Wczoraj minął 28 dzień mojego małego, osobistego fit wyzwania. Zakładało ono trzymanie się planu treningowego przez 30 dni, a więc dwa jeszcze przede mną - ale myślę, że to dobry moment, aby podsumować, jak poszło.

Rachunek sumienia

Zacznę od tego, że ogólnie jestem taką trochę leniwą bułą. Słodką, leniwą, drożdżową bułą z serem i dżemem. 😀 To znaczy – chodziłam na siłownię, ale raczej towarzysko, żeby spędzić czas z moim chłopakiem, niż dla konkretnego celu. Ćwicząc z nim na maszynach – co straszliwie mnie nudziło – przybrałam jakieś 10 kg i zrobiłam się barczysta. Moja figura zrobiła się dla mnie za mało kobieca, więc aby ją odzyskać, porzuciłam maszyny na rzecz zajęć fitness. Pod kątem terminów i rodzajów zajęć, pasowały mi treningi 3 razy w tygodniu. Chodziłam na nie dość regularnie przez kilka miesięcy, aż… znów się znudziłam. Poprawiłam technikę ćwiczeń, kondycję, ale w końcu zaczęłam czuć, że moje ciało przyzwyczaiło się już do wszystkich ruchów, które wykonywałam na zajęciach. Duża potrzeba ruchu została, ale wykonywane ćwiczenia przestały spełniać swoje zadanie.

Dodatkowo zdarzało mi się coraz częściej opuszczać zajęcia, bo trafiały się ważniejsze rzeczy do zrobienia. I teoretycznie na taki pilates czy zumbę trzeba było wygospodarować 45 minut, więc niewiele… A w praktyce trzeba było poświęcić około pół godziny na dojazd w obie strony, być tam chwilę wcześniej, żeby się przebrać i zająć miejsce, a później poczekać, aż chłopak skończy trening (mieszkamy razem, więc na siłownię też jeździliśmy razem) – z 45 minut robiły się zwykle 2 godziny. To już było dla mnie za dużo marnowanego czasu.

Pojawił się dylemat: czy zrezygnować z siłowni i zyskać czas, czy trzymać się tych zajęć, żeby mieć jakikolwiek ruch w ciągu tygodnia? Dylemat ten został rozwiązany przez sukienkę, którą mój chłopak kupił mi w zeszłym roku, a tej wiosny okazała się nieco za ciasna na plecach.

Zrobiło mi się smutno. Zawiesiłam karnet na siłowni, wyjęłam lody z zamrażalnika i postanowiłam utopić mój smutek w smakołykach, jak nakazuje logika. I tak skończyła się moja przygoda z byciem fit. Dziękuję, dobranoc.

Nieee, żartuję – ciasna sukienka uruchomiła wolę walki. Wiadomo, kula – kształt idealny, ale wolałabym jednak mieścić się w tą sukienkę! Karnet na siłownię faktycznie zawiesiłam – żeby móc ćwiczyć w domu, bo to znacznie ułatwiało mi organizację i upchnięcie treningu w ciągu dnia. Wzięłam się w garść, zacisnęłam i przystąpiłam do planowania.

Buty i ręcznik – tyle potrzeba, żeby zacząć. No – i trochę motywacji, ale tego nie udało się ująć na zdjęciu. 😀

Plan działania i cel

W poście o poniedziałku wspomniałam o tym, jak odbyłam ze sobą wewnętrzny dialog. Przytoczę go raz jeszcze:

Ja: *leżę na kanapie i oglądam serial*
Głos w mojej głowie: Ej, Dżoana, nie podpuszczam, ale założę się, że nie dasz rady robić pięciu treningów tygodniowo przez miesiąc!
Ja: Ja nie dam rady?! Potrzymaj mi piwo!

Dialog ten był spowodowany tym, że chwilę wcześniej siedziałam na blogu Codziennie Fit, który od dłuższego czasu śledzę i gapiłam się na plan treningowy dla początkujących, który zakładał właśnie 5 treningów w ciągu tygodnia i 2 dni wolne (środę i sobotę/niedzielę). Głos w mojej głowie rzucił mi pod nogi rękawicę – musiałam ją więc podnieść.

Mało brakowało i znów bym zrezygnowała – nie miałam dostępu do drukarki, nie mogłam więc wydrukować planu treningu, aby stawiać sobie w nim krzyżyki! Koniec świata. 😀 Na szczęście przypomniałam sobie o Nozbe.

