Są takie stałe punkty mojego dnia, które szczególnie lubię - zazwyczah to te momenty, w których czas płynie trochę wolniej i można skupić się na tym, co zwykle się ignoruje.

Pisałam już o tym, że szczęścia trzeba się nauczyć – a dziś napiszę o małych rzeczach, które właśnie pozwalają mi się na chwilę zatrzymać, odetchnąć albo dość szybko zrelaksować po męczącym dniu i zredukować stres.

Spacer

Zwykle w dłoni dzierżę smycz, ale czasem jest to też ręka mojego chłopaka (do której jest na stałe przyczepiony cały mój chłopak – nie zabieram ze sobą samej ręki). Dlaczego spacery są dobre? W moim przypadku pozwalają dobrze zacząć dzień (pierwsze wyjście z domu z psem po piątej rano – można obejrzeć wschód słońca), a po pracy – odetchnąć i odpocząć, ale w aktywny sposób.

Jeżeli wychodzę z psem, spacer trwa zwykle minimum pół godziny (chyba, że pada – wtedy Nela robi w tył zwrot). Mamy wtedy czas, żeby popracować nad skupieniem, poćwiczyć wykonywanie komend… Wiecie, ja nie mam z tym problemu, ale mój skompresowany owczarek wymaga regularnego treningu. 🙂 Do tego lubię patrzeć, jak mój szczeniaczek poluje na coś w trawie albo po prostu wywiesza język na bok i drepcze przed siebie. Po prostu cieszy się byciem tu i teraz i ja staram się robić to samo, zanim – za trzydzieści minut – nabiorę tempa i zacznę szykować się do pracy.

A kiedy wychodzę z chłopakiem, mamy czas, żeby na spokojnie porozmawiać – nawet o pierdołach. Staramy się nie korzystać wtedy z telefonów. Wyjątkiem jest, gdy wyciągam smartfona, żeby zrobić zdjęcie albo rozpęta się jakaś zaawansowana dyskusja i trzeba sprawdzić rzeczy w internecie. Ostatnio – po obejrzeniu Króla lwa – rozważaliśmy kupno lwiątka, ale okazało się, że dorosłe lwy dużo ważą i dużo jedzą, więc wyszło na to, że przy naszym budżecie stać nas tylko na pandę czerwoną. Jej dodatkowym atutem jest fakt, że nie zajęłaby nam całego łóżka.

Na spacerze z chłopakiem jestem też zawsze zaskoczona, kiedy zdam sobie sprawę, że jesteśmy ze sobą już prawie cztery lata, a dalej chodzimy wszędzie, trzymając się za ręce. Dziecinne? Może. Ale jakie miłe! 😀

Ulica

W drodze do pracy codziennie mijam ulicę, na którą bardzo lubię patrzeć. Sama nie wiem, czemu – może przez te kamienice. Bardzo ładnie wyglądają o poranku, a ich wygląd zmienia się w zależności od tego, jaka jest pogoda. Kiedy w końcu zdecydowałam się zrobić zdjęcie, akurat lało – ale i tak przyjemnie było zatrzymać się i popatrzeć.

Ogólnie, łażąc gdziekolwiek, staram się nie gapić w buty ani w telefon i obserwować życie dookoła. Rano patrzę, jak otwierają się sklepiki, kwiaciarnie, ludzie chodzą – jednym się spieszy, innym nie – mijają się, jeżdżą czerwone tramwaje (które świetnie wyglądają na mojej ulubionej ulicy)… TAM SIĘ TYLE DZIEJE!

Dodatkowo, moje biurko stoi przy oknie, więc kiedy mam te pięć minut, podczas których odrywam wzrok od ekranu, przenoszę go na to, co dzieje się na zewnątrz. Panie ze sklepu wychodzą na papierosa, auto dostawcze parkuje na milimetry jak najbliżej drzwi, dziesięć minut później jakaś pani zajmuje Smartem dwa wolne miejsca… A czasem na parapecie siada nam gołąb, który wygląda, jakby wiele w życiu przeżył, widział już wszystko i przyleciał do nas z nadzieją na kromkę chleba i wódkę.

Trening

Czy jestem jakimś ambitnym sportowcem? Nie. Czy mam cel, do którego dążę za wszelką cenę? Nie. Czy trzymam dietę? Tak, rotacyjną – gdzie się obrócę, tam coś zjem.

Popełniam grzeszki, za które 90% trenerek wysłałoby mnie do sportowego piekła (czyli takiego, gdzie bez żadnego przygotowania wychodzi się na dwór i trzeba biegać przez 30 minut… A, nie, to było gimnazjum). Ale mimo to codzienne ćwiczenia sprawiają mi mega dużo frajdy. Często jest tak, że nie chce mi się ruszyć tyłka z kanapy i zacząć, ale wtedy przypominam sobie wszystkie poprzednie treningi i to, jaka byłam zadowolona po ich zrobieniu – i to nie dlatego, że się w końcu skończyły, tylko dlatego, że czułam się o niebo lepiej.

Kiedy zaczynam ćwiczyć, przestaję myśleć o problemach, które były w pracy albo o tych, które dopiero mnie czekają. Nie skupiam się na tym, co jeszcze mam zrobić, co na obiad, a co na śniadanie… Całą moją uwagę kieruję na pracę mięśni i na poprawną technikę wykonywania ćwiczeń. A później mam mega satysfakcję z wielu powodów:

  • pokonałam swoje lenistwo
  • zrobiłam trening od początku do końca
  • ćwiczenia są coraz łatwiejsze – moja kondycja i technika stopniowo się poprawiają
  • moja sylwetka powoli się poprawia – poza utratą centymetrów polepszam też swoją postawę
  • rozładowuję stres, zużywam nadmiar energii – lepiej śpię i jestem gotowa na kolejny dzień

Regularne ćwiczenia sprawiają, że codzienna aktywność przestaje być przymusowym punktem do odhaczenia, a staje się czymś, o co mój organizm się dopomina – a więc wykonanie treningu przychodzi mi prawie z łatwością.

To stałe punkty mojego dnia, którym lubię poświęcać więcej uwagi. Niby są to rzeczy, które dzieją się codziennie, ale jednak między innymi dzięki nim każdy dzień różni się od poprzedniego. Trasy spacerowe się zmieniają, tak samo jak tematy do dyskusji z chłopakiem. Ulica zawsze wygląda inaczej, treningi też są zróżnicowane… I teoretycznie w kółko to samo, ale nie da się nudzić. 🙂

A jak u Was? Macie swoje powtarzalne chwile, na które czekacie?