Pisałam Wam nie raz, że latem, powyżej określonej temperatury, mój mózg zwalnia. To dla mnie czas na wykorzystywanie długich dni na maksa, pielęgnowanie grządek, czytanie na huśtawce w ogródku i gapienie się na moje psy. A gdyby dodać do tego... Przerwę od Instagrama?

Skąd ten pomysł?

Nie jestem zmęczona. Przeciwnie. Od dawna mam flow, pomysły na rolki, a w moim małym notesiku spisałam już kilkanaście pomysłów na posty o pisaniu i nie tylko. To zupełnie nie ten moment, gdy przerwa jest wymuszona niechęcią, gdy mam ochotę obrazić się na Instagram za nie takie liczby, jakie bym sobie życzyła i gdy jestem przebodźcowana treściami, które przeglądam (chociaż to, szczerze mówiąc, trochę odczuwam).

A jednak uparcie wraca do mnie myśl: „Hej, jest lato! Tworzenie postów na Insta to nie jest to, na co chcę wydawać swoje minuty!”. Mam z tego frajdę i ostatnio cieszy mnie ten proces. A jednak zupełnie nie chcę mi się poświęcać mu uwagi. Czuję, że wokół jest teraz mnóstwo ciekawszych rzeczy do zrobienia. Bo to się tak wydaje, że posty i rolki to tylko kilka chwil. Upraszczam sobie ten proces jak tylko mogę, ale myślę, że uzbiera się spokojnie godzinka w ciągu dnia. I to samego tworzenia! A jak się jeszcze doda scrollowanie…

Powrót do analogowych przyjemności

Wchodzę na Instagram, gdy się nudzę i gdy muszę się odciąć. Zaglądam tam w przerwie w pracy (gapię się w mały ekranik, zamiast w ten duży) i w międzyczasie, kiedy wydaje się, że nie opłaca się niczego zaczynać. Chociaż w tym ostatnim przypadku coraz częściej sięgam po kilka stron książki, robię parę prostych ćwiczeń dla rozruchu albo gapię się w okno, głupie scrollowanie wciąż czasem wygrywa.

Chcę je czymś zastąpić. Przerwa od Instagrama to pierwszy krok, by nie sięgać po telefon. Ale jeśli nie będę mieć żadnego zastępnika, szybko złamię swoje postanowienie. Dlatego już teraz robię listę rzeczy, które mogę robić zamiast tego. Przeczytać parę akapitów papierowego czasopisma, rozwiązać krzyżówkę albo wykreślankę, wyłapać parę pomysłów z mojej wiecznej gonitwy myśli i zapisać je w notesie. Dokąd zabierze mnie moja głowa, kiedy zabiorę jej te śmieszne, kilkunastosekundowe filmiki?

Reset mózgu

Chociaż nie czuję się jakoś bardzo przebodźcowana, czuję, że lepiej mi będzie, jak będę przeglądać mniej IG. Bo chociaż mój feed to w większości posty osób, które lubię i obserwuję oraz trochę memicznych treści i dużo piesków, to zawsze wpadnie coś kontrowersyjnego, co mnie zasmuci, zezłości, zepsuje humor. Chcę na chwilę zejść z tego rollercoastera emocji.

Już oduczyłam się przeglądania Insta przed snem. Kładę się do łóżka, ustawiam budzik i sięgam po książkę. Ale nawet w ciągu dnia humor potrafi mi zepsuć czyjaś kolejna rolka z robieniem fajnych rzeczy w środku dnia. Albo trafię na treści, które zupełnie ze mną nie współgrają albo wywołują poczucie niesprawiedliwości. A czasem ktoś na mnie nakrzyczy ze swojej rolki, że kupuję ubrania w sieciówkach, zamiast tylko z polskich firm, produkujących z certyfikowanych eko materiałów.

To małe rzeczy, które sprawiają, że tracę frajdę z mojego życia. Dzień po dniu słyszę, że coś mogę robić jeszcze lepiej i powoli zaczynam myśleć, że żyję niewystarczająco dobrze. Przecież wiem, że idealne życie jest tylko na Insta i moje normalne życie jest okej. Potrafię to sobie nazwać. Ale czasem nie potrafię przestać czuć, że to, co mam, nie wystarczy.