Utworzyłam projekt, każdy z treningów wpisałam jako zadanie na konkretny dzień i od razu ustawiłam, że ćwiczę w tygodniu o 19.00, a w weekendy o 8.00 – jak się szybko okazało, ustalenie konkretnych godzin było bardzo pomocne, bo oficjalnie i na stałe wpisało trening w plan dnia. Ustawiłam powtarzalność każdego z nich co 2 tygodnie. Użycie aplikacji ułatwiło organizację – godzinę przed treningiem dostawałam przypomnienie, a niemal tuż przed snem telefon wyświetlał informację, jakież to przyjemne ćwiczenia czekają mnie dnia następnego.

Przygotowawszy wszystko, usiadłam i czekałam na poniedziałek, który miał być pierwszym dniem mojego wyzwania. W ów poniedziałek, przed treningiem, zmierzyłam się i zapisałam wyniki pomiarów w opisie projektu.

Cel był dla mnie trudny do określenia – nie chciałam ustalać, że chcę stracić x centymetrów w cztery tygodnie, bo nie wiedziałam, jaka wartość podstawiona pod x byłaby rozsądna. Zaplanowanie utraty 1 cm mogłoby być zbyt prostym celem, zaplanowanie 5 cm – zbyt wygórowanym i byłoby mi smutno, gdyby nie udałoby mi się tego celu zorganizować. Czułabym wtedy, że mój wysiłek poszedł „na marne”, bo czarno na białym byłoby widać, że „nie dałam rady”.

Ustaliłam zatem następujące zasady:

  • robię 5 treningów w tygodniu, bez względu na to, do jakich rozmiarów urośnie demon mojego lenistwa,
  • przesunięcie godziny mojego treningu nie będzie powodem, aby całkowicie z niego zrezygnować – jeśli coś mi wypadnie i nie zacznę o 19.00, trudno, zacznę później, ale trening ma być zrobiony. Jeżeli naprawdę nie dam rady zrobić treningu w danym dniu, robię go w dniu wolnym od treningu,
  • kończę każdy trening, choćby było nie wiem jak ciężko – będę wydłużać przerwy, robić wolniej lub mniejszą ilość powtórzeń, ale skończę KAŻDY trening,
  • nie zmieniam swojej diety – nie wprowadzam rygorystycznego zakazu jedzenia słodyczy i przekąsek.

Jak widać, chodziło mi głównie o to, aby zachować narzuconą liczbę treningów i nabrać nawyku, że ten trening w ciągu dnia się pojawia. O dietę się nie martwiłam – zdarzają się u nas słodkości i przekąski, ale w granicach rozsądku. Gotuję raczej zdrowo, więc nie uważałam, aby jakiekolwiek zmiany były na tamten moment potrzebne.

Nastał poniedziałek, 17 czerwca – machina ruszyła.

Dobry stanik sportowy też jest przydatny – utrzymuje piersi w miarę w jednym miejscu, więc nie uderzają w twarz podczas poskoków. 😀

Przebieg wyzwania – trudności i pozytywne niespodzianki

Ku mojemu szczeremu zdziwieniu, pozytywów było dużo więcej niż trudności – i to największa niespodzianka. Byłam przekonana, że będę szukała wymówek, aby jednak nie robić treningu – może nie od samego początku, ale w drugim/trzecim/czwartym tygodniu. Tymczasem bez problemu organizowałam się tak, aby o tej 19.00 – choć czasem zdarzało się, że bliżej 20.00 – mieć już wszystko ogarnięte, rozłożyć ręczniczek i zacząć ćwiczyć. Dwa albo trzy razy zdarzyło się, że musiałam zamienić dzień wolny z dniem treningu, ale byłam na to przygotowana. Życie jest życiem – nie oszukujmy się, łatwiej przesunąć trening na drugi dzień niż zmienić termin odbioru mamy z lotniska. 😀

Największym utrudnieniem okazała się… miesiączka. Zwykle pierwszego dnia ścina mnie z nóg, drugiego już powoli się ogarniam, ale czuję, że mam wyraźnie mniej siły. I to był właśnie ten jeden dzień, kiedy naprawdę nie miałam ochoty robić treningu. Z drugiej strony – wiedziałam, że następnego dnia będzie niewiele lepiej, więc jednak się zmobilizowałam. Szło ciężko, bo miałam wrażenie, że mięśnie nie działają tak, jak bym chciała. Zrobienie deski było trzy razy trudniejsze niż zwykle, za to – dla równowagi 🙂 – tempo robienia powtórzeń trzykrotnie zmalało… Ale po treningu byłam z siebie podwójnie dumna i czułam się trochę lepiej – ustąpił ból głowy, ból brzucha, ból pleców.

