerką nie pogardzi – a szwedzkie stoły pojawiały się w coraz to nowych miejscach i coraz ciężej było ich unikać.

Idealnie byłoby tuż po pracy wsiąść w samochód i gdzieś pojechać, ale nie ukrywajmy – nie zawsze chciało nam się nakręcać tę logistyczną karuzelę, o której wspomniałam przy okazji notki o naszym domu. Każdy taki wyjazd wiązał się z koniecznością wstrzelenia się w odpowiednią porę dnia – żeby nie wleźć z jednego tłumu w drugi – i pogodę, a po powrocie – z krążeniem po osiedlu w poszukiwaniu wolnego miejsca parkingowego. Były dni, że rzucaliśmy wszystko i jechaliśmy, ale były też takie, że zwyczajnie nie mieliśmy siły się w to bawić i wyszarpywać sobie kawałka przestrzeni.

Nie ukrywam – kawałek ogródka i las dwadzieścia minut spacerem od domu bardzo ratują sytuację i mam wrażenie, że naprawdę mocno przyczyniają się do podtrzymania mojego spokoju. Od przeprowadzki zaczynam dzień od wyjścia za dom – rzucam kilka razy piłkę, Nela biega swobodnie, ja oddycham zielenią, nie martwiąc się, że moja bestia zaraz zeżre coś, czego nie powinna albo że wyjdzie na nas zza rogu przechodzień z psem bez smyczy. Startujemy bez pośpiechu i bez stresu.

Paraliż decyzyjny

Mam świetny pomysł na tekst i wiem, że jeśli teraz zacznę, napiszę całość prawie od ręki. Tylko muszę iść i zacząć pisać, teraz, natychmiast!

Ale widzę niepozmywane naczynia, których ogarnięcie zaplanowałam na zaraz po obiedzie – co niefortunnie zgrało się z rzadkim przypływem weny. I w ogóle ostatnio jakoś więcej zadań było na głowie Tomka, nie byłoby fajnie dalej to ciągnąć i robić minimum z minimum. Rozsądniej byłoby jednak pozmywać te naczynia, ogarnąć blaty i zrobić coś z praniem – puścić, rozwiesić, poskładać, pochować.

Ale jeśli się za to wezmę, mój pomysł ucieknie – ta jedna myśl, od której mogłabym wyjść, pójdzie w zapomnienie i już nigdy nie sformułuję jej tak, jak sekundę temu. Z kolei jak pójdę pisać, wciągnie mnie to przynajmniej na godzinę i znów zostawię rzeczy niezrobione albo będę je robić tuż przed snem zamiast relaksacyjnego rytuału w łazience.

Nie umiem odpuszczać. Chciałabym móc nic nie robić, tylko pisać, a jednocześnie mieć zrobione wszystko inne – oczywiście przeze mnie, bo ja zrobię najlepiej. Próbuję wyjść z tego myślenia, ale wciąż wkurzam się, kiedy nie potrafię podjąć decyzji. A raczej kiedy nie potrafię przyznać, że pisanie jest dla mnie teraz ważniejsze i że zrobiłam już obiad, więc nie mam ochoty zmywać naczyń. Dzielimy się obowiązkami dość sprawiedliwie, więc to nie jest tak, że jeśli ja nie pozmywam, to te naczynia zaczną kwitnąć i będziemy musieli zamówić z allegro jednorazowe talerze i sztućce, bo już nie będzie jak jeść. Mimo to dopiero teraz, po kilku latach związku, zaczynam ogarniać tę sferę komunikacji na tyle, żeby poprosić: ogarniesz naczynia? Ja idę popisać, później zrobię kolację. Albo skomunikować się z samą sobą i iść na kompromis: pójdę teraz pisać do wyczerpania pomysłu, góra godzinę, a później pozmywam lub odwrotnie, pozmywam, ale tylko to – nie biorę się później za nic więcej, tylko idę pisać. Staram się pamiętać, że nie tylko ja myślę o tym, żeby ogarnąć.

Ciuchy

W idealnym świecie 40 to 40 – bez względu na sklep. Niestety w prawdziwym świecie 40 to często 38 albo 44, a różnice są nawet między poszczególnymi modelami ubrań. Zamówiwszy kiedyś dwie różne pary szortów z jednego sklepu, w tym samym rozmiarze, w jedne nie weszłam, a drugie ze mnie spadały.

Nie znam się na modzie, buty zawsze kupuję czarne, bo do wszystkiego pasują, ale lubię ubierać się tak, żeby się sobie podobać i żeby było mi wygodnie – ale producenci ubrań tego nie ułatwiają. Zapominają, że duży biust często idzie w parze z wąską talią, a w koszulach naprawdę przydałby się ten jeden dodatkowy guzik w miejscu, w którym dwa pozostałe muszą najbardziej walczyć o przetrwanie.

