Stałam sobie kiedyś spokojnie w liceum, odstając od reszty rówieśników i dryfując po oceanie własnych myśli, aż z tego oceanu wyrwał mnie podekscytowany głos kolegi, który opowiadał o różnych technikach wchodzenia w świadomy sen. Pierwszy raz zetknęłam się z tym określeniem, więc od razu zapytałam, o co chodzi. Dostałam odpowiedź, że to taki sen, w którym można kontrolować to, co się dzieje. Zdziwiłam się, ale nie tym, że tak się da, tylko tym, że nie wszyscy śnią w taki sposób.

Odkąd pamiętam, moje sny były dość sensowne – opowiadały historie. Sporo z nich to były oczywiście opowieści zupełnie błahe, ściśle związane z tym, co działo się w moim życiu. Na przykład, gdy zaczął się nowy rok szkolny, ten pierwszy po maturze, kiedy wreszcie nie musiałam wskakiwać w trybiki edukacyjnej machiny, przez pół roku regularnie śniło mi się, że zaspałam i spóźniłam się na matmę.

Miałam też jednak mnóstwo snów, po których budziłam się mega zmęczona, a niektóre mięśnie bolały tak, jakbym dopiero co skończyła porządny trening. Historie, które wtedy przeżywałam, zwykle wiązały się z ratowaniem jakiegoś człowieka albo ogólnie świata. Pamiętam, że podczas jednej z nich uciekałam z przyjęcia w ogrodzie, ściągając w biegu szpilki, ścigana przez jakichś oprychów z bronią. W takich chwilach jest zwykle jedna rzecz, której nie mogę zmienić – tu akurat pościg – ale niemal całą resztę rzeczywistości mogę dowolnie kształtować. Strasznie się bałam, bo właściwie nie miałam pojęcia, co się dzieje. Po prostu zostałam wrzucona w środek przyjęcia i wiedziałam, że muszę się ratować. Biegłam przed siebie, wiedząc, że zaraz dobiegnę do krawędzi urwiska, a wtedy zostanie mi skok do wody i umrę. Potrzebowałam czegoś, co pomogłoby mi się bezpiecznie ewakuować. Dlatego wymyśliłam sobie drzewo z wydrążonym pniem, do którego wskoczyłam i zjechałam tunelem jak po zjeżdżalni na parking, gdzie czekał już na mnie sportowy samochód.

Innym razem, znów wylądowawszy w samym środku jakiejś walki, zorientowałam się, że jestem bez broni. Strasznie nie lubię ginąć w swoich snach, zawsze mnie to boli, z tego powodu koniecznie chciałam się obronić. Szło na mnie dwóch facetów, żadna broń nie chciała się pojawić, dlatego ułożyłam palce dłoni tak, żeby imitowały pistolety i wycelowałam w napastników, krzycząc pif-paf! pif-paf! Jeden z nich już do mnie podszedł, wiedziałam, że zaraz oberwę i przestraszyłam się, że moja metoda nie zadziałała. Na szczęście szybko przypomniałam sobie, że to sen, więc wrzasnęłam na typa: co ty robisz! Nie możesz mnie uderzyć, przed chwilą cię zastrzeliłam! A on posłusznie położył się i umarł. Ogólnie zaobserwowałam, że strzelanie z palców jest mniej skuteczne niż z pistoletów i zdecydowanie bardziej męczące, natomiast w kryzysowych sytuacjach taka umiejętność się przydaje i polecam zapamiętać.

Motyw pościgu, ucieczki i walki bardzo często pojawia się w moich snach. W kolejnym – po tym, jak naoglądałam się Westworld – biegłam korytarzem. Nie pamiętam zbyt wielu szczegółów – na pewno miałam mało czasu i na pewno musiałam wydostać się z budynku. Dość szybko wpadłam jednak na gościa, przed którym uciekałam i mnie zastrzelił – obudził mnie potworny punktowy ból z tyłu głowy i byłam przekonana, że jak się podniosę, zobaczę plamę krwi na poduszce, a jak dotknę czaszki to wyczuję dziurę, przez którą będę mogła posmyrać się po mózgu. O dziwo, nic takiego się nie stało – zmacałam swoją głowę bardzo dokładnie – ale zdążyłam się solidnie rozbudzić. Mimo to, gdy ponownie usnęłam, pojawiłam się w tym samym korytarzu, co wcześniej. Wiedząc już, że poprzednia droga ucieczki się nie sprawdziła, próbowałam znaleźć inną. Dotarłam do jakiegoś pomieszczenia gospodarczego, z kilkoma półkami, kartonami – typowa ślepa uliczka. Rozglądałam się chwilę, żeby znaleźć sensowne wyjście, ale zdałam sobie sprawę, że utknęłam i tylko tracę cenny czas. Wiedziałam, że nie zdążę już wrócić do miejsca, w którym mogłabym wybrać inny korytarz, więc złapałam za wiaderko z czerwoną farbą i zaczęłam malować strzałkę na ścianie na wprost wejścia. Chwilę później w drzwiach stanął ten sam typ, co poprzednio, a wyraz jego twarzy mówił, że oboje wiemy, co się teraz stanie – i znów mnie zastrzelił, drań jeden! Tym razem obudził mnie punktowy ból skroni, ale ponownie okazało się, że nie mam żadnych nowych dziur i nie dostanę się do swojego mózgu. Ochłonęłam, uspokoiłam oddech i zaaferowane serduszko i usnęłam ponownie. I wylądowałam dokładnie w tym samym korytarzu! Znów zaczęłam biec, dotarłam do tego samego pomieszczenia, co za drugim razem, zauważyłam czerwoną strzałkę i pamiętałam, że sama ją sobie zostawiłam. Mój wzrok podążył w kierunku, który wskazywała i dostrzegłam wejście do szybu wentylacyjnego. Pamiętam, że zaczęłam się wspinać po kartonach, a później obraz się rozmył – koniec historii.

