
Jesteśmy w domu
Udało się! Z pomocą rodziny, po wielu miesiącach, po podpisaniu mnóstwa dokumentów, wydrukowanych chyba na ryzie papieru (R.I.P. drzewka) odebraliśmy klucze, zapakowaliśmy nasz dobytek i wreszcie pojechaliśmy do siebie.

Udało się! Z pomocą rodziny, po wielu miesiącach, po podpisaniu mnóstwa dokumentów, wydrukowanych chyba na ryzie papieru (R.I.P. drzewka) odebraliśmy klucze, zapakowaliśmy nasz dobytek i wreszcie pojechaliśmy do siebie.

Zawsze wydawało mi się, że jestem nerwowa i że mam trudny charakter. Mnóstwo sytuacji wyprowadzało mnie z równowagi, począwszy od budzika, który przerywał sen i zwiastował kolejny dzień w szkole, przez zagadnienia, których nie rozumiałam i relacje, które się kończyły, aż po tatę, który prawdopodobnie miał lada moment wrócić pijany. Ta złość wydawała mi się naturalnym elementem życia. Bo życie po prostu nie jest łatwe, trzeba sobie z tym jakoś radzić, nie ma się co mazać.

Ja i moja babcia nie mamy za głębokiej relacji. Wizyty u niej zawsze traktowałam raczej jako obowiązek. Męczyło mnie słuchanie o tym, co ją boli i kto umarł. Podczas jednego ze śniadań wielkanocnych babcia jak zwykle narzekała. Nagle zamilkła, a po chwili oznajmiła: „a pierwszego męża mojej mamy to zastrzelił organista”. Masz moją uwagę, babciu!