Kostki gitarowe z koncertu Metalliki
Bardzo długo identyfikowałam się jako córka alkoholika, który później miał Alzheimera. To była olbrzymia część mojej tożsamości. Chyba nie do końca wiedziałam, kim jestem, jeśli się to odejmie. Co pamiętam teraz? Kim jestem dziś?

To, z czym wyszłam z domu

Bardzo długo identyfikowałam się jako córka alkoholika, który później miał Alzheimera. To była olbrzymia część mojej tożsamości. Chyba nie do końca wiedziałam, kim jestem, jeśli się to odejmie. Do tego wspomnienia awantur po alkoholu i związane z trudami codziennej opieki całkowicie wyparły wszystkie inne. Kiedy o Tobie myślałam, byłam wściekła. Nie zdążyłeś się zrehabilitować, zanim choroba na zawsze zmieniła Twój mózg.

Nigdy nie usłyszałam od Ciebie przeprosin. To znaczy, na początku przepraszałeś. To był taki rytuał, że wracałeś pijany, była aferka, a na następny dzień było Ci głupio i żałowałeś. Aż przyszedł taki dzień, że po aferce czekałam na znany ciąg dalszy, a on nie nastąpił. Pamiętam ten szok, niepokój i bardzo dużo myśli. Czyli co teraz? Nie żałujesz? Mam udawać, że nic się nie stało? Nie przeprosiłeś już chyba nigdy więcej.

Ciężko było mi się pogodzić z tym, że nigdy nie usłyszę tych słów. Przecież każda taka historia rodzinna zawsze kończyła się happy endem. Pojednaniem, wybaczeniem i przytulasami. U nas ta historia nie ma końca. Ty nie żyjesz, a ja poszłam na terapię i regularnie próbowałam sobie przypomnieć coś więcej niż te awantury i tę opiekę. A jednocześnie starałam się nie umniejszać temu, jakie to było dla mnie trudne, że było dla mnie za wcześnie i jaką krzywdę mi tym zrobiłeś.

Bez zaufania, bez zrozumienia

Pamiętam, jak od zawsze wytykałeś mi, że nic nie robię i za mało się uczę. Powtarzałeś to, choć od piątej klasy podstawówki do końca gimnazjum miałam świadectwa z paskami, wygrywałam konkursy i zdobywałam stypendia. To trochę ironia losu, że wtedy czułam, że robię za mało, a teraz czuję się wystarczająca – choć od dawna nic nie wygrałam i nikt o mnie nie słyszy.

Zarzucałeś mi uganianie się za chłopakami. Wtedy podobał mi się tylko jeden i nie zwracał na mnie zupełnie uwagi. Wiedziałam, że mam się uczyć. Z tym, że do kogoś mi mocniej bije serce wolałam się nie odsłaniać, żeby znów nie prowokować monologu. Dzisiaj wiem, że motyle w brzuchu to normalny etap dojrzewania i że to był właśnie czas na zakochania i głupotki. Ja go nie wykorzystałam. Byłam dojrzała jak na swój wiek. Dzisiaj rozumiem, że to żaden komplement.

Nie przyjmowałeś do wiadomości tego, że dorastam. Miałeś swoją wizję mnie i świata, a ja miałam się do niej dostosować. To, co wychodziło poza Twoje ramy, było krytykowane. Pewnie na swój sposób chciałeś dla mnie jak najlepiej. Jednak zamiast być mnie ciekawym i pomóc mi odnaleźć się w świecie, kazałeś się dopasowywać i być inną niż jestem. Miało mi się z tym żyć lepiej, ale skutek był odwrotny. Czułam, że moja wrażliwość, empatia, przywiązanie do ludzi, są czymś złym.

Brak zaufania działał w dwie strony. Nie uważałam, że mogę przyjść do Ciebie z problemem, zwierzyć Ci się, pogadać od serca. Tam, gdzie moje ja Ci pasowało, potrafiłeś być wspierający. W pozostałych obszarach mówiłeś mi, jak mam żyć. Bez zrozumienia tego, co mówię. Do tego wbiłeś się na szkolną próbę przed jednym z moich występów, bo TY chciałeś porobić zdjęcia i miałeś gdzieś, że Cię tam nie chcę. A kiedy narzekałam, że przy odpowiedzi dostaliśmy z kolegą podobne pytania i on dukał i dostał 4, a ja odpowiadałam płynnie i dostałam 3, od razu uznałeś, że oszukuję. Odegrałeś scenkę pt. „Pójdę sobie porozmawiać z tą nauczycielką, żeby nie traktowała tak mojej córki”. Po to, żeby już nigdy nie przyszło mi do głowy kłamać.

Później narzekałeś, że prawie wcale się nie odzywam.

Co odgrzebałam

Zajęło to mnóstwo czasu i wymagało pracy, ale z czasem przez ten alkoholowo-Alzheimerowy mur zaczęły przebijać się też inne rzeczy.

