O czym jest ta historia?
Jest na pewno jedną z tych, które zostają na dłużej. Wysłuchałam audiobooka wiele tygodni temu (ale nie będę zakładać kolejnej kategorii – „Przesłuchane w 2026 r.”), a ja wciąż wracam myślami do Jadownik, w których działa się akcja powieści.
Spotykamy się tam z Franciszką w 1885 roku, w bardzo trudnej dla niej sytuacji, bo podczas jej pierwszego porodu. Poznajemy też od razu jej matkę, Reginę Perkową, która ma przyjąć dziecko na świat. Od razu dostajemy się w sam środek wydarzeń i musimy sobie poradzić z mnóstwem emocji.
Nieco później, wskutek mniej i bardziej przypadkowych wydarzeń, Franciszka zaczyna kształcić się na akuszerkę. Obserwujemy jej rozwój, rozkwit, trudy i przemiany i towarzyszymy jej aż do 1950 roku, kiedy kończy się akcja powieści.
W tle przewija się mnóstwo wydarzeń historycznych, które miały miejsce w tym przedziale czasowym. W znaczący sposób wpływały one na życie jadownickich rodzin. Podczas gdy na lekcjach historii uczyłam się dat oraz skąd dokąd przechodziły wojska i kto z kim się bił, w „Akuszerkach” obserwowałam życie zwyczajnych ludzi i to, jak próbowali sobie radzić ze zwykle trudną codziennością oraz z ogromnymi zagrożeniami współczesnego dla nich świata. Nie raz łzy stawały mi w oczach z żalu.
Porody w XIX wieku
Nie byłam pewna, czy zniosę aż tyle opisów porodów. Kiedy oglądam je w serialach albo filmach mam wrażenie, że są przedstawiane albo bardzo stereotypowo (krzyczenie na szpitalnym łóżku, ale tylko przez jakieś 15 minut), albo zbyt naturalistycznie (krew i flaki oraz absolutnie wszystko idzie nie tak). W przypadku tej książki opisy pojawiały się co chwilę, mniej więcej przez pierwszą połowę historii. I ku mojemu zdziwieniu były… piękne.
Nie chodzi mi wcale o to, że autorka przedstawiała je jako coś doniosłego. Nie gloryfikowała. W moim odczuciu autorka zachowała w opisach idealne proporcje. Wiernie przedstawiała przebieg porodu z całą jego fizjologią, ale bez przesadnego straszenia czy upiększania. Użyte słowa nie były sztywne, medyczne czy obrzydliwe. Słuchałam o bardzo różnych porodach – trudniejszych i łatwiejszych, zakończonych szczęśliwie oraz bardzo tragicznie, wyczekanych i niechcianych. Miałam wrażenie, że w każdej takiej scenie czuję zarówno trud rodzących, jak i ich niesamowitą siłę i determinację. Było w tych opisach mnóstwo szacunku do kobiet i do samego procesu. Nie umiem tego dokładnie ująć w słowa. Bałam się, że po wysłuchaniu o tylu porodach będę czuć przerażenie i przesyt. Zamiast tego słuchałam z ogromną ciekawością i z zapartym tchem. Choć przebieg każdego z nich był podobny, to jednak każda sytuacja była wyjątkowa.
Bardzo ciekawe były też dla mnie fragmenty notatek/podręczników Franciszki z czasów, gdy kształciła się na akuszerkę. Z jednej strony przerażało mnie, jak przedmiotowo traktowało się wtedy noworodki. Z drugiej – zaskoczyło mnie, jak dużo już wtedy wiedziano o porodzie i ile z tych rzeczy stosuje się dzisiaj, choć może w nieco zmienionej, uwspółcześnionej formie.
Przyznaję bez bicia, nie znam się na porodach, bo nie rodziłam. Podejrzewałam, że będzie ich w tej książce za dużo (sama nie wiem, czego się spodziewałam po książce o AKUSZERKACH). Zostałam jednak z poczuciem, że kobiety są NIESAMOWITE, skoro radzą sobie z czymś tak piekielnie trudnym (a jednocześnie tak naturalnym) od setek lat. Kobiety są mocarne – myślałam właściwie przez całą książkę.
Most między pokoleniami
W książce spotykamy kilka pokoleń kobiet. To, jakim potrafią być dla siebie wsparciem, jest bardzo inspirujące. Jednocześnie nie brakuje między nimi kłótni, prztyczków w nos i wielu racji, bo każda ma swoją. Miałam jednak poczucie, że wiąże je silna relacja, wspólne doświadczenia i historia. Zwyczajnie łatwiej było im być razem niż przeciwko sobie.