Chociaż wiem, że sen jest snem, a rzeczywistość w nim jest z plasteliny (a raczej z modeliny, ją się trudniej rozgniata), mam zasady. Na przykład – nie zdradzam męża. Mój mózg swego czasu regularnie podsyłał mi jakieś ładne twarze, a ja uparcie powtarzałam im, że jestem w związku. Tylko raz doszło do zdrady, kiedy sen zaczął się już po fakcie – pojawiłam się w jakimś nieswoim łóżku, z nieswoim partnerem. Wiedziałam, że to tylko sen, ale wiedziałam też, że dopóki się nie obudzę, będę w tej rzeczywistości – i czeka mnie w niej być może przykra rozmowa. To trochę jak zajęcia z improwizacji. Podchodzi prowadzący i nakreśla sytuację: budzisz się rano po imprezie i okazuje się, że zdradziłaś swojego chłopaka. Musisz podjąć decyzję, co z tym zrobić. Go!show must go on, trzeba odegrać swoją scenkę. Pamiętam, że intensywnie kombinowałam, że skoro to sen, to właściwie muszę tylko dotrwać do przebudzenia i może niekoniecznie jest sens poruszać ten temat. Jednocześnie czułam się paskudnie, bo emocje były bardzo realne i miałam wrażenie, że unikanie konfrontacji nie jest celem tego snu. Dla równowagi śniło mi się też raz, że ja zostałam zdradzona. Wtedy we śnie pomyślałam, że to koniec i że mój świat legł w gruzach, zaczęłam planować, jak teraz ułożyć swoją przyszłość – równolegle robiłam notatkę w mózgu, że kiedy się obudzę, muszę wyprzytulać lubego, żeby nigdy nie zapomniał, jak mocno go kocham.

I były też te dwa najdziwniejsze sny, jakie mi się przytrafiły. Pierwszy, gdy opiekowałam się moim tatą i jego alzheimerem. Jakoś z którejś środy na czwartek czy z czwartku na piątek przyśnił mi się właśnie tata. W rzeczywistości od dawna nie mówił, przestał już nawet pogwizdywać. Kiedy spotkaliśmy się we śnie, wkładał mnóstwo wysiłku, żeby wypowiedzieć słowo dobrze. Przychodziło mu to z trudem, ale powtarzał je. Czułam, że chodzi o to, że jest dobrze, że zrobiłam wszystko dobrze. Później mocno mnie przytulił, chciał sobie iść, a ja bardzo nie chciałam go puścić – wiedziałam jednak, że go nie zatrzymam. Obudziłam się, nie pamiętając tego snu, za to z poczuciem, że dzieje się coś złego, na co nie mam wpływu. Coś zaczęło się zmieniać. W sobotę tata trafił do szpitala. Sen przypomniałam sobie dopiero w poniedziałek, kiedy dostałyśmy informację o jego śmierci i pojechałyśmy rozmawiać z ordynatorem. Zadałyśmy mu pytanie, które zadałby chyba każdy w naszej – mojej i mamy – sytuacji: co przeoczyłyśmy? Czego nie zrobiłyśmy? A on powiedział, żebyśmy się nie obwiniały, bo wszystko zrobiłyśmy dobrze.

Kilka miesięcy później miała przylecieć w odwiedziny moja siostra – wszystko było już ogarnięte, ale w ostatniej chwili przełożyła lot o kilka dni. Śniło mi się, że kiedy już dotarła, wyciągnęła zdjęcie USG i oznajmiła, że jest w ciąży – i dokładnie to się stało kilka minut po tym, kiedy już odstawiła u nas bagaże. Jak się okazało, mój sen miałam w noc przed jej USG.

Lubię swoje sny. Często dostarczają mi rozrywki. Pozwalają przeżyć przygody, których normalnie bym nie przeżyła – ale też czasem pokazują mi moje najgłębsze troski. W chwilach, kiedy było mi najtrudniej i czułam, że nie mogę zrzucić z siebie tego ciężaru, śnił mi się pokój, w którym tylko stałam i krzyczałam, najgłośniej jak potrafiłam. Był też czas, że nie śniłam wcale. Wiem, że niby śni się zawsze, tylko nie zawsze się o tym pamięta, ale zwykle budziłam się chociaż ze świadomością, że coś tam się działo, że coś podczas snu przeżyłam. Były okresy, że nie miałam nawet tych strzępków – tak jakby jakaś cząstka mnie była wyłączona. Może mój mózg musiał odpocząć. Może wychwytywanie detali za dnia i ich projekcja w nocy były zbyt obciążające.

Na szczęście jakiś czas temu sny wróciły – z pełną mocą. Co prawda wciąż trafiają się te straszne, kiedy śni mi się, że roztrzaskuję ludziom głowy o schody, później okazuje się, że jestem opętana, a później, że jednak chora psychicznie, a wszystko po to, żeby po zakończonym leczeniu znaleźć na poduszce napisany krwią list, zakończony słowami jestem prawdziwa, a późnej budzę się przerażona, ale tak nie do końca, więc w półśnie zaczynam się zastanawiać, czy pani, która tu mieszkała wcześniej, nie została czasem zamordowana i czy nie będzie teraz nawiedzać mnie w snach, żebym ją pomściła…

Wygląda na to, że jeśli kiedyś zabraknie mi pomysłu na opowiadanie, wystarczy, że utnę sobie drzemkę.