myśli

Przeterminowane przyjaźnie

Są takie momenty, że wydaje mi się, że jestem fatalnym materiałem na przyjaciółkę. Co prawda oduczyłam się już (prawie całkowicie) oceniać i radzić bez proszenia, ale moja pamięć ma ograniczoną pojemność, jeśli chodzi o bohaterów pobocznych wysłuchanych przeze mnie historii (zwłaszcza, jeśli ich nie poznałam), zwykle nie zauważam, że ktoś zmienił fryzurę, kiedy widzę, że koleżanka schudła to nie wyskakuję z gratulacjami, bo boję się, że powodem może jest jakiś negatywny czynnik, a nie dieta cud, a do tego rzadko się odzywam, żeby zapytać, co słychać.

Nie tęsknię za szkołą

Choć jest jeszcze sierpień, wychodząc rano i wieczorem do ogrodu czuję już TO powietrze. To, od którego robi się zimno w czubek nosa i które pachnie jak moja droga do szkoły. Mimo że patrzę na swój ogród, to przed oczami mam chodnik, którym chodziłam prawie codziennie przez trzy lata, zalegające przy krawężniku liście, na okularach osiadają wszystkie krople drobnego deszczu z tamtych poranków, a w kieszeni kurtki czuję ciężar kasztanów, które wtedy zbierałam, nie wiem po co. Za każdym razem, gdy zaczynam czuć to powietrze, zastygam i czekam na ten magiczny moment, w którym spełni się proroctwo: „poczekaj, jeszcze zatęsknisz za szkołą”. No to czekam. I wciąż nie tęsknię.

Wdech-wydech

Moja przygoda z jogą zaczęła się parę miesięcy temu, trwała chyba około pięćdziesięciu paru dni, a skończyła się w momencie, w którym znudziło mnie odhaczanie okienek w mojej tabelce z nawykami. Później przypominałam sobie o niej w chwilach, gdy czułam moje spięte ciało, gdy orientowałam się, że mam wciąż uniesione ramiona i napięty kark, a bolący kręgosłup przypominał nie tylko o tym, że trzeba w końcu wyposażyć nasze domowe biuro, ale też o tym, że na zbyt długo schowałam matę. Oczywiście mam usprawiedliwienie – po prostu było za dużo ważniejszych rzeczy do zrobienia. Właściwie wszystko jest ważniejsze od tych piętnastu minut powolnego zmieniania pozycji i wsłuchiwania się we własny oddech. Ale w końcu nastaje ten dzień, że się udaje – wyciągam matę spod łóżka.

Pudełko z kreatywnością

Z kreatywnością jak z ciastem drożdżowym – w odpowiednich warunkach dobrze urośnie i choć w planie były tylko dwie pizze, to wystarczy jeszcze na sześć bułeczek zwykłych, sześć czosnkowych, a jak się dobrze podzieli to i na placek ze śliwkami. Pączkującej kreatywności (oh, pączki! Jeszcze na pączki wystarczy!) wprawdzie nie da się zjeść, bo to są pomysły, wątki, historie, dialogi, melodie, ale zasada jest ta sama – trzeba to ochronić przed przeciągiem i innymi życiowymi zawirowaniami.

Cisza po burzy

Po kilku dniach przyjemnej, letniej pogody słońce zaczęło grzać bezlitośnie, że już nie dało się wytrzymać. Skóra czerwieniła się już po kilku chwilach na zewnątrz. Powietrze stało. W końcu powoli zaczęły pojawiać się jakieś chmury i wprawdzie dały trochę cienia, ale pogoda wcale nie stała się przez to bardziej znośna. Było duszno. Pociłam się od samego stania, kleiły się do mnie ubrania, a ja sama, obrzydliwie lepka, odklejałam ręce od blatu przy każdej próbie odejścia od komputera.

Jak nie zostałam aktorką

W jednym z newsletterów pisałam o marzeniach, które się nie spełniają. Wspomniałam w nim też o jednym z moich porzuconych marzeń – o zostaniu znaną basistką. Takich nieudanych pomysłów na siebie jest oczywiście więcej. Prowadzenie bloga kulinarnego na miarę Kwestii Smaku, zrobienie kariery (cokolwiek by to znaczyło – po prostu chciałam dużo zarabiać), no i w końcu – zostanie aktorką. W tym przypadku wszystko szło dobrze, dopóki nie poszłam do szkoły aktorskiej. Głównym problemem okazała się być… rzeczywistość.

Kiedy można zwolnić?

To pytanie chodzi mi po głowie od dłuższego czasu – mniej więcej od momentu, w którym poczułam, że dzieje się za dużo i tracę równowagę. Chciałam nadążyć za światem – ciężko pracować, podnosić sobie poprzeczkę, zarabiać coraz więcej, a po pracy jeszcze mieć czas na rozwój w tematach, które naprawdę mnie interesują. I ten rozwój się nie wydarzał, bo nie miałam siły, ani nawet chęci, żeby o nim myśleć. Chciałam zrobić wszystko, a nie udawało się zrobić nic.

Milion małych zapalników

Nie tak dawno pisałam o tym, jak złość zastąpiła mi większość emocji. Pracuję nad tym i od jakiegoś czasu faktycznie mogę mówić, że jestem szczęśliwa zamiast akurat nie czuję złości albo nie jestem nieszczęśliwa. Mimo to ta złość wciąż się pojawia – uczę się odróżniać, kiedy faktycznie mam do niej jakiś ważny powód, a kiedy ważny, ale wynikający z jakiegoś nieprzepracowanego tematu albo działający tylko jako mechanizm obronny. Jednocześnie walczę też o to, żeby tej złości nie bagatelizować i kiedy się pojawia, nie wmawiać sobie, że to nic i że wciąż mam świetny humor. Rozmawiam z tą moją złością i ustalam, po co przyszła – a wybuchów w ciągu dnia mam naprawdę sporo. Może nie aż milion i nie wszystkie są spektakularne, ale zdarzają się. Powody są często takie same i choć ja pracuję nad sobą, żeby siebie zmienić, to mam wrażenie, że świat się nie zmienia i powody zostaną.

Granice w sieci

Pamiętam, jak kilka lat temu Karolina Ziętek opublikowała filmik, w którym informowała swoich widzów, że niedawno się rozwiodła. Bardzo mnie on poruszył, bo naprawdę było w nim mnóstwo trudnych emocji, które youtuberka starała się trzymać na wodzy, próbując jednocześnie opowiedzieć o zmianach w swoim życiu. Ale jeszcze bardziej pamiętam z tego filmiku, jak bardzo zaskoczyło mnie, kiedy Karolina wspomniała, że już kilka widzek zauważyło, że nie nosi obrączki i pytało, czy wszystko w porządku. I tu się zatrzymałam, bo ja nie zwróciłam na to zupełnie uwagi – włączałam filmiki, żeby oglądać makijaże i nie zastanawiałam się nad niczym poza tym. Nie wiem, czy taka ze mnie słaba obserwatorka, czy może za bardzo skupiam się na swoim życiu. Czy ze mną jest coś „nie tak”, bo zwracam uwagę tylko na treść, po którą przyszłam, czy coś jest „nie tak” z ludźmi, którzy wyłapują to wszystko, co dzieje się dookoła tej treści?