Podrzucam Ci poniżej tytuły, po które w minionym roku sięgnęłam i dokończyłam (jest tylko jeden wyjątek na tej liście). Do każdej dodałam kilka słów notatkę na temat moich odczuć i tego, co ze mną zostało po przeczytaniu. Jeśli chcesz przeczytać profesjonalny opis książki, kliknij w tytuł – to przeniesie Cię do Lubimy Czytać. 😀

Przeczytane w 2025

Jak kochają nas psy. Tajemnice psiego mózgu

Tę książkę opisałam dokładniej w osobnym tekście.

W tej książce autor opisuje, jak przygotowywał swojego psa, Callie, do rezonansu magnetycznego. Pan Gregory szukał odpowiedzi na pytanie, czy jego ukochany pies – poprzednik Callie, który odszedł – faktycznie mógł go kochać, czy też psie uczucia do człowieka są totalnie proste i warunkowane ilością smaczków w kieszeni.

Możesz się zastanawiać: „Co to za problem? Usypia się psa, wkłada do tuby i bada”. Tak, tylko jest mały haczyk. Żeby dowiedzieć się, jakie emocje człowiek wywołuje w psie, trzeba sprawdzić, które obszary jego mózgu aktywują się w poszczególnych sytuacjach. Z tego powodu nie można uśpić psa do badania – musi przecież reagować na to, co się dzieje, żeby jego mózg pracował i żeby zobaczyć to na rezonansie. Aby badanie miało sens i żeby obraz zapisał się poprawnie, pies musi zatem nie spać, a jednocześnie pozostać bez ruchu przez określony czas. Na tym właśnie polega trudność.

I o tym jest ta historia. Zachęcam Cię do przeczytania, bo pan Berns i Callie pokonali razem długą drogę i wykonali kawał dobrej roboty. 😀

Czytaj dalej o tej książce.

W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy

Tę książkę opisałam dokładniej w osobnym tekście.

Ta książka wywołuje stres. Zawarte w niej opisy może nie są szczegółowe i drastyczne (choć ciężko mi ocenić, bo jestem uodporniona przez krwawe filmy akcji oglądane od dziecka). Wystarczy jednak w miejsce mieszkańców, których losy poznajemy, podstawić znane nam nazwiska – sąsiadów, przyjaciół, najbliższej rodziny. I przypomnieć sobie, że w Ukrainie wciąż trwa wojna.

Przeczytanie tej książki ściągnęło mnie na ziemię. Naprawdę wierzę w to, że żyjemy w bezpiecznych czasach (w porównaniu do innych okresów historycznych), ale losy mieszkańców ul. Logavinej pokazują, jak łatwo można wszystko stracić. Chciałabym napisać, że przeczytanie tej książki pokazuje, co jest w życiu ważne, ale… dla każdego było ważne coś innego. Dla jednych – ucieczka i wolność, dla drugich – miłość do miasta. Jedni wybierali rozłąkę dla uratowania choć części rodziny, inni – bycie razem bez względu na wszystko. Nikogo nie potrafiłam skrytykować za podjętą decyzję, za to każdego potrafiłam zrozumieć – bo każdy miał rację.

Czytaj dalej o tej książce.

Szczeka, merda, mówi

Tutaj krótko, bo książka raczej dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z psami. Ja z moją wiedzą jestem już na trochę wyższym poziomie, więc tutaj zainteresowały mnie głównie historyczne ciekawostki. Bardzo dużo rzeczy już wiedziałam i obecnie niewiele z tej książki pamiętam. Wiedza, która się miała wchłonąć, już się wchłonęła.

Polecam jednak tę książkę każdej osobie, która chce porzucić myślenie, że to tylko pies i chciałaby zrozumieć lepiej te kochane istoty.

Rozdroże Kruków

Nic nie pamiętam z tej książki. Może prawdziwi fani Wiedźmina, którzy czytali całą sagę milion razy, znajdą tu smaczki i odpowiedzi na niektóre pytania. Ja sagę czytałam daaaawno temu, a tę książkę czytało mi się przyjemnie, ale… Bez szału. Gdybym nie miała jej na liście, nie pamiętałabym, że ją przeczytałam.