Dość szybko, bo po mniej więcej dwóch tygodniach, zauważyłam, że łatwiej i sprawniej wykonuję ćwiczenia. W tym samym czasie odczuwałam już też inne zmiany – ciało zaczęło się robić bardziej zwarte, ujędrniła się skóra, wracało moje dawne, „ostrzejsze” wcięcie w talii. Zaczęłam również tracić ochotę na słodycze i słone przekąski. Wcześniej było tak, że po obiedzie zwykle miałam ochotę na jakiś deser. Po kilkunastu dniach ćwiczeń ten „problem” zaczął znikać – co nie znaczy, że zupełnie zrezygnowałam z jedzenia ciasta, lodów czy chipsów. Teraz po prostu łatwiej mi odmawiać. 😉

Niewielką trudnością był też fakt, że nie miałam żadnej maty ani pianki wygłuszającej – przez to nie wszystkie ćwiczenia wykonywało mi się wygodnie. Przy wykrokach lub zakrokach nogi lubiły mi się rozjeżdżać, miewałam problem, żeby stanąć stabilnie. Później zaczęłam ćwiczyć boso, ale wówczas także niektóre ćwiczenia – np. pajacyki w pozycji deski – nie były zbyt komfortowe. Dodatkowo mieszkam w bloku, więc wszelkie podskoki wydawały mi się bardzo głośne – nie wykonywałam więc wszystkich ćwiczeń tak intensywnie, jak bym chciała, żeby przypadkiem nie irytować sąsiadów. 🙂

Dziś rano nastał wielki dzień – po tych czterech tygodniach sprawdziłam, czy moje lepsze samopoczucie przełożyło się na centymetry. Poniżej wrzucam wyniki. 🙂

Proszę – jak pięknie dopompowałam pośladki! 😀

Jak widać – całkiem fajne wyniki. Zaskoczył mnie dodatkowy centymetr w bicepsie i fakt, że w udach zaszły takie małe zmiany – wizualnie te części ciała wyglądają dużo lepiej niż miesiąc temu. Ogólnie nie jestem pewna, czy mierzyłam się dokładnie w tych samych miejscach – następnym razem zaznaczę je niezmywalnym markerem. 😀 Ale jeśli mam być szczera, wyniki bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły i są dużo lepsze, niż się spodziewałam.

Co dalej?

W czwartym tygodniu ćwiczeń zaczęłam odczuwać zmęczenie. Nie był to jakiś spadek energii – chyba, że ten związany z miesiączką – ale raczej uczucie, jakbym nie do końca regenerowała się po treningach. Dlatego też dokonam drobnej modyfikacji, żeby po dniu treningu zawsze następował dzień wolny. Jeżeli nie będę odczuwała zmęczenia, prawdopodobnie będę dokładać piąty trening, ale póki co czuję, że muszę trochę odpocząć. Mam zresztą codziennie co najmniej czterdziestominutowy spacer z psem, więc myślę, że jeden trening mniej jakoś specjalnie mi nie zaszkodzi.

W tym tygodniu skorzystam jeszcze z planu treningowego, z którego korzystałam do tej pory, a od przyszłego postaram się wprowadzić inny. Być może zdecyduję się na ten sam plan (czyli Fit w miesiąc) w wersji dla zaawansowanych, skorzystam z wcześniejszej wersji (Fit miesiąc) i być może też odważę się na wersję dla zaawansowanych lub skorzystam ze spisu treningów i spróbuję samodzielnie ułożyć dla siebie plan na tydzień lub dwa.

Jeśli chodzi o dietę, nadal nie planuję wprowadzać żadnego rygoru. Widzę, że mój organizm sam z siebie się reguluje – mam ochotę na więcej warzyw i owoców, zjadam też mniejsze porcje, bo takie mi wystarczają.

Najmniej ważną rzeczą, która jednak może znacząco wpłynąć na komfort ćwiczeń, jest zakup pianki wyciszającej w formie puzzli. Wydaje mi się, że sprawdzi się lepiej niż zwykła mata, bo zajmie większą przestrzeń i nie będę musiała aż tak kombinować, żeby się na niej zmieścić.

I… To tyle. „Fit miesiąc” minął mi szybciej i łatwiej, niż się spodziewałam – i to chyba największa motywacja, żeby nie porzucać treningów. A, no i jeszcze kwestia sukienki, od której wszystko się zaczęło – już leży jak trzeba. 😀