Od razu uprzedzam – to będzie wkurzony tekst, bo po prostu jestem wkurzona, jak tylko słyszę „miejsca bez dzieci”. Ale też nie piszę tego tekstu z intencją przekonania kogoś do mojego podejścia, bo trochę nie wierzę, że mam tę moc. Po prostu terapeutka mi powtarza, żebym pozwalała się sobie złościć – to sobie pozwalam. 😁
Miejsca bez dzieci – może to dobry pomysł?
Kiedyś myślałam, że tak. W końcu każdy lubi mieć ciszę i spokój i gdy żaden pisk czy płacz ani przez pół sekundy nie zakłóca odpoczynku, podróży czy potencjalnie idealnej randki. Sprawa wydawała mi się prosta: jeśli nie masz dzieci i chcesz mieć spokój, osiedle bez dzieci będzie wyborem idealnym. Chcesz zjeść posiłek bez ryzyka, że ktokolwiek wrzaśnie – idziesz do restauracji bez dzieci. Jesteś styranym rodzicem, który nie chce słyszeć dzieci swoich ani cudzych? Wybierz hotel bez dzieci. Słowem: miejsca bez dzieci są dobre, bo zapewniają spokój tym, którzy chcą go mieć.
Zdecydowanie zły pomysł. Dlaczego?
Poszłam na terapię. I równolegle, ucząc się o swoich emocjach i brakach z dzieciństwa, bardziej zainteresowałam się rozwojem dzieci. Uwierzysz, że taki dwulatek wcale nie płacze, bo jest wredny i złośliwy? Takie dziecko po prostu czuje jakiś dyskomfort, jakąś emocję i nie wie, jak sobie z tym poradzić, więc robi to, co już umie – krzyczy i płacze. Chce się poczuć bezpieczne i zaopiekowane. Po trzech latach terapii widzę wyraźnie, że całkiem sporo dorosłych nie potrafi rozpoznać i nazwać swoich emocji oraz poradzić sobie z nimi w dojrzałych sposób. Dlaczego wymagamy tego od kilkulatków, skoro nawet czterdziestoparolatkom idzie z tym marnie?
Jakoś równolegle trafiłam na wystąpienie Mariana Turskiego pt. „Auschwitz nie spadło z nieba”. Zamieszczam je poniżej i zachęcam do odsłuchania. A w skrócie: pan Turski wraca do czasów drugiej wojny i podejścia do Żydów. Najpierw zabroniono im siadać na niektórych ławkach, później chodzić na niektóre pływalnie, później nakazano kupować pieczywo tylko w wyznaczonych godzinach. Coraz bardziej i bardziej odsuwano ich od codziennego życia społeczności. Małymi krokami przyzwyczajano innych ludzi do tego wykluczenia i do tego, że oni są inni i nie powinni żyć wspólnie z nimi.
Wracam do tego wystąpienia prawie za każdym razem, gdy słyszę, że miejsca bez dzieci to świetny pomysł i powinno być ich więcej. Moja główna odpowiedź na pytanie, co z tym pomysłem jest nie tak? brzmi: miejsca bez dzieci to miejsca bez ludzi o określonych cechach. Jeśli wykluczymy dzieci, to kogo wykluczymy później?
To nie zachęca
Podsumujmy: politycy grają kartą niż demograficzny! Kryzys! Rodźcie dzieci! Ale nic nie robią, aby ułatwiać życie, gdy te dzieci się pojawiają. Część ludzi strzeże zakazu aborcji (dla mnie brak swobodnego dostępu to zakaz), bo każde życie jest ważne. Chyba że zachowa się zbyt głośno w restauracji, to wtedy nie.
Wykluczenie dzieci to tak naprawdę wykluczenie rodziców tych dzieci. Najczęściej – wciąż, niestety – cierpią na tym kobiety. Ich życie w pierwszych latach rodzicielstwa kręci się przede wszystkim wokół pociech. Ojcowie biorą w tym coraz większy udział, ale proporcje zmieniają się powoli. Nie dość, że w miejscach publicznych brakuje miejsc do zajęcia się dzieckiem (toalety, przewijaki, kąciki do karmienia), to mielibyśmy dodatkowo uszczuplić liczbę miejsc, do których taka rodzina z dzieckiem może wyjść? I jeszcze wyobrażam sobie te wszystkie krzywe spojrzenia, które rodzice muszą znosić, gdy dziecko nie zachowuje się jak trzeba (czyli zachowuje się po prostu jak dziecko).
Skrzywdzeni dorośli
To tylko moje obserwacje, nie żadne badania – zaznaczam to, ale i tak się podzielę.
