To prawda, że często potrzebuję ciszy - zwłaszcza po takim dniu pracy, kiedy telefony ciągle dzwonią i mam dość nie tylko cudzych głosów, ale też swojego. Ale jest taki rodzaj nie-ciszy, która zupełnie mi nie przeszkadza.

Kiedy zakładam słuchawki, odcinam się od świata. Włączam playlistę, przy której najlepiej mi się myśli – dokładnie tam, gdzie skończyłam poprzedniego wieczoru – i słucham.

Jedna gitara wchodzi rytmicznie lewym uchem, druga, melodyjnie – prawym. Spotykają się na środku mojej głowy, ale ta melodyjna przesuwa się trochę do przodu, bo czuje się ważniejsza. Zaraz dołącza perkusja – każde uderzenie w bębny i talerze czuję z tyłu czaszki, trochę nad potylicą. Dokładnie tak, jak słyszałabym perkusistę, siedzącego za mną na scenie. Wokal czuję różnie – czasem gdzieś między gitarami, czasem bliżej czubka głowy. Czuję tam też te wyższe dźwięki.

Z kolei miejsce basu jest w klatce piersiowej, bo moje serduszko puka w rytm niskich dźwięków. Chyba że mówimy o utworach, w których bas jest na pierwszym planie – wtedy jego dźwięki wypełniają większość mojej głowy. Czasem z tyłu czaszki – ale przed perkusją – ładne tło robi dla niego sekcja dęta.

Kiedy włączam playlistę, przy której piszę, dźwięki otulają mój mózg. Zajmują coraz więcej i więcej miejsca – aż myśli muszą się skupić i płynąć wąskim strumieniem. Jestem przygotowana – łapię je prosto na papier, którym następnie potrząsam lekko, żeby rozłożyć je równomiernie. Wszystkie te melodie są mi znane, więc – choć pobudzają mózg – nie muszę się na nich skupiać. Wyławiam spośród nich strzępki rozmów, zdań i pomysłów – te, które nie wypłynęły na początku, bo nie były na tyle ukształtowane i ciężkie, żeby wibrujące dźwięki wypchnęły je na zewnątrz.

Piosenki, przy których piszę to te, które przewałkowałam już mnóstwo razy. Na przykład w nocy, kiedy nie mogłam spać, więc słuchałam każdej z nich po kilka razy, z każdym kolejnym skupiając się na innym instrumencie. W chwili, w której te utwory wpadają z słuchawek do mojej głowy, rozszczepiają się na kilka ścieżek – i chociaż wokalista i jedna z gitar zawsze starają się być na pierwszym planie, nie ze mną te numery. Potrafię przepchnąć ich na bok i z uwagą posłuchać reszty zespołu. To pomagało mi się wyciszyć i zasnąć.

Ta konkretna playlista zawsze podsuwa obrazy, sceny – trzeba je tylko uchwycić, przyjrzeć im się, opisać to, co się widzi. Jedno słowo z łatwością zamienia się w zdanie – pierwsze, drugie, trzecie, a te rozrastają się, tworząc całe historie. Nie wszystkie akapity łączą się ze sobą. Nie wszystkie są dobre. Nie wszystkie chcę pokazywać. Ale żaden nie ląduje w koszu, bo każdy jest ważny – ściąga z głowy ciężar, natłok myśli, smutek, przygnębienie, dylematy…

Najtrudniej jest się oderwać. Zapisać szkic tekstu, zapauzować muzykę i ściągnąć słuchawki. Wrócić do świata, w którym często nie słyszę własnych myśli i z którego wyłapuję tyle bodźców, że nie nadążam z ich przetwarzaniem. W tym świecie ciężko ubrać myśli w słowa, bo prawie każda próba nazwania tego, co dzieje się w głowie kończy się czymś, co przypomina raczej jęk bezsilności.

Dlatego wieczorami lubię się odciąć – założyć słuchawki, włączyć muzykę, nie słyszeć tego, co dzieje się na zewnątrz, za to usłyszeć, co dzieje się w środku.