Pamiętam jak zobaczyłam zdjęcie w ogłoszeniu i od razu powiedziałam do Tomka: zobaczysz, ten kupimy. On był trochę bardziej sceptyczny, ale po pierwszym oprowadzeniu przez pośredniczkę oboje zaczęliśmy używać słowa nasz w kolejnych rozmowach, choć na papierze wcale nasz jeszcze nie był. Należał do pewnego wdowca, którego żona (artystka, malarka, wykładowczyni) niedawno zmarła. Pamiętam pierwszy spacer po działce, wśród drzew owocowych i uli i pomyślałam sobie, że chcę częściej oddychać tym powietrzem. Wiedziałam też, że chcę mieć TAKI widok z okna sypialni i nie miałam wątpliwości co do tego, gdzie postawię biurko, przy którym będę pisać. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

I dokładnie tak jak wtedy, gdy zaczynałam związek, teraz też trochę przerażała mnie powaga sytuacji, a jednocześnie czułam całym sercem, że to jest dokładnie ten kierunek, w którym chcę iść. I jak każdą zakochaną osobę, nie za bardzo obchodziło mnie, co inni myślą o moim – czy raczej naszym – wyborze. A ci inni to prawie zawsze mieli jakiś problem i zamartwiali się o nudne dorosłe rzeczy – czy daleko do pracy, a co jak na stałe wrócimy do biura, a czy szkoły są blisko, bo przecież jak za 10 lat będziemy mieć dzieci to to szalenie istotne, no i czy nie wolimy czegoś mniejszego, żeby było mniej roboty. Siedziałam, słuchałam, kiwałam głową i myślałam sobie, że pracę można zmienić, że dzieci będą albo nie, a tym wyimaginowanym nie ma co podporządkowywać życia, że jakbyśmy woleli coś mniejszego, to byśmy znaleźli coś mniejszego. A później treść żołądka podchodziła mi do gardła na samą myśl, że kolejny lockdown mógłby nas znowu zastać w jakiejś ciasnej klatce, w której ciągle byśmy się o siebie obijali. I znów czułam, że nasza decyzja jest dobra.

Później działo się mnóstwo nudnych dorosłych rzeczy, było wiele papierów do podpisania i wiadro stresu, wiecznie przywiązane do szyi i obijające się o kolana przy każdym kroku. I w końcu dostaliśmy klucze, a ja poczułam, że nie możemy tak po prostu sobie teraz stąd pojechać – trzeba przejść się po ogrodzie, pogłaskać drzewa po korze, nawdychać się powietrza. To był moment zatrzymania, zanim znów ruszyła lawina nudnych dorosłych rzeczy.

I w końcu stało się. Jechałam już po ciemku, z Nelą na tylnym siedzeniu i co chwilę zerkałam na GPS. W końcu usłyszałam, że miejsce docelowe jest po prawej stronie i zatrzymałam się na chodniku, w trochę losowo wybranym miejscu. Dałam znać Tomkowi, który też był w drodze, że już jestem, ale nie wiem, która brama jest nasza. Wypakowałam Nelę, a ona od razu dociągnęła mnie pod odpowiednią furtkę. Najwyraźniej tyle jej naopowiadaliśmy o tym ogródku, który jej załatwialiśmy, że nie miała problemu z rozpoznaniem go.

Minęło równe 7 miesięcy, od kiedy napisałam o tym miejscu po raz pierwszy (o TUTAJ). Dziś wiemy już, które śliwy naprawdę są śliwami, że jabłek jest więcej niż myśleliśmy (i są pyszne), że wiśnie z naszego ogródka są najsmaczniejsze ze wszystkich, ale ogólnie to nie mamy pojęcia o ogrodnictwie. Za to sypialnia zaczyna przypominać sypialnię, lada moment postawimy szafy i wreszcie wyjmiemy ubrania z walizek, a wśród 400 kg mebli z Ikei będzie też mój wymarzony fotel z podnóżkiem. Od siedmiu miesięcy zachwyca mnie światło o zachodzie słońca, widok z okna, który jest pierwszym, co widzę po przebudzeniu i ptaszki, których nazw nadal się nie nauczyłam, ale uwielbiam patrzeć, jak siadają na gałęziach, podkradają nasze owoce i zjadają je w pośpiechu, pewnie (błędnie) myśląc, że się gniewamy. Od ponad pół roku śmieję się z Neli, która siada przy płocie i patrzy na kury sąsiada, chodzące po drugiej stronie, jak na najbardziej wciągający serial, a czasem odwracam jej uwagę, żeby nie wkurzała się na ciekawskiego kota, który czasem przychodzi na nasz taras i którego zawsze przegania, jeśli tylko go zauważy.

Tamtej kwietniowej nocy, jadąc zgodnie z trasą wyznaczoną przez GPS, minęłam tabliczkę z nazwą miejscowości i poczułam motyle w brzuchu. Doskonale wiedziałam, że zaczynam nowy rozdział i chociaż mieliśmy wtedy spędzić w tym miejscu dopiero pierwszą noc, ja czułam, że wracam do siebie.