Ostatnio i tak jest lepiej – pojawia się sporo polskich marek, których ubrania są już trochę bardziej przemyślane i szyte z dobrej jakości materiałów. Bardzo lubię Grubą Nicią Szyte, bo za kwotę, którą i tak musiałabym wydać na solidne rusztowanie albo byłabym skłonna zapłacić za dobrej jakości ładną piżamę, mogę mieć produkt idealnie na wymiar. Z drugiej strony zaliczyłam wtopę z dresami z More Moi, bo wprawdzie jakość materiału jest świetna, ale o te ubrania za bardzo trzeba dbać – to są dresy do ładnego wyglądania, do spacerów po mieście i relaksu w domu, nie do ciorania w taki sposób, w jakie lubię ciorać sportowe ubrania. No i nieopatrznie wrzuciłam je do prania razem z innymi sportowymi ciuchami i za mocno wywirowałam – spodnie i rękawy mają teraz długość 7/8. Wiadomo, że to moja wina, że nie wybrałam odpowiedniego programu prania, ale z drugiej strony wiem, że raczej nie zainwestuję drugi raz takiej kwoty w tego typu dresy – nie bardzo chce mi się o nie dbać i tworzyć dla nich osobną kategorię prania do odświeżenia, ale z wirowaniem na niskich obrotach, a do tego ciągle się stresować, że np. pies mi je potarga podczas szaleństw w ogródku. To po prostu ubrania dla ludzi o trochę innym stylu życia albo podejściu do mody.

Właśnie, kolejny aspekt – kwota. Choć rozumiem, z czego się bierze, czasem zwyczajnie mnie nie stać i wolę w cenie jednego dobrego t-shirtu kupić pięć przyzwoitych, które i tak posłużą mi dwa czy trzy lata, jak nie dłużej. Jeśli rzecz nie jest mi potrzebna na już, zaryzykuję i zainwestuję, często zostaję z marką na dłużej i później już wolę dozbierać i dokupować pojedynczo kolejne sztuki – jeśli spodoba mi się jakiś model ubrania, często kupuję go od razu w kilku kolorach.

Całe to logistyczno-pieniężne zamieszanie sprawia, że kiedy zużyje mi się jakieś ubranie i wiem, że lada moment będę potrzebować dla niego zastępstwa, robię się zielonkawa. Zaczynają się poszukiwania idealnego t-shirtu, jeansów, ołówkowej spódnicy… Zamawiam wszystko online, czasem w dwóch czy trzech rozmiarach – zwłaszcza, jeśli kupuję w jakimś sklepie pierwszy raz – i przymierzam, zestawiam z innymi ubraniami, które już mam, sprawdzam, co mnie uwiera. Jeśli choć jedna rzecz będzie mnie drażnić (dekolt podjeżdżający do góry, za ciasny szew przy rękawie, o centymetr za niski lub za wysoki stan), ciuch idzie do zwrotu. Czasem udaje się trafić za pierwszym razem, a czasem poszukiwania trwają bardzo długo – zwłaszcza, jeśli oprócz idealnego ubrania szukam też kompromisu między ceną a jakością.

Pieskie sprawy

Chociaż uwielbiam Nelę i nie wyobrażam sobie życia bez psa, wściekam się – ale znów na siebie. Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że każde niepożądane zachowanie wynika z jakiegoś mojego zachowania – albo z tego, że nie nauczyłam Neli reagować w prawidłowy (dla mnie) sposób, albo z tego, że nieświadomie utrwaliłam jakieś zachowanie. Zrobiłam postęp, bo i tak jestem na te wszystkie gesty bardziej czujna i dużo lepiej niż kiedyś przewiduję zachowania bestii, ale regularnie dochodzę do wniosku, że robię za mało albo wściekam się, gdy po postępie pojawia się regres i nie mogę dojść do tego, co zrobiłam nie tak.

I z jednej strony wiem, że to normalne, że wychowanie psa to trochę metoda prób i błędów, bo podręczniki i filmiki nie są w stanie przewidzieć i przekazać wszystkiego, przygotować na każdą ewentualność. Z drugiej strony są dni, że ta świadomość zupełnie nic mi nie daje. Czasem mam wrażenie, że po prostu nie umiem i mam ochotę rzucić wszystko w cholerę.

Ale później patrzę na przydługie pazury Neli, które od początku pandemii nie chcą się ścierać i myślę sobie, że jeśli czegoś z tym nie zrobię, zaczną się problemy – więc cążki w dłoń, ćwiczymy spokojne leżenie na boku, dotykanie łapek rękami, cążkami i tak w kółko i w kółko… Udało się obciąć jednego pazura, było przy tym trochę paniki, ale też dużo pochwał i tona ciastek w nagrodę. To było tak dawno, że zdążył już odrosnąć, a cążki wciąż pozostają trochę nieoswojone.

Zapisałam się do Dogflixa (świetna platforma dla każdego/każdej psiarza/psiary), ale w kredytowo-przeprowadzkowym chaosie nie wygospodarowałam jeszcze czasu, żeby faktycznie obejrzeć webinary – od czasu do czasu znajduję czas na przejrzenie wątków na forum, ale wiem, że żeby ruszyć do przodu, potrzebuję z trzy godziny i zeszyt na notatki.

Każde moje psie niepowodzenie powoduje we mnie wybuch – mocno wewnętrzny, żeby moimi emocjami nie dokładać stresu albo złości Neli. Na szczęście co jakiś czas dostaję od niej plasterek na moje zbolałe serduszko, kiedy w kryzysowej sytuacji okazuje się, że moja nauka jednak nie poszła w las, tylko (okrężną drogą) do mózgu – i Nela, zamiast radzić sobie na własną łapę, cofa się do mnie i zerka, czy podpowiem jej, co ma robić.


Czasem sobie myślę, że chciałabym mniej – mniej się przejmować, mniej się denerwować, mniej myśleć, mniej płakać, mniej przeklinać. Później emocje opadają, patrzę na wszystko z dystansu, oceniam na chłodno. Niestety ostatecznie zawsze dochodzę do wniosku, że gdyby tego wszystkiego było we mnie mniej, nie potrafiłabym dawać z siebie tak dużo. Może kiedyś nauczę się z tym żyć.