Mały notes ze śpiącym szczeniakiem na okładce i różowy długopis
Mały notes, który zamierzam mieć zawsze pod ręką, żeby mniej notować w telefonie. Zainspirowała mnie do tego Klaudyna Maciąg.

Ciągła obecność

Pisałam w czerwcowym newsletterze, że jedyną osobą, która wymaga ode mnie ciągłej obecności w sieci, regularnych publikacji i jak najszybszego odpowiadania na wiadomości, jestem ja sama. To ja wymyślam, że chcę napisać ileś tekstów, opublikować ileś postów, wrzucić stories. Później frustruję się, gdy nie realizuję celów, które sama sobie wyznaczyłam. A później przychodzi olśnienie, że skoro je wymyśliłam, mogę się też rozmyślić. Wszystkim innym ludziom może będzie przez chwilę smutno, gdy mnie nie będzie, ale prędzej czy później znajdą sobie nowe konto do obserwowania.

To mogłaby być smutna myśl, ale dla mnie jest uwalniająca. Oznacza, że naprawdę MOGĘ sobie zrobić przerwę wtedy, kiedy CHCĘ. Nie tylko wtedy, gdy wyczerpią mi się pomysły albo sama się wyczerpię i wypalę. Instagram ma być dla mnie fajnym dodatkiem do życia, który sprawia mi frajdę, daje pole do rozmów i do znalezienia osób, które myślą i czują jak ja. To nie ma być więzienie. Mogę sobie pójść, naprawdę.

No, teoretycznie, bo w praktyce jest jeszcze kwestia algorytmu…

Bożek Algorytm

„Algorytm karze, gdy…”, „Algorytm nie lubi, gdy…”, „Algorytm nagradza za…” – czytam często. Tak jakby algorytm był bożkiem, któremu regularnie trzeba składać ofiarę ze swojego czasu i dbać, aby był zawsze ze mnie zadowolony (brzmi dysfunkcyjnie).

I chyba trochę też na przekór temu postanowiłam zrobić przerwę. Nie chcę być na Instagramie tylko dlatego, że muszę; że jeśli sobie pójdę, spotka mnie kara w postaci uciętych zasięgów i niewyświetlania mnie obserwującym.

Ogólnie liczby chyba coraz mniej nie ruszają. Oczywiście cieszę się, gdy pojawiają się komentarze i inne sygnały, że ktoś jest po drugiej stronie. Doszłam chyba jednak do tego momentu, że wrzucam to, czym w danej chwili chcę się podzielić i w taki sposób, jaki akurat przyjdzie mi do głowy i będzie wymagał ode mnie jak najmniej pracy. Nie dlatego, że mi nie zależy, ale dlatego, że mój wysiłek i poświęcony czas nie przynosił mi wcale lepszych wyników. Mając do wyboru: mieć większą frajdę i poświęcić mniej czasu albo bardziej się spinać i poświęcać więcej czasu, wybieram to pierwsze.

Stare dobre czasy

Przeczytałam ostatnio kilka postów o tym, jak to kiedyś wakacje były super, bo nie było internetu i siedziało się całymi dniami na dworze zamiast z nosami w telefonach. I pomyślałam sobie: „Ludzie, przecież nikt wam tych telefonów do rąk nie wciska! Odłóżcie je, wylogujcie się z Insta i idźcie na spacer, jedźcie na wycieczkę albo poróbcie cokolwiek innego, co przyjdzie wam do głowy!”.

Rozumiem – było łatwiej, gdy internet nie istniał i spędzanie czasu bez niego było odgórnie narzucone. Logiczne. Ale teraz, gdy on już powstał, nadal nic nie stoi na przeszkodzie, żeby trochę odciąć się od świata, bez tej presji na bycie ciągle dostępną_ym. Zastanawiałam się ostatnio, skąd to zmęczenie ciągłą obecnością, bo przecież internet był obecny w moim życiu od dziecka (choć nie w pierwszych latach życia). A później pomyślałam, że owszem – ale tylko na komputerze. Pod koniec lekcji pytaliśmy się siebie: „Ej, będziesz na GG?” i logowaliśmy się wieczorem, żeby się złapać. Witaliśmy się, a później żegnaliśmy.