To przecież Ty woziłeś mnie na nocowanie do babci, kiedy podrzucaliście mnie do niej pod opiekę. I przywiozłeś mi misia, bo tak strasznie płakałam. Kupowałeś niezliczoną liczbę czystych kaset magnetofonowych, żebym mogła nagrywać swoje gadanie i wymyślone piosenki. Spędzałam z Tobą godziny, lepiąc z plasteliny. Zawsze do Ciebie szłam, kiedy trzeba było ulepić dużą kulkę. Miałeś największe dłonie w rodzinie, więc wiadomo było, że ulepisz największą.

Potrafiłeś w kilka chwil namalować bardzo realistyczną (jak na moje kilkuletnie oko) głowę tygrysa. Wycinałeś ją, przyczepiałeś do niej długą gumkę i w jednej sekundzie stawała się maską do noszenia podczas zabawy. Pomagałeś mi rozgniatać twardą modelinę. Nie cierpiałam jej, ale figurki z niej były bardziej trwałe, więc czasem się poświęcałam. Zawsze dawałeś mi trochę gliceryny, żeby szło mi łatwiej. Sam umiałeś odtworzyć figurki lepione w programach dla dzieci – wyglądały jak wyjęte z telewizora. To Ty podpowiedziałeś mi, żeby kolorować bokiem kredki, a nie jej czubkiem, żeby nie było widać kresek. Zwracałeś mi też uwagę, że trawa nie jest jednolicie zielona i żeby dodawać też inne odcienie i kolory.

Pamiętam, jak pod Twoim okiem przygotowywałam stronę na starym Allegro, żeby sprzedać mojego edukacyjnego laptopa, gdy z niego wyrosłam. Kiedy mama zasypiała, a ja jeszcze nie, wstawałam do Ciebie. Zawsze siedziałeś do późna. Bawiłam się przy Tobie, a gdy byłam trochę starsza – grałam na kompie (oczywiście w Simsy albo w Need for Speed’a). Kiedy zbliżał się czas spania, dawałeś znać, że jeszcze tylko na długość papierosa. Czasem gasiłeś światło i rozżarzoną końcówką robiłeś świetlny pokaz.

Chodziłeś z Zenitem, a później z cyfrówką (lustrzanką? Nie wiem, nie znam się) i dawałeś mi pierwsze fotograficzne rady. Dzięki Tobie makra, przysłony, iso nie są mi całkowicie obce. Nauczyłeś mnie zwracać uwagę na drugi i kolejny plan i żeby nie było tam bałaganu. I uczyłeś, żeby nie obcinać nóg. Chociaż robię zdjęcia głównie smartfonem, więc ani przysłony, ani iso nie ustawiam, nadal stosuję się do większości Twoich rad. Teraz to ja jestem tą osobą w rodzinie, na którą trzeba poczekać na wycieczce, bo robi zdjęcie. To ja mam potrzebę łapania momentów, ale poszłam o krok dalej i pamiętam o tym, żeby też być na tych zdjęciach.

To z Tobą chodziłam do Californii. Ty zamawiałeś piwo, a ja wdrapywałam się na podświetloną scenę i tańczyłam do muzyki z radia. Pamiętam jak mówiłeś komuś, kto się do Ciebie dosiadł, że gdybyś za każdym razem robił mi zdjęcie na tej scenie, miałbyś już cały album tego, jak na niej rosnę. Przytrzymywałeś mi wysokie barowe krzesło, gdy wdrapywałam się na nie, żeby napić się Coli. Zawsze się bałam, że polecę razem z tym krzesłem do tyłu. Do dziś się tego zresztą boję, ale dziś już bardzo rzadko ktoś mi je przytrzymuje.

Robiłeś mi chleb z cukrem, ale też ten z cebulą i majerankiem (kiedy już absolutnie buntowałam się przeciwko jedzeniu czosnku podczas choroby). Przygotowywałeś też jedno z najlepszych śniadań: ziemniaki z jajkiem sadzonym. Smażyłeś je na małej, obdrapanej patelni, która służyła chyba tylko do tego i do podsmażania cebulki. Raczej żaden sanepid by jej nie przepuścił. Do dzisiaj nie wiem, czy wbijałeś jajko prosto na rozgrzane ziemniaki, czy smażyłeś je osobno i później kładłeś na wierzch. To smak, którego już nigdy więcej nie poczuję.

Jeździłam z Tobą na wycieczki rowerowe. To Ty byłeś zawsze gotowy, żeby wsiąść w samochód i dokądś wyruszyć. Byłeś ze mną na koncert Metalliki (znaleźliśmy wtedy po jednej kostce) i rok później na Claptonie. To było tak oczywiste, że nawet nie przyszło mi wtedy do głowy, że mógłbyś odmówić. Dołożyłeś mi się podczas zakupów, żebym mogła kupić nie tylko samą gitarę, ale też od razu wzmacniacz. Pewnie gdyby nie Alzheimer, to Ty byłbyś w pierwszych rzędach na moich koncertach, jak zwykle z aparatem. Miałbyś kolejne zdjęcia do scenicznego albumu.

Bliżej

Twój Alzheimer, paradoksalnie, poprawił nasze relacje. Mieliśmy swój rytm dnia, