Dziś jest głośno w sieci - dla mnie za głośno. Za dużo bombardowania z każdej strony. Będę musiała się od tego odciąć, żeby zachować jakikolwiek spokój. Ale zanim to nastąpi, sama muszę wylać z głowy to, co się w niej kotłuje.

Kiedy byłam mała, raz na jakiś czas zaczynałam bać się, że wybuchnie wojna. Wyobrażałam sobie czołgi na ulicach i hałas przelatujących samolotów. I że prawdopodobnie mój tata i brat musieliby iść do wojska, a ja nie wiedziałabym, co się z nimi dzieje. Wizja tych paru rzeczy, które mogły się wydarzyć, wydawała mi się straszna, a przecież jako kilkulatka zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z trudności codziennego życia, jakie mogłyby się pojawić. W każdym razie – jako dziecko myślałam że nie ma (lub niewiele jest) rzeczy straszniejszych niż wojna.

No i mamy 22 października 2020 r. – dzień, w którym jestem już dorosła, więc doskonale zdaję sobie sprawę z konsekwencji tego, co się dzieje. Budzi to we mnie większy niepokój niż dziecięca wizja zbrojnego konfliktu – bo dzieje się naprawdę.

Zawsze wydawało mi się, że jeśli nie jestem do czegoś przekonana, to tego nie robię – moja sprawa. Z tego powodu nie chodziłam na alkoholowe integracje, nie piłam do 18 roku życia, nie zapaliłam w życiu ani jednego papierosa, nie podtrzymywałam też niektórych relacji. Wprawdzie do alkoholu i papierosów byłam często namawiana, ale odmawiałam twardo. Nie byłam zbyt popularna. Ale wiecie – nie chodziłam po imprezie i nie wyrywałam ludziom butelek z rąk ani fajek z ust, bo według mnie źle robią. Zresztą – zabrałabym im, to zaraz wzięliby sobie nowe, tylko chowaliby pod stołem.

Dziś jest dzień jak każdy inny, tylko niepokój w mojej głowie jest większy. Myślę o tym, co się wydarzy, jeśli postanowię spełnić kolejne swoje marzenie. Jestem osobą, która zawsze musi mieć plan B, Ę, a najlepiej już do Ż. Nie jestem nawet blisko samego myślenia o zostaniu mamą, a już martwię się rzeczami, które mogą pójść nie tak (bo jednak to o nich mówi się więcej niż o bezproblemowych, szczęśliwie rozwiązanych ciążach). Prawdopodobnie większość moich czarnych wizji się nie spełni. Prawdopodobnie posłucham uspokajającego mnie męża, który zwykle mówi, że zaczniemy się martwić, jak będzie czym.

Ale według mnie już jest. Już można zacząć się martwić. Najgorsze jest poczucie bezsilności. Nie wiem, czy można coś z tym zrobić (poza przygotowaniem planów aż do Ż). Czy ktoś się przejmie internetowymi wyrazami oburzenia? Czy ktoś się przejmie protestującymi ludźmi?

W końcu wystarczy tylko zaciągnąć zasłony w oknach – i wszystko będzie w porządku.

Nie tak dawno temu (minęło zaledwie kilka lat) opiekowałam się moim tatą, chorym na alzheimera. Na szczęście obeszło się bez epizodów z agresją. On tylko cofał się w rozwoju. Coraz mniej mówił, aż zamilkł. Coraz mniej potrafił sam zrobić – aż nie mógł wstać. Aż trafił do szpitala, w którym niedługo później zmarł.

Od diagnozy do śmierci minęły niecałe trzy lata. Dałam radę, oczywiście. W dużym stopniu dlatego, że wiedziałam, że to na chwilę – że minie maksymalnie kilka lat, zanim tata przegra z chorobą. Chciałam (słowo-klucz) być przy nim przez ten czas, ale wykończyło mnie to tak, że dopiero teraz (cztery lata od pogrzebu) czuję, że naprawdę to przepracowałam i doszłam do siebie. I chociaż nie żałuję tej decyzji, nie chcę przechodzić przez to kolejny raz – patrzeć, jak gaśnie ważna dla mnie osoba.

Nie chcę nie mieć wyboru.