Tajemnica domu Uklejów

Tę książkę dla odmiany czytało mi się bardzo przyjemnie. Mamy tu wątek tajemnicy i kryminału, a nawet subtelny romans. I pamiętam, że dobrze się bawiłam podczas czytania. Wsiąkłam w tę historię i chętnie podążałam za główną bohaterką. Są jeszcze kolejne części, jeśli dobrze pamiętam, ale zapomniałam, że chciałam je przeczytać. 😅

Noc szpilek

O rany.

To jedna z tych książek, gdzie musiałam się przyzwyczaić do narracji, bo historię opowiada nam czterech przyjaciół. Przyzwyczaiłam się jeszcze bardzo szybko, a później z ciekawością podążałam po nitce do kłębka, zadając pytania i (nie)cierpliwie czekając, aż bohaterowie mi na nie odpowiedzą.

Ta książka przypomniała mi, jak wielki wpływ na rozwój, sposób myślenia, ma środowisko i czas w których się żyje i dorasta, miejsce, w którym się mieszka i ludzie, którymi się otacza. Nawet jeśli „każdy jest kowalem swojego losu”, to nie każdy ma ten sam zestaw narzędzi, nie wszystkie są sprawne, a użyte materiały nie zawsze są najlepszej jakości.

Podczas czytania zaśmiałam się wiele razy z rzeczy, które nie powinny mnie bawić i od razu poczułam, że pójdę do piekła. Wzruszałam się, wstrzymywałam oddech, chciałam i nie chciałam wiedzieć więcej. Bohaterom, czterem chłopcom, przyjaciołom, jednocześnie współczułam i brzydziłam się nimi.

Bardzo wiele emocji. Bardzo doceniam takie historie, które żyję we mnie jeszcze wiele miesięcy po przeczytaniu.

Wschód słońca w dniu dożynek

To właśnie kolejna taka żyjąca historia. Uwielbiam Igrzyska śmierci i jak do tej pory żaden tom mnie nie zawiódł. Tutaj miałam wrażenie, że fabuła (a dokładniej – przebieg igrzysk) nie do końca kleił się z przeszłością Haymitcha, przedstawioną nam w pierwszych trzech tomach. Nie rozkminiałam tego jednak za bardzo. Wciągnęłam się i dałam się ponieść historii. Nie miałam najmniejszego problemu z powrotem do Panem. Ale te powroty są zawsze trudne i choć na nie czekam, to łamią mi serduszko.

Metro 2033

To był powrót po około 10 latach. Wydaje mi się, że tym razem wciągnęłam się mniej niż za pierwszym razem. Chociaż historia jest dobra, a zakończenie ponownie złamało mi serduszko (zupełnie go nie pamiętałam), to podczas czytania często miałam wrażenie, że jest trochę zbyt wzniośle i wyniośle. Niektóre opisy trochę za bardzo mi się ciągnęły. Czekałam raczej, aż główny bohater, a razem z nim – akcja, posunie się do przodu w swojej podróży.

Mimo to wciąż doskonale czuję klimat Metra. Przedstawiona w nim wizja świata po apokalipsie jest dla mnie jednym z wielu realnych wariantów (chociaż oczywiście mam nadzieję, że się nie spełni). Opisy ciemnych, ciasnych tuneli i czyhających w nich tajemnic to coś, co zdecydowanie działa na moją wyobraźnię.

Nie ma przed czym uciekać

To już druga książka Rebekki Makkai, którą przeczytałam (przeczytaj tutaj o pierwszej – „Wierzyliśmy jak nikt”). Ponownie wyszłam z jakimś rodzajem zachwytu, którego nie potrafię opisać.

W tej książce pozornie nic się nie dzieje, a jednak czytałam na wdechu. Poznajemy tutaj bibliotekarkę, która w skutek początkowo niezrozumiałego splotu wydarzeń porywa chłopca. Jej pobudki są słuszne – chce go chronić. Tylko czy faktycznie jest przed czym? Niektóre poszlaki wskazują, że tak. Inne, że nie, a bibliotekarka jedynie sobie dopowiada to, co jej wygodnie, aby się usprawiedliwić. Ludzie, jak ja się wciągnęłam!

