Fanka PSC
Pierwszy raz zetknęłam się z Olą Budzyńską podczas jej początków, gdy jeszcze sama prowadziła webinary. Uczestniczyłam pewnie w kilku, ale wtedy miałam mieszane uczucia co do jej sposobu wypowiedzi czy kontrowersyjnych na tamten moment rad (jak np. to, żeby każdy w domu prał swoje ubrania). Później gdzieś tam migała mi w internecie. A jakoś od 2019 czy 2020 roku, gdy już miałam instagram, zaczęłam obserwować ją regularniej.
W tamtym czasie kupiłam też od niej (choć była to już wtedy firma, a nie sama Ola) pierwszy planer (do dziś go nie skończyłam!) i notes. Papier użyty do ich produkcji jest w dalszym ciągu moim ulubionym i nie znalazłam zamiennika. Planery jeszcze da się kupić (choć nie są w ciągłej produkcji, tak jak kiedyś), ale o notesach mogę pomarzyć. Tzn. na szczęście mam jeszcze kilka w zapasie i staram się je przeplatać innymi notesami, więc problem braku zeszytów od PSC to problem na za 10 lat. O czymś to jednak świadczy, że wciąż nie znalazłam zamiennika. Każdy inny papier jest dla mnie za biały, za cienki, za gruby lub… za szorstki. Słyszę, jak stalówka po nich szoruje albo nie jestem w stanie dostrzec nadrukowanych na nich kropek.
Jak chyba dla dużej liczby fanek PSC, Ola była też dla mnie po prostu wielką inspiracją. Miała super energię, pewność siebie, przecierała szlaki, robiąc webinary czy kursy jako jedna z pierwszych w Polsce, a przy tym zdawała się być po prostu normalną i tak życiowo mądrą babką. Styl jej wypowiedzi czasem wciąż bywał dla mnie za ostry, ale to po prostu kwestia moich preferencji i mojego charakteru.
Historia, którą żyłam
Przyszedł jednak czas, że poczułam (jak pewnie większość klientek…), że coś się zmieniło. Ola wyraźnie próbowała wycofać się z frontu i oddać stery swoim pracownikom. Powstało oficjalne konto PSC i ono było takie… Sprzedażowe. Miałam wrażenie, że skończył się czas edukacji. A właściwie, że jest ona tylko po to, aby sprzedać kolejny produkt. A tych było coraz więcej i więcej. I chociaż lubię wspierać polskie firmy jak tylko mogę, to tutaj zwyczajnie nie potrzebowałam tego wszystkiego (1 planer męczę od 6 lat, przypominam). Sama Ola zrobiła się bardzo uszczypliwa i na większośc uwag czy komentarzy reagowała sarkastycznie. Przestało być miło. Mój radar węszył jakieś szeroko pojęte duże problemy. A do tego tak po ludzku nie nadążałam już za tym, kto jest kim i czym się zajmuje. Konto PSC odobserwowałam, ale zostałam przy Oli.
Nieco ze zdziwieniem, ale też z ogromnym podziwem i szacunkiem obserwowałam to, co działo się później. Przejmowałam się tym mocno, ale też kibicowałam w duchu, bo wymagało to nie lada odwagi. Próby ratowania firmy, a później jej zamknięcie, zadbanie o siebie, rozpoczęcie nowego życia… O tym właśnie jest ta książka.
I po tym długim wstępie (sorka, musiałam to z siebie wyrzucić, bo ta historia wciąż mnie porusza i jest dla mnie w jakimś sensie niesamowita) przejdźmy do niej.
Dokładna analiza
Książka ma dla mnie dość ciekawą budowę. Zaczyna się od kalendarium. Gdy działy się te wszystkie rzeczy, zupełnie nie zwracałam na to uwagi, ale patrząc na daty uświadomiłam sobie, jak szybko rozrosła się Pani Swojego Czasu. Kalendarium kończy się w momencie, gdy firma zaczyna się sypać. Ola przechodzi bardzo ciężkie wypalenie zawodowe, które tylko się pogłębia. Zżera ją poczucie odpowiedzialności i wynikająca z tego presja. W jej głowie jest bardzo mrocznie i ciemno. Do tego wybucha wojna w Ukrainie, co zdecydowanie nie sprzyja biznesowi.
Od tego momentu czytamy newslettery, które tamta Ola pisała wówczas do swoich klientek. Po każdym z nich współczesna Ola uchyla rąbek tajemnicy. Wyjaśnia i analizuje, co działo się w tym czasie z firmą i z nią samą. Jaki był jej tok myślowy? Co powodowało, że podjęła takie, a nie inne decyzje? Z czym się zmagała jako człowiek?
Podoba mi się ten sposób opowiedzenia historii. Pamiętam maile przytoczone w książce jakbym czytała je najpóźniej przedwczoraj. I te emocje, które towarzyszyły mi podczas śledzenia losów firmy. Pamiętam też swoje przeczucia. W dużej części się potwierdziły, gdy Ola zdecydowała się podzielić tą częścią swojego życia, o której długo nie mówiła.
Czytając miałam poczucie, że teraz ma to już poukładane, przeanalizowane. Może nie na 100%, ale w dużej części. Podziwiam, że potrafi dokładnie wskazać, gdzie popełniła błąd. Wiele błędów. Podkreśla często, że nigdy nie uczyła się zarządzania firmą. I to niestety wpłynęło na część jej decyzji. Nie wybiela się jednak. Wzięła odpowiedzialność za to, co się wydarzyło – i o tym też pisze.
Inspirująca historia
Oprócz tego, że jest to ciekawa analiza biznesowa i omówienie konkretnego przypadku, jest to dla mnie zwyczajnie inspirująca historia. O kobiecie, która własnymi rękami zbudowała świetny biznes i zmieniła życie setek tysięcy kobiet. (Naprawdę myślę, że tutaj nie wyolbrzymiam). A później tymi samymi rękami musiała wykopać grób swojej firmie i się z nią pożegnać. I pozbierać się po tym, znaleźć dla siebie nową drogę i nowe miejsce na świecie.
Pierwsza część książki urywa się w bardzo nieciekawym momencie, gdy wciąż trwają próby ratowania PSC. Ale ja już znam zakończenie, jeszcze przed przeczytaniem drugiej części tej analizy. Chyba dlatego ta historia jest dla mnie też… o nadziei. I o tym, że z każdej dupy można wyjść. (Jestem pewna, że Ola nie obraziłaby się za użycie słowa dupa w tym tekście 😁).
Dziś Budzyńska mieszka na farmie na Kaszubach i choć wspominała o kolejnej przeprowadzce, to – z mojej perspektywy, obserwatorki – jest chyba najbardziej sobą jak mogłaby teraz być. Czerpie radość i przyjemność z prac ogrodowych. Maluje piękne obrazy. Kiedyś uczyła kobiety, jak się zorganizować, a dziś pokazuje, jak być nieperfekcyjną i cieszyć się z bycia artystką, nawet gdy się „nie umie” malować. Jest inną osobą, w całkiem innym miejscu (życiowo i geograficznie), ale wciąż uczy i inspiruje. Wciąż potrafi pociągnąć za sobą tłumy. I nadal jest w moich oczach życiowo mądrą babką, której lubię posłuchać.
Pierwszą część książki kupisz w Pracowni Budzyńskiej. W tym miejscu zapiszesz się też na listę zainteresowanych drugą częścią.