Wydaje mi się, że ludzie, którym tak zależy na miejscach bez dzieci to ci, którym nie było wolno. Ci, którzy w wieku kilku lat musieli być perfekcyjnie zdyscyplinowani. Byli dojrzali jak na swój wiek, nigdy nie nauczyli się przeżywać emocji, za to doskonale je tłumią i ignorują. Oni teraz siedzą, patrzą na dziecko, które płacze, a rodzic je tuli zamiast zrugać i nie wierzą. Dlaczego to dziecko MOŻE się tak paskudnie zachowywać?! Oni by nie mogli.
Oni by dostali w dupy, bo dzieci mają być ciche i posłuszne (czyli: zastraszone). Takie osoby mają pewnie zgrzyt. Musiałyby przyjąć i poradzić sobie z tym, że rodzice nie zachowali się jak trzeba. Nie dali im tyle czułości i wyrozumiałości, ile im się w tym wieku należało. Musiałyby też posiąść podstawową wiedzę o dzieciach. Zrozumieć, że to taki etap rozwoju, na którym niektóre umiejętności nie zostały jeszcze odblokowane. Ale to nie jest wygodne. Wygodniej jest zakazać wpuszczania dzieci w różne miejsca, bo bachory tylko drą ryja, a madki nic z tym nie robią.
Miejsca dla dorosłych i inne odpowiedzialne wybory
Są takie miejsca, gdzie z dziećmi raczej nie pójdziemy – np. do baru wieczorem. Albo do klubu ze striptizem. Te miejsca są stworzone pod konkretnego klienta (dorosłego). Nie znajdziemy tam kącika dla dzieci i przewijaka w toalecie. Tzn. tak zakładam – nie byłam w stripclubie, więc tego nie potwierdzę. Idąc w takie miejsce można zatem założyć, że nie spotkamy tam dzieci. Po prostu pewne miejsca nie szykują się na przyjęcie najmłodszych. I spoko, bo naprawdę nie każde miejsce musi to robić. Ale też raczej nikt z takiego miejsca rodzica z dzieckiem nie wyrzuci. Tzn. ponownie – nie wiem, jak ze stripclubem. Ale w takiej nieprzystosowanej restauracji wizyta z dzieckiem może być upierdliwa, jednak wciąż legalna.
Jeśli jednak wchodzę do restauracji, w której widzę kącik dla dzieci i podwyższone krzesełka w gotowości, to wchodzę na własne ryzyko. Może wejść po mnie sześć bezdzietnych par, ale może też wejść rodzina z trójką dzieci. To miejsce jest przystosowane pod inną grupę docelową i uwzględnia różne grupy wiekowe.
Zakładam, że również nie wszystkie hotele mają wyposażenie i atrakcje dla dzieci. Jeśli nie chcę spotkać najmłodszych, poświęcę więcej czasu, żeby znaleźć miejsce, które przystosowane jest bardziej dla dorosłych. Jednocześnie zakładam, że ktoś z dziećmi będzie szukał odwrotności. Zrobi research pod kątem miejsca z dużą liczbą udogodnień dla swoich pociech, żeby ułatwić sobie wyjazd. Odrzuci za to hotel, z którego opisu wynika, że nie ma w nim absolutnie nic dla dzieci.
Czyja to odpowiedzialność?
Jeżeli wybiorę obiekt, który jest idealny dla rodzin z dziećmi, nie mam prawa narzekać na ich obecność. Dzieci będą prawdopodobnie głośne, będą się bawić, krzyczeć i biegać gdzieś w okolicy. Takie są dzieci.
Ode mnie, jako od dorosłej osoby, zależy co zrobię. To ja wiem, ile dźwięków jestem w stanie przyjąć. Mogę w razie czego nosić przy sobie słuchawki albo zatyczki do uszu. To ja mogę się przesiąść, zmienić stolik, knajpę, hotel. Ja umiem radzić sobie z moją złością na hałas i z przebodźcowaniem. A przynajmniej powinnam umieć jako dorosła osoba. I umiem to później rozładować. Ja – nie dziecko, które do pewnego wieku jest totalnie zależne od rodziców, którzy zabierają je w różne miejsca.
Podkreślę jednak, że nie chodzi mi tu o całkowite ignorowanie dzieci i nie reagowanie na ich niebezpieczne zachowania (przebieganie pod nogami kelnera, który niesie gorące dania). Często jednak, gdy czytam o tych strasznych dzieciach, chodzi po prostu o te chwile, gdy dzieci przeżywają emocje i ciężko je uspokoić. I to nie jest złośliwość dzieci ani ich rodziców, tylko element życia w społeczeństwie. Ci rodzice zwykle starają się rozwiązać problem. Mam jednak wrażenie, że komentującym chodzi o inne rozwiązanie. Nie o zajęcie się dzieckiem w znaczeniu: pomóc mu, a o zajęcie się w znaczeniu: wypieprzać z nim natychmiast.
(Psst, przeczytaj o cyklu reakcji stresowej i o tym, jak radzić sobie ze stresem. A jeśli jest bardzo źle, polecam terapię – naprawdę pomaga i życie staje się prostsze).
