Każdy ma jakieś świąteczne tradycje. Są te odgórnie narzucone, jak ilość i rodzaje potraw, dodatkowe nakrycie dla niespodziewanego gościa albo kompot z suszu... A są też te, które każda rodzina wypracowała sobie sama - i to są te fajniejsze.

Czas między świętami a Sylwestrem to dobry moment, żeby usiąść i w końcu zrobić coś produktywnego. Postanowiłam zatem, że odpalę Wiedźmina godzinę później niż planowałam i zrobię małe podsumowanie tego, co dzieje się u mnie co roku, 24 grudnia.

Chaos, panika, rozgardiasz i ubieranie choinki

Dzień zaczyna się od tego, że wszystkie ozdoby choinkowe lądują w pokoju i zaczyna się zabawa w gdzie są haczyki do bombek oraz to co to się kładło pierwsze, lampki?

Ubierając drzewko staramy się schodzić z drogi naszej mamie, która jest już w trybie bojowym i ma co do minuty przygotowany plan działania, tak, żeby ze wszystkim zdążyć. Choć mikrokomputer w jej głowie jeszcze chyba nigdy się nie pomylił, mama zawsze panikuje, że się nie wyrobi.

Gdy dzieje się to wszystko, ja siedzę w pracy i gapię się w telefon, który nie dzwoni, bo prawdopodobnie wszyscy nasi klienci mają wolne.

Nakrywanie do stołu i babcia, która nigdy nie przyjeżdża

Około godziny 16.00 na stole ląduje obrus, a na nim – odpowiednia liczba talerzy i sztućców. Nie wiem, jak tam u Was, ale u mnie każde danie je się na tym samym, głębokim talerzu. I to jest właśnie ten moment, kiedy zapominamy pod każdym z nich położyć łuski z karpia, mające przynieść szczęście, czy tam pieniądze.

To też pora, aby mój brat pojechał po babcię, która już od dwóch tygodni zarzeka się, że na pewno w tym roku nie przyjedzie na święta, bo nie ma siły wchodzić na trzecie piętro. Każdego roku brat ją przywozi, a babcia pokonuje schody w takim tempie, że ciężko za nią nadążyć – a później śmieje się i siedzi do nocy. 😀

Życzenia, kolacja i świąteczne pogaduszki

W końcu siadamy do stołu (jeszcze nie wiedząc, że znów zapomnieliśmy o łuskach), babcia odmawia modlitwę… I odchodzimy od stołu, żeby podzielić się opłatkiem i złożyć życzenia, metodą każdy z każdym.

A później już można jeść. Jak się okazuje – zawsze ku szczeremu zdziwieniu mamy – wszystko zrobiło się na czas i smakuje jak trzeba. A na stół wjeżdżają kolejno: barszcz biały z ziemniakami, barszcz czerwony z uszkami, zupa grzybowa z łazankami, kapusta z grochem (lub groch z kapustą), karp, kluski z makiem, a na koniec, już w towarzystwie kompotu – makówki.

Gdzieś w połowie przypominamy sobie o tych nieszczęsnych łuskach, więc siostra odbiega od stołu, żeby je przynieść i jednak powkładać pod talerze; w międzyczasie mama pyta: czy widać plamę na obrusie? Bo ja co roku zalewam tą plamę ludwikiem i zapieram, później jak go z pralki wyjmuję to tej plamy nie ma, a jak prasuję to znów jest… Można też wyłapać ciekawe dialogi, na przykład między moim bratem a babcią:

– Czy ja kiedyś dożyję waszego ślubu? – Pyta babcia.
– Oczywiście – odpowiada brat. – Tylko trzeba dostatecznie długo żyć, a to już babci zadanie.

W końcu, po tej szalonej kolacji, babcia robi się zmęczona, więc dostaje prezenty i zostaje odwieziona do domu.

Szukanie gwiazdki i prezenty

W momencie, w którym czekamy, aż brat wróci od babci, jedna osoba bierze najmłodszych członków rodziny (w tym roku – dwuletnią Amelię, jej młodszy brat prawdopodobnie spał) pod pachę i idzie szukać gwiazdki na niebie. Stoi się przy oknie w kuchni i się szuka tej najjaśniejszej/największej/najładniejszej, żeby po kilkunastu minutach wrócić do pokoju i zastać pod choinką górę prezentów, która pojawiła się tam nie wiadomo, kiedy.

Nieostre zdjęcie ukazuje doskonale, że kupiliśmy za małą choinkę.

Zgodnie z tradycją, najmłodsi członkowie rodziny mają robione zdjęcie przy choince, a później rozpoczyna się ich ciężka praca – trzeba rozdać prezenty spod choinki odpowiednim osobom. Rozpakowywanie zaczyna się dopiero, gdy pod drzewkiem zrobi się pusto.

A później to już tylko rosnąca sterta papierów i cieszenie się prezentami – po północy jest już po wszystkim. 😉