Czytanie
Mam w moim życiu zasadę, którą stosuję już od niemal dwóch lat. Mówi ona o tym, że jeśli chcę coś robić regularnie, wyrobić nawyk, wrócić do czegoś, poświęcam temu 10 minut dziennie. Tylko tyle i aż tyle.

Nie mam czasu

Bardzo łatwo tak stwierdzić w codziennym życiu. Praca, dom, zakupy, dzieci, bieżączki, o których trzeba pamiętać i pożary, które trzeba gasić, jak się nie pamięta o bieżączkach. Kiedy chcemy w to wpleść czas na hobby, jakąś aktywność, chwilę tylko dla siebie, stwierdzenie “nie mam czasu” nasuwa się samo.

Jest tak często dlatego, że w naszych mózgach pojawia się skojarzenie: chcę zrobić coś nowego, a więc muszę poświęcić temu dużo czasu i robić to regularnie. Myśląc o treningach, zakładamy często wyjście na siłownię 3x w tygodniu, mimo że do tej pory nie poświęcałyśmy_liśmy na ćwiczenia nawet minuty dziennie. Chcąc sięgnąć po gitarę zakładamy, że tylko godzinne ćwiczenie zbliży nas do jakiegoś upragnionego celu.

Całkowicie się zgadzam, że regularność jest ważna. Ważniejsza od czasu trwania czy intensywności naszego działania. A żeby z łatwością zachować tę regularność, lubię poświęcać na coś 10 minut dziennie.

Możesz sobie pomyśleć: 10 minut, pfff, co to jest? Ledwo pierdnięcie. Jak to ma cokolwiek zmienić? Już wyjaśniam.

10 minut – dużo czy mało?

10 minut to tyle, przez ile gotujesz makaron albo scrollujesz socjale na kibelku (być może nawet w oczekiwaniu na ten makaron). To krócej niż zajmuje wysłuchanie Nothing else mattersUnforgiven Metalliki albo Sweet Child o’MineKnockin’ on Heaven’s Door Guns N’Roses. To bardzo niewiele minut. Czyli idealnie – bo da się wcisnąć pomiędzy różne codzienne czynności.

10 minut dziennie, ale codziennie, pozwoli Ci wyrobić nawyk. Zrobić miejsce na jakąś czynność w Twoim życiu. To na tyle mało, że możesz działać spontanicznie, kiedy akurat masz chwilę. I to tylko 10 minut. Nawet jeśli coś sprawi Ci trudność lub robisz coś tylko z rozsądku, możesz przecierpieć te kilka chwil i zrobić coś tylko dlatego, że sobie obiecał_ś (bo przecież nie zawsze robimy, bo tak super nam się chce). Te 10 minut pozwala konsekwentnie, codziennie wykonywać jakąś czynność, bo przecież to tylko kilka chwil.

A jednocześnie w skali tygodnia to już 70 minut. Patrz, nie mogł_ś wygospodarować na coś godziny ciągiem, a oto poświęcił_ś na to ponad godzinę w ciągu tygodnia! W skali miesiąca to już około 300 minut, czyli 5 godzin. Czy gdybyś postanowił_a praktykować jogę przez 5 godzin w miesiącu, chciałoby Ci się? Pewnie od razu kombinował_byś, jak wygospodarować godzinę raz w tygodniu. Szukał_byś zajęć w okolicy. Nie pasowałyby Ci dni i pory, a do tego przecież jeszcze dojazd. Za dużo roboty. 10 minut brzmi dużo prościej, prawda? Co prawda nie pójdziesz w tym czasie na zajęcia zorganizowane, ale wiesz co? Wcale nie musisz!

Pozwól się priorytetyzować

Kiedy zaczynasz coś robić z nastawieniem “3x w tygodniu po godzinie”, to postanowienie często przegrywa z codziennym życiem. Łatwo odpuścić w natłoku obowiązków, podczas zmęczenia, po wyjątkowo intensywnym dniu. Przecież tyle czasu bez tego żył_ś, więc dlaczego teraz masz się zmuszać, żeby jeszcze przez godzinę coś robić? Zrobisz to innym razem, w bardziej sprzyjających warunkach. Teraz i tak nie masz aż tyle czasu, bo ten dzień się potoczył całkiem inaczej niż planował_ś. Brzmi znajomo?