Gdzie te straszne dzieci?
Przecież wychodzę z domu. Chodzę do kawiarni i restauracji. Spotykam rodziny z dziećmi. I naprawdę nie pamiętam ani jednej sytuacji, gdzie obecność najmłodszych zniszczyłaby mi takie wyjście. Za to nie raz zniszczyli mi je pijani ludzie, krzyczący i szukający zaczepki.
W grudniu byłam na Lanzarote. Nie pamiętam już lotu w tamtą stronę, ale podczas lotu do Polski na pewno na pokładzie znajdowały się dwa niemowlaki. Już wtedy miałam w głowie zalążek tego tekstu, więc postanowiłam być czujna jak nigdy. Internet pełny jest przecież historii o dzieciach, płaczących i krzyczących cały rok oraz o maDkach, które „nic z tym nie robią”. Do ojców dziwnym trafem nikt nie ma pretensji. Naprawdę liczyłam na to, że te dzieciaki dadzą mi w kość. Czekałam, aż zrozumiem, że miejsca bez dzieci są potrzebne. Usiadłam. Czekałam.
Dzieciaki jęczały trochę podczas startu. Rodzice uspokajali. Któreś z nich kilka razy wstało, żeby przejść się wzdłuż przejścia czy zmienić podopiecznemu pieluchę. Kilka razy jedno z dzieci zaśmiało się głośniej albo krzyknęło. Rodzice natychmiast reagowali. Zabawiali, bujali, pokazywali książeczki, zabawki, robili naprawdę wszystko. Znudziło mnie czekanie na dramę. Założyłam słuchawki. Zajęłam się słuchaniem podcastu i wtedy już w ogóle przestałam zwracać uwagę na to, czy któreś dziecko jest za głośno. Okazało się, że bardziej przeszkadzał mi szum samolotu. Odetchnęłam, gdy słuchawki go wyciszyły.
Dopiero w autobusie z samolotu na lotnisko jeden niemowlak zaczął trochę popłakiwać. Cicho. Trochę chilipał, trochę marudził. Chciał przytulania i był już zmęczony – zrozumiałe po pięciu godzinach lotu, który dodatkowo był opóźniony. Wtedy któraś z młodych dziewczyn, lecąca z grupą znajomych, przewróciła oczami. Skomentowała, że dzieci się nie zabiera w takie długie podróże i że rodzice powinni wybierać maksymalnie dwugodzinne loty.
Zrobiło mi się przykro.
Jasne zasady
Oczywiście, że gdzieś komuś zdarzył się lot, podczas którego dziecko płakało przez cały czas. Ale to nie znaczy, że wszystkie dzieci i że należy zakazać im wstępu na pokład.
Oczywiście, że dzieci powinny się umieć zachować w miejscach publicznych i podczas podróży. Tyle że gdzieś się tych zachowań muszą uczyć. To nie zadziała tak, że w domu będą słyszeć, jak mają się zachować, a później pójdą w świat i będą działać zgodnie z wyuczoną teorią.
Nawet jeśli spotkamy takie niewychowane w naszej ocenie dziecko, to co? Możemy mu zwrócić uwagę. Możemy zwrócić uwagę rodzicom, a oni mają prawo tych uwag nie przyjąć – bo mają to gdzieś albo dlatego, że nasze uwagi jednak są niesłuszne albo niepotrzebne (tak, możemy się mylić). A więc wracamy do punktu wyjścia – mamy wpływ tylko na siebie i na to, jak my zareagujemy. Nie da się nikogo zmusić do tego, żeby zachowywał się tak, jak my chcemy. Chyba że chce się wprowadzić element terroru.
A najbardziej mnie uderza i boli, że osoby, które tak krzyczą o tych przeszkadzających dzieciach i o tym, że chcą podróżować/zjeść posiłek w spokoju, w przypadku awanturujących się i hałasujących pijanych ludzi potrafią bez problemu odwrócić wzrok i zająć się sobą. Czyli da się, tak? Ale najwyraźniej tylko wtedy, gdy czujemy się słabsi od „przeciwnika”. Rodzic z dzieckiem jest zdecydowanie łatwiejszym celem kąśliwych uwag.
Możesz być na ich miejscu
Naprawdę uważam, że jeśli wykluczymy z przestrzeni dzieci, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykluczać kolejne grupy społeczne. Starych ludzi, bo poruszają się zbyt wolno i trzeba im ciągle tłumaczyć różne rzeczy. Osoby z niepełnosprawnościami – bo po co dostosowywać do nich infrastrukturę, skoro można po prostu zamknąć ich w domu? A może dociśnijmy jeszcze bardziej kobiety i zabrońmy im podróżowania bez męskiego opiekuna?
Każd_ z nas ma cechy, które komuś się nie podobają. Każd_ z nas może się znaleźć na liście wykluczonych.
