Pamiętam, jak wróciłam kiedyś ze szkoły oburzona. To był początek czwartej klasy, kiedy pojawiło się już rozróżnienie na przedmioty. Moje oburzenie wynikało z faktu, że Pani Od Polskiego kazała napisać opowiadanie na 12 – 15 zdań. DWANAŚCIE – PIĘTNAŚCIE!!! Horror! Jak rozciągnąć na tyle zdań treść, którą można zawrzeć w trzech – czterech?! To było niewykonalne.

Pamiętam, jak siedziałam na podłodze w ubikacji (szum wentylacji pozwalał mi się lepiej skoncentrować) i w męczarniach próbowałam wydusić z siebie wyraz po wyrazie. Po każdej postawionej kropce liczyłam i sprawdzałam, ile jeszcze brakuje mi do końca. Pilnowałam też, żeby w miarę możliwości pisać zdania proste. Złożone może i wnosiły więcej treści, ale zbyt powoli przybliżyły mnie do celu, jakim było rozwiązanie pracy domowej. Po – jak mi się teraz wydaje – naprawdę długim czasie, udało mi się wreszcie dobrnąć do końca. Niestety, parę dni później wróciłam z dokładnie tą samą formą pracy domowej. Opowiadanie. 12 – 15 zdań. Horror.

Ta forma pojawiała się na tyle często że w końcu zaczęło mi iść coraz lepiej. Zaczęły się nawet wkradać zdania złożone, bo tak jakoś mi bardziej pasowały. Oczywiście, kiedy opanowałam długość, równoległe zaczęły pojawiać się kolejne płotki do przeskoczenia, np. w postaci przecinków, które powinny znać swoje miejsce i powtórzeń, których ja powinnam unikać. No i jeszcze ortografia. Czwartą klasę kończyłam z szóstką z polskiego, jako jedna z trzech uczennic mojej Pani Od Polskiego (bo chyba nie w całej szkole – inne polonistki chyba rozdawały szóstki chętniej). Po prostu ogarnęłam temat i – co najważniejsze – śmiałam się w twarz limitowi piętnastu zdań (który minął w tym tekście chwilę wcześniej). W piątej klasie miałam gorszy czas, zbierałam tylko piątki. I jedną jedynkę, bo nie przeczytałam Tajemniczego ogrodu – był strasznie nudny (nie to co W pustyni i w puszczy). Pierwsza i ostatnia jedynka z polskiego – polonistka wypomina mi ją do dziś. W szóstej klasie znów wymiatałam. Brałam udział w konkursach, raz w tygodniu chodziłam też na 7:00 na zajęcia indywidualne – byłam z materiałem trochę do przodu.

Nie pamiętam dokładnie treści tych zajęć – miga mi w pamięci, jak siedzę w ławce naprzeciw nauczycielki, a tematem był chyba rozbiór logiczny zdania albo jego części. Pamiętam za to bardzo dobrze, że Pani Od Polskiego potrafiła nowe i – na tamten moment – trudne rzeczy wytłumaczyć w sposób zrozumiały. Potrafiła też pytaniami naprowadzić na właściwą odpowiedź w razie wątpliwości, bez wywoływania poczucia, że jestem najgłupszą osobą na świecie. To uczucie jednak czasem się pojawiało, ale nie z jej winy. Widziałam, że w przygotowanie zajęć – klasowych i indywidualnych – wkłada swój czas i energię. Była zorganizowana, sprawdzała prace w terminie, nie przypominam sobie, żeby była wobec kogoś złośliwa – choć zdarzyło jej się zdenerwować i podnieść głos, jak chyba każdej nauczycielce, która uczyła naszą klasę. Widząc to zaangażowanie, zawsze było mi głupio, gdy czułam, że nie przyłożyłam się do czegoś na 100%. Do dziś pamiętam różowe kartki z próbnymi zadaniami do konkursu – jedno z nich wymagało napisania wypracowania na temat, który w ogóle mi nie podszedł (coś o atrakcjach w okolicy, opisanie tego, co pokazałoby się przyjezdnemu, coś takiego) i nie miałam pojęcia, co napisać. Wypełniłam resztę zadań, z tym ostatnim zwlekałam, aż w końcu nadszedł termin oddania pracy do sprawdzenia – ta jedna strona świeciła pustką. Po sprawdzeniu dostałam kartki z powrotem. Komentarz na końcu informował mnie, że właściwie zadania zostały wykonane poprawnie, ale czy przez dwa tygodnie nie miałaś czasu na napisanie tego, co najważniejsze? Czuję palący rumieniec na samo wspomnienie.

Dzięki Pani Od Polskiego na zawsze zapamiętałam, że nie zostawia się samotnych literek na końcu linijki, bo to tak, jakby zostawić dziecko na chodniku, przechodząc przez jezdnię – myślę o tym właściwie zawsze, gdy widzę taką sierotkę w tekście. I już chyba nigdy nie zrobię błędu w słowie czuły. Raz go popełniłam i Pani Od Polskiego stwierdziła, że skoro nawet Joanna się pomyliła, to ona już nie ma po co żyć (ta nieszczęsna piąta klasa). Dostawałam też od niej listy ciekawych książek do przeczytania w wakacje – o ile mnie pamięć nie myli, dzięki niej poznałam i pokochałam Winnetou. Nie była to jednak miłość od pierwszego wejrzenia, bo akcja trochę długo się rozkręcała i towarzyszył mi już niemal tak potworny nastrój jak wtedy, kiedy musiałam wydusić z siebie 15 zdań. Później przepadłam i choć na liście miałam tylko pierwszy tom, przeczytałam od razu drugi i trzeci. Niektóre zdania z tej powieści rezonują we mnie do dziś. Przeczytałam też Grubego – nie pamiętam, czego dokładnie dotyczyła fabuła, ale świta mi, że był w niej chyba Maj, chłopiec, który nie miał nogi i wydało mi się to straszne. Nie to, że nie miał nogi, tylko że – o ile dobrze pamiętam – stracił ją w wyniku nazistowskich eksperymentów. Na szczęście rozmawiałyśmy też o lżejszych lekturach, na przykład o kolejnych częściach Ani z Zielonego Wzgórza.

Podejrzewam, że gdyby nie te nieszczęsne 10-15 zdań, wałkowane od czwartej klasy, w szóstej nie napisałabym swojej pierwszej poważnej powieści, wymyślonej od A do Z. Nie wiem, czy moje pisanie w ogóle by się rozbujało – być może wcale nie i gdyby nie Pani Od Polskiego, nie czytalibyście dziś tej notki.

Musiałam ją napisać, bo niedawno dowiedziałam się, że Pani Od Polskiego trafiła do szpitala. Nie wiem, dlaczego i nie mam możliwości, aby się z nią skontaktować i życzyć jej powrotu do zdrowia. Trochę boli mnie świadomość, że może nie zdawać sobie sprawy z tego, ile wniosła w moje życie. Mam nadzieję, że wyciągną ją z tego Spece Od Biologii i że będę mogła jej jeszcze podziękować.