Kiedy robisz coś tylko przez 10 minut, ale codziennie, powolutku robisz na to miejsce w swoim życiu. Z czasem – może już po tygodniu, a może po kilku – zaczniesz zauważać, że dobrze Ci to robi. Hej, od dawna nic nie przeczytał_m, a teraz nagle mam za sobą 50 stron książki! Nie miał_m czasu na ćwiczenia, a teraz moje ciało samo domaga się rozciągania dla odprężenia! Brzmi magicznie, ale to żadna magia. Po prostu robisz coś regularnie (mimo niechcemisia, bo to tylko 10 minut), widzisz efekty i… chcesz robić tego więcej. Czekasz na te 10 minut w ciągu dnia i myślisz sobie: kurczę, mało! Jak by tu znaleźć więcej czasu?

I to ten moment, kiedy zaczynasz kombinować – że może jednak naprawdę nie chcesz przeglądać TikToka, tylko wolisz poznać dalsze losy bohaterów powieści i poczytać książkę. I tak, gdy masz kolejną wolną chwilę, sięgasz po nią zamiast po telefon. Ta czynność, której poświęcał_ś tylko 10 minut, ma szansę przesunąć się wyżej na Twojej liście priorytetów, bo znasz już jej pozytywne efekty. Może zamiast dwóch odcinków serialu będziesz chciał_ obejrzeć tylko jeden? A pozostały czas przeznaczysz na ćwiczenia, grę na gitarze, rysowanie czy cokolwiek innego, na co dotąd nie miał_ś czasu, a teraz widzisz, że da się go trochę znaleźć.

Jak zacząć?

Chcesz spróbować zasady 10 minut? Świetnie! Oto krótka instrukcja:

  1. Wybierz czynność.
  2. Wykonuj ją 10 minut dziennie.

To wszystko!

No dobra, punkt 2 jest trochę podchwytliwy, bo może Ci się nie chcieć. Dlatego ważna rada: rób z niechcemisiem.

Jeśli umawiasz się ze sobą, żeby ćwiczyć 10 minut dziennie, ale wyjątkowo nie masz ochoty – i tak wejdź na matę. Jeżeli będzie tragicznie, zejdziesz równo z dzwonkiem. Ale jeśli poczujesz przyjemność i chęć kontynuacji – zaszalej i dodaj kilka minut.

To nowe czynności, których nigdy lub od dawna nie robił_ś. Twój mózg może działać trochę przeciwko Tobie i chcieć wybierać proste, znane mu rozwiązania i utarte ścieżki zamiast tych szalonych nowości.

Dlatego tak ważna jest konsekwencja. Bądź dla siebie człowiekiem, na którym możesz polegać i jeśli na coś się ze sobą umawiasz – nie zrywaj tej umowy.

Więcej dobrych rad

Nie myśl – rób. Jeśli przemknie Ci przez myśl: “hej, mam teraz chwilę, może zrobię <czynność do zrobienia w 10 minut>” – idź za tą myślą. Nie odwodź się od niej, że “a może coś bardziej pożytecznego, a może jednak mi się nie chce, a może sprawdzę instagram” – nie. Pierwsza myśl jest słuszna. Poświęć 10 minut, a później wracaj do swojego żyćka. 😀

Rób z niechcemisiem. Powtórzę, bo to ważne. To tylko 10 minut. Dotrzymaj swojego postanowienia, najwyżej skończysz równo z dzwonkiem i ani minuty więcej na to nie poświęcisz. Tylko uwaga: rozróżniaj niechcemisia od złego samopoczucia. Nie katuj się ćwiczeniami, jeśli masz gorączkę, byle tylko zrobić te 10 minut.

Nie miej oczekiwań. Nie rób planów, że w tym tygodniu 10 minut, w przyszłym już 15, a w kolejnym co najmniej 20. Zamiast myśleć o tym, gdzie powinnaś_nieneś być za jakiś czas, skup się na tym, żeby codziennie zrobić 10 minut.

Odpuść, jeśli naprawdę nie możesz. Twój mózg przekonuje Cię, że to naprawdę, ale to naprawdę nie jest dzień na dziesięciominutowe szaleństwa? Okej, odpuść. Jak się z tym czujesz? Czy ta przerwa to faktycznie coś, czego potrzebował_ś, czy jednak masz takie ukłucie w serduszku, że kurczę, jednak mogł_m zrobić? Jeżeli to drugie – to był niechcemiś. Nie rób sobie wyrzutów. Po prostu uważaj na niego następnym razem. 😉

Bądź ze sobą szczer_. Czy to, na co chcesz poświęcić te 10 minut na pewno jest Twoje? Co Cię motywuje do działania? (Przeczytaj tekst o motywacji, jeśli chcesz wiedzieć o niej więcej). Czy odpuszczasz, bo Ci się nie chce, czy jednak wygrywa niechcemiś? Czy masz może ochotę wydłużyć czas o kilka minut? Jak się czujesz po tym, jak kolejny raz odhaczysz dziesięciominutówkę, zgodnie z daną sobie obietnicą? Te wszystkie obserwacje są mega ważne, bo pozwalają Ci znajdować metody na to, żeby kontynuować albo zmienić coś, jeśli nie do końca czujesz się okej.

Szukaj sposobu, a nie wymówki. Pomyśl o tym, jak ułatwić sobie wykonanie dziesięciominutówki. Zapominasz, że miał_ś zrobić jogę? Postaw zrolowaną matę na swojej drodze do kompa, fotela, kanapy, tak, żebyś musiał_ się o nią potknąć. A jak już się potkniesz to poćwicz. 😁 Masz w planie 10 minut codziennego dziennikowania? Połącz to z jakimś innym spokojnym nawykiem, który już masz. Może po obiedzie pijesz kawę i scrollujesz insta? Zastąp scrollowanie pisaniem do kawki.

Ile tych dziesięciominutówek?

Możesz sobie teraz myśleć: 10 minut na to, 10 na tamto, 10 na jeszcze coś i nagle i tak robi się godzina do wygospodarowania! Uspokój się, wstrzymaj konie i – przede wszystkim – przestań upychać jak najwięcej w jednej dobie.

Z tym “10 minut na to, 10 na tamto” jest jak z szukaniem czasu 3x w tygodniu po godzinie – za dużo jak na pierwszy krok. Te 10 minut nie ma na celu realizacji planu. Wręcz przeciwnie – ma ci dać czas na rozkręcenie się, szansę na upchnięcie czegoś w zabieganym życiu, możliwość obserwacji.

Nie masz 10 minut? Zrób 5. Nie masz 5? Zrób 3. Ale niech to będzie Twoja świadoma, codzienna decyzja, że poświęcasz ten czas na coś, na co chcesz go poświęcić, a nie na to, co jest odgórnie narzucone – jak chodzenie do pracy, robienie zakupów, gotowanie, ogarnianie rodzinnych kryzysów itp. Daj sam_ sobie tych kilka chwil na coś, co jest dla Ciebie ważne – po prostu z sympatii do siebie. Nie z konieczności realizowania kolejnego życiowego celu.

A jeśli chodzi o to, jak długo trzymać się tej zasady – rób to tyle, ile chcesz. Może być tak, że z czasem Twoje 10 minut będzie coraz dłuższe. Z 10 minut odhaczonej z zegarkiem w ręku jogi może zrobić się w przyszłości 20-, 30-, 40-minutowa, spokojna praktyka, którą będziesz wykonywać z przyjemnością. I wcale nie będzie Ci żal rolek i storiesów, których nie obejrzał_ś w tym czasie. 😀 Będziesz się czuł_ dobrze z tym wyborem i w naturalny sposób będziesz chciał_ kontynuować.

A później znowu może być tak, że wydarzy się żyćko i mimo szczerych chęci naprawdę nie znajdziesz więcej niż 10 minut. Nie biczuj się wtedy. Rób tyle, ile możesz – ale konsekwentnie. Nie zapominaj o sobie. Pamiętaj, że te czynności, które sobie wybrał_ś, sprawiają Ci przyjemność i są dla Ciebie ważne. Poświęć im chociaż kilka chwil. Zawsze warto!