Teraz mam internet w kieszeni i zainstalowanych 6 komunikatorów, bo niemal z każdym rozmawiam gdzieś indziej. Rozmowy są ciągle aktywne, bo choć czasem nie piszemy przez kilka dni, to nie ma już „Hej” na początku i “Pa!” na końcu. Początek był pewnie 10 lat temu, przy pierwszym logowaniu, a końca nie widać. Już teraz mam wyciszone powiadomienia i zastanawiam się, co jeszcze zrobić, żeby pozostać w kontakcie, ale nie aż tak ciągłym.

Offline

Oczywiście nie mam wakacji. Będę pracować i wykonywać dorosłe obowiązki. Z pewnością nie będę w całości offline, ale nie muszę też być przecież w całości online, prawda? Mogę wyłączyć powiadomienia, usunąć apki z głównego widoku i szybkiego dostępu, nie reagować na każde plumknięcie i każdy wyskakujący dymek. Niestety, ale teraz, gdy internet jest wszędzie, zadbanie o zdrowe granice należy do mnie.

Nie chcę żyć pod ciągłą presją, że muszę: sprawdzić, odpisać, obejrzeć, przescrollować, dodać, skomentować, odpowiedzieć. Nie muszę. I nie chcę sobie wmawiać, że jest inaczej. To oczywiste, że jeśli będę ciągle na Insta, przeglądanie feedu się nie skończy, a ludzie będą ciągle pisać. Ale jeśli wyznaczę sobie przerwy i przedziały czasowe, zajmę się tym wszystkim w czasie, który faktycznie jest na to przeznaczony i – przede wszystkim – który ja wybieram i dopasowuję do moich możliwości i potrzeb.

Nikt nie wyłączy nagle całego internetu (chyba), żeby wrócić do starych dobrych czasów. Ale przecież mogę podjąć decyzję, żeby go sobie ograniczyć, jeśli tego właśnie potrzebuję. Nie muszę czekać, aż ktoś podejmie tę decyzję za mnie. Z jednej tłukącej się w mojej głowie myśli „Przerwa od Insta!” wyszedł mi cały zbiór powodów i przemyśleń, żeby mądrzej korzystać z internetu.

Gdzie będę?

Tak jak wspomniałam, nie będę całkowicie offline. Planuję pisać teksty na bloga (o ile temperatury pozwolą na to mojemu mózgowi i laptopowi). Jeśli chcesz być na bieżąco, znajdź teraz na ekranie niebieski dzwoneczek (powinien być w prawym dolnym rogu) i zapisz się na powiadomienia. Albo, jeśli masz dość powiadomień (TOTALNIE ROZUMIEM!!!), po prostu zajrzyj tu co jakiś czas. Zapraszam!

Przewiduję też, że wpadnie do Ciebie jakiś newsletter (o ile jesteś zapisana_y – a zapisać możesz się TUTAJ). Staram się pisać raz w miesiącu, ale zwykle wychodzi jeszcze rzadziej. Gdy nie czuję, że temat jest dostatecznie ważny, wolę nim nie zaprzątać Twojej uwagi. Newsletter to dla mnie najbardziej osobista forma kontaktu. Nie wszystko zasługuje na to, żeby się w nim znaleźć. Zwykle podsumowuję tam też, jakie teksty pojawiły się na blogu od czasu wysłania poprzedniego newslettera. Jeśli zatem nie chcesz powiadomień i zapomnisz tu zajrzeć, w newsletterze na pewno podpowiem Ci, co Cię ominęło.

Pewnie będę też wrzucać jakieś pojedyncze filmy na mój kanał Chaotyczne Rozgrywki na YouTube. Wakacje kojarzą mi się m.in. z wieczornym graniem w ulubione gry. Ostatnio jestem podekscytowana Paralives, więc pewnie nagram parę odcinków. Jeśli upał i pozostałe plany pozwolą mi je zmontować, coś się pojawi na kanale.

Czy przerwa potrwa całe wakacje? Nie wiem. Zaplanowałam ją na lipiec. Może się zdarzyć, że po tym czasie wszystko już będę mieć poukładane, zatęsknię i będę chciała trochę ponadawać. Może być też tak, że wciągnie mnie życie bez insta i wrócę tam we wrześniu. Albo jeszcze później.

To co, gdzie się widzimy, jeśli nie na Instagramie? 😁