Główna bohaterka, Franciszka, w trakcie trwania całej historii przechodzi kilka przemian. Nie pozostaje to bez wpływu na jej dzieci. Dla mnie w opowieści bardzo wybrzmiało to, jak bardzo różniła się jej relacja z najstarszą córką, urodzoną w spokojniejszych czasach pełnych miłości, od tej z najmłodszymi bliźniaczkami. Ich dzieciństwo przypadło na dużo cięższe czasy – pod kątem historycznym, ale też psychicznym dla samej Franciszki. Chociaż wszystkie dzieci miały tych samych rodziców, ich relacje były bardzo różne i naznaczone trudami, z którymi przyszło się mierzyć dorosłym poszczególnych latach.
Były też takie momenty, kiedy Franciszka zastanawiała się, dlaczego jeszcze nie umarła i po co ona właściwie wciąż żyje. Słuchałam tego i myślałam o mojej babci. Nigdy nie miałyśmy dobrej relacji (wspominałam o tym w tym tekście), nie było w niej przestrzeni na szczere rozmowy. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego babcia nie korzystała z życia, a zamiast tego ciągle powtarzała, jak źle się czuła, jak bardzo wszystko ją bolało i że ona właściwie niedługo umrze. Słuchałam o tym przez całe swoje życie (30 lat), aż w końcu babcia rzeczywiście odeszła, mając 90 lat.
Słuchając przemyśleń Franciszki poczułam, że trochę lepiej zrozumiałam, skąd w głowie mojej babci właśnie takie myśli. I wciąż nie wiem (i już nigdy się nie dowiem), jakie dokładnie przeżycia je wywołały. Wydaje mi się jednak, że bardziej pojmuję uczucia i emocje, które im towarzyszyły.
Mnóstwo refleksji
Podczas słuchania myślałam o moich korzeniach. Już po przeczytaniu „Chłopek” nabrałam przekonania, że skoro moja pochodząca ze wsi babcia przetrwała tyle w swoim życiu (a nasze przodkinie – zapewne jeszcze więcej), to i ja sobie poradzę z moimi problemami. Chłopskie korzenie dodały mi sił. A „Akuszerki” tylko sprawiły, że te korzenie rozrosły się pod ziemią jeszcze bardziej. Nie mam pojęcia o trudach życia na wsi, bo nigdy ich nie doświadczyłam. Myślę jednak, że nie trzeba ich znać, żeby czuć moc przodków – jakkolwiek górnolotnie to brzmi.
Często zastanawiałam się też nad tym, o ile bardziej życie było wspólnotowe w tamtych czasach. Domy, często z braku innego wyjścia, były wielopokoleniowe. Można było liczyć na pomoc sąsiadów. Gdy gdzieś się paliło, gasić szła cała wieś. Trzeba było sobie pomagać, żeby przetrwać. I chociaż jest w tym coś rozczulającego i nostalgicznego, jestem daleka od romantyzowania tamtych czasów.
Mimo wszystko mam wrażenie, że wtedy wspólnota była koniecznością. Nieważne jak ludzie się traktowali, co do siebie czuli, jak się do siebie odnosili. Po prostu razem było łatwiej. Miło się myśli o wielopokoleniowych domach, w których każdy ma swój kąt. Wtedy takim domem była jednak często jedna izba, może dwie, w których musieli pomieścić się wszyscy. Nie liczył się komfort tylko przetrwanie.
Trochę mi szkoda, że dzisiaj trudniej o wioskę. A jednocześnie cieszę się, że ta wioska, którą sobie budujemy, składa się z ludzi, o których faktycznie chcemy dbać i którzy chcą dbać o nas. Relacje, które nawiązujemy, częściej wynikają z chęci niż z braku innych opcji. Nie musimy znosić przemocy, byle przetrwać i nie zostać samej_mu. Największy problem, jaki widzę we współczesnej wiosce jest taki, że ludzie, do których sercem nam najbliżej, są często geograficznie najdalej.
Podsumowanie
Jeśli to do tej pory nie wybrzmiało w tekście, napiszę wprost: jestem zachwycona „Akuszerkami”. Z przyjemnością i wzruszeniem towarzyszyłam Franciszce przez 65 lat jej życia. Obserwowałam zmieniającą się wokół niej rzeczywistość. Z żalem słuchałam o stratach, które poniosła, ale zakończenie tej historii wywołało na mojej twarzy uśmiech i dało nadzieję. Happy end tutaj jest piękny i bardzo nieoczywisty. A właściwie tych szczęśliwych zakończeń jest w tej książce wiele – jednak równie dużo jak tragedii.
Polecam tę książkę każdej osobie, która też ma chłopskie korzenie. I tej którą zachwyciły „Chłopki” i która – być może jak ja – wiedzę o tamtych czasach czerpie głównie z tego typu książek, bo nie było możliwości, aby dowiedzieć się z pierwszej ręki.
Zdecydowanie zachęcam do cofnięcia się w czasie do 1885 roku i odbycia całej podróży razem z Franciszką.