Intymne dialogi, małe gesty, podróż pozornie bez celu. Z jednej strony to historia, którą czyta się szybko i lekko. No, powiedzmy. Ale nic nie zdradzam! Bo w tej lekkości kryje się jednak wiele ciężaru, a historia znów zmusza do myślenia.

A zakończenie? Trochę smutne, trochę ładne, trochę z tych „dających nadzieję”. Przypomniałam je sobie teraz i… znów się wzruszam.

Casino Royale

Sięgnęłam, bo lubię nowe filmy z Bondem. Nowe, to znaczy te z Danielem Craigiem – i nie interesuje mnie, że filmowe „Casino Royale” wyszło w 2006 roku, kiedy miałam zaledwie 11 lat. 😁

No dobrze, film jest wspaniały – a książka? Taka se. 😀 (Tak, celowo „se”, a nie „sobie”, bo takie wrażenie na mnie ta książka zrobiła). Nie czytało się jej źle, wątek akcji był całkiem fajny, ale wszystko się zepsuło, gdy pojawiła się dziewczyna Bonda.

Została opisana jako taka przebiegła, inteligentna, bystra, intrygująca. A następnie, w zetknięciu z Bondem, sprowadzona do: „och, James, tak bardzo cię kocham i chcę za ciebie wyjść”. I straciła cały swój charakter i inteligencję, które przecież – jak wynikało z wcześniejszego opisu – miała całkiem rozwinięte.

Gdyby przecierpieć ten wątek i to, że na Bonda kobiety lecą z definicji, bo tak, to jest to spoko książka do czytania przed spaniem.

Żyj i pozwól umrzeć

Jak wyżej, z dodatkowym minusem za to, że w tej książce ginie dużo ryb, które w ogóle nie były zaangażowane w konflikt między Bondem a głównym antagonistą (kimkolwiek on tam był, już nawet nie pamiętam).

Sprawa Niny Frank

Tak się złożyło, że równolegle do książek o Jamesie Bondzie czytałam książki Katarzyny Bondy. 😀 I mam zaskakująco podobne odczucia. 😅

Wątek kryminalny i cały opis pracy śledczych mi się podobał. Całe to odkrywanie kolejnych dowodów, dochodzenie po nitce do kłębka, proces myślowy profilera – wszystko świetnie opisane. No ale ludzie złoci, czytam o typie, który 28 godzin na dobę spędza w pracy i jest przy tym wielce oburzony, że żona chce się z nim rozwieść. Nie polubiłam Huberta Meyera i nie jestem w stanie mu kibicować.

Czytając tę książkę w 2025 r. byłam już przyzwyczajona do silnych, współczesnych kobiet z charakterem. Czytanie o stereotypowym Hubercie z 2007 (pierwsze wydanie książki), który nie radzi sobie z emocjami, nie widzi w sobie problemu i chce mieć rodzinę, a nie być mężem i ojcem (jest różnica!) było dla mnie zwyczajnie… nudne. Ten motyw był już ograny tyle razy, że tylko przewracałam oczami.

Jeśli potrafisz przymknąć oko na tego stereotypowo męskiego mężczyznę, być może będzie Ci się dobrze czytać.

Tylko martwi nie kłamią

Ja próbowałam przymknąć to oko i sięgnęłam po kolejną część przygód Huberta Meyera. Niepotrzebnie. 😅

Ponownie: cała tajemnica, wątek kryminalny, działania i tok myślenia profilera – świetne. Ale dochodzą kolejne minusy. To, że Hubert znowu z definicji podoba się kobietom (bo tak, no taka postać, ma się podobać i ta sympatia się bierze z powietrza – przynajmniej w moim odczuciu). I to, że prokuratorka, która z nim współpracuje i z którą na siebie wzajemnie lecą, jest dużo ciekawsza bez niego niż przy nim. Czytając rozdział w całości o niej, wciągnęłam się. Pokazała mi się twarda baba z charakterem, nabierająca odwagi, aby ostatecznie rozwiązać swój problem. Odczuwa emocje, ale one nie wykluczają myślenia i działania. Mogłabym o niej czytać!

No chyba, że jest w scenach z Hubertem – to wtedy nie. Nie kupiłam tej chemii między nimi ani tego, że taka konkretna kobieta tak łatwo traci rozum przy mężczyźnie (bo nie rozumiem, za co się leci na Meyera). Pamiętam też scenę z jakiegoś ich spaceru, gdy ona zaimponowała mu swoją wiedzą na temat Katowic, ale on się zaraz rozkojarzył, bo gdy prokuratorka straciła równowagę to sukienka jej się podwinęła i odsłoniła więcej ud. Dla mnie to kolejny oklepany motyw, tak jak dwoje nienawidzących się bohaterów (będą razem) lądujących razem w izbie/pokoju hotelowym, w którym jest tylko jedno łóżko.

To jedyna w dzisiejszym zestawieniu książka, której nie przeczytałam do końca. Zostało mi 200 stron, zbliżał się termin oddania jej do biblioteki, a mnie nie zależało na tej historii aż tak, żeby prolongować.

Może z jakąś bardziej współczesną książką Bondy polubiłabym się bardziej, ale trochę wątpię. Chyba mam jakiś problem ze sposobem, w jaki autorka kreuje bohaterów. Wydają się tacy naprawdę… Stereotypowi i szablonowi.

Polskie morderczynie

W odróżnieniu od opisanych wyżej kryminałów Bondy, ten reportaż bardzo mi się podobał. Chociaż zawsze ciężko pisze mi się coś takiego, gdy mówię o historiach true crime.

Książka to zbiór historii wybranych polskich morderczyń, z którymi autorka rozmawiała. Pierwsza część jest zawsze z perspektywy osadzonej. Niektóre opowiadają o całym swoim życiu, od dzieciństwa aż do wyroku. Inne dzielą się tylko wybranymi fragmentami swoich wspomnień. W obu przypadkach poznajemy jednak kobiety z krwi i kości, które miały jakieś życie, zanim znalazły się w więzieniu.

Część tych opowieści była dla mnie o braku innego wyjścia i posunięciu się do ostatecznego. Niektóre z kolei bardzo dały mi do myślenia na temat tego, jak bardzo można samą siebie usprawiedliwić – i to w całkiem logiczny sposób.

Bo po przeczytaniu perspektywy osadzonej czytamy część drugą. Materiał przygotowany w oparciu o dowody, akta, zeznania świadków. To czasem pogłębia współczucie. A czasem pokazuje, że rozmówczyni Bondy podeszła do popełnionej zbrodni raczej lekko, biorąc pod uwagę jej przebieg i okrucieństwo.

Harry Potter i Kamień Filozoficzny/Komnata Tajemnic/Więzień Azkabanu

To mój powrót, więc nie będę się rozpisywać na temat każdej części osobno, za to podsumuję wrażenia z przeczytania pierwszych trzech książek z serii.

W skrócie: wciąż mi się podobają.

Dostrzegam jakieś nieścisłości czy dziury logiczne. Wiem też, że wokół J.K. Rowlling było trochę kontrowersji. Ale szczerze przyznam – nie potrafię się na tym skupiać, wchodząc do świata Harrego Pottera. To klimat mojej młodości. Obawiałam się, że gdy będę chciała do niego wrócić, bardzo się rozczaruję; że historia mnie nie wciągnie, wszystko się brzydko zestarzało i nie znajdę w tym żadnej frajdy. Ale jest odwrotnie!

Zdecydowanie się wciągam, bo wielu wątków i detali zwyczajnie nie pamiętam. Zdecydowanie częściej odświeżałam sobie filmy. Serię przeczytałam tylko raz w życiu, kilkanaście lat temu. To dla mnie nadal trochę bajka, trochę może young adult, trochę po prostu przygodówka w świecie, w którym wciąż chciałabym się znaleźć chociaż na chwilę.

Powrót do serii przypomniał mi też o fanfikach, które czytałam z wypiekami na twarzy. Najbardziej pamiętam dwa: o przygodach Lunatyka, Łapy, Rogacza i Glizdogona w czasach, gdy sami byli uczniami Hogwartu oraz o wydarzeniach opisanych w HP, ale bardziej z perspektywy Hermiony, która w tej wersji zaprzyjaźniała się z Malfoyem. Byłam bardzo poruszona ludzką stroną Dracona, którą przedstawił_a autor_ka tego opowiadania. Serio, do dziś pamiętam te emocje, choć fabuła zatarła się z pamięci.

Tak że co tu dużo mówić – znów czekam na mój list z Hogwartu. A biorąc pod uwagę, jak działa Poczta Polska, liczę, że po prostu leży sobie gdzieś zapomniany w sortowni i kiedyś do mnie dotrze. I nawet jeśli nie rozpocznę już nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa, to przynajmniej będę mogła powiedzieć: Aha! Miałam rację!

Dom mojej matki

Dorastają dzieci, które były ofiarami sharentingu (publikowania w sieci treści parentingowych z wizerunkiem dziecka). A sprawa Ruby Franke i 8 Passengers była wyjątkowo głośna.

Oczywiście nie dla mnie. Ja ją przegapiłam, żyjąc sobie pod moim kamieniem, gdzie świat jest miły i sprawiedliwy. Pierwszy raz usłyszałam o tej sprawie w podcaście true crime Hulaj Dusza (to ten odcinek). Później obejrzałam czteroodcinkowy dokument. Na koniec przeczytałam Dom mojej matki.

Wszystkie te materiały dotyczą rodziny Franke. Pani mama, Ruby, obrała sobie za cel bycia idealną panią domu i posiadania idealnej rodziny. Uparła się na sześcioro dzieci – i dopięła swego. Relacjonowała swoją codzienność na YouTube, a także dzieliła się metodami wychowawczymi. Problem pojawił się, gdy cały dom i całe rodzinne życie zostały przystosowane pod nagrywki. Musiało być sterylnie czysto, każdy musiał być idealny, a dzieci uśmiechały się niemal na komendę. Później doszedł jeszcze sekciarski wątek tej historii, w imię którego doszło do znęcania się nad dwójką najmłodszych dzieci (fizycznego – bo psychiczne trwało już dużo wcześniej).

Książka Dom mojej matki to cała historia opisana przez Shari – najstarszą córkę Ruby, która jako pierwsza poczuła, że coś jest nie tak i spróbowała się z tego wyrwać. Poznajemy kulisy całej tej działalności, a przede wszystkim koszt, jakim obarczone było życie w idealnej rodzinie.

Dla mnie to naprawdę straszna historia i myślałam o niej przez wiele tygodni. To coś, co znów bardzo mocno sprowadziło mnie na ziemię. Przegladając Instagram, widząc idealne wakacje, idealne sylwetki, dzieci, rodziny, partnerów, już zawsze będę miała z tyłu głowy: to tylko wycinek. Widzę to, co te osoby chcą, żebym widziała. I już nie robi to na mnie wrażenia. Bo ja też umiem zagrać idealną przed kamerą. Ale nie chcę. Nie chcę dokładać takiej cegiełki do całego tego mechanizmu. I choć oczywiście sama nie pokazuję całego mojego życia, to w tym, co pokazuję, staram się być tak bardzo prawdziwa jak tylko mogę.

Lot Myszołowa

Fantasy, które mnie zaskoczyło! I pokazało, że lubię ten gatunek, tylko bardziej „low”, gdzie magia jest lekkim dodatkiem do codziennego życia, niż „high”, gdzie jest cały skomplikowany świat, wiele trudnych do zapamiętania reguł i jeszcze trudniejsze imiona bohaterów.

Autorka sama zaznacza, że nie wie, czy to fantasy czy już romantasy. I ja też tego nie rozstrzygnę, ale mogę napisać, że wątek romantyczny jest tu bardzo przyjemny, subtelny i choć jest istotnym elementem fabuły to jej nie dominuje. Dla mnie to historia obyczajowo-przygodowa.

Podobały mi się feministyczne wątki i to, jak logiczny i poukładany jest przedstawiony świat. Do tego wszystko jest zrozumiale opisane (bardzo doceniam!), więc choć trzeba się skupić i czytać ze zrozumieniem, to nie da się pogubić i łatwo się wciągnąć.

Czekam (nie)cierpliwie na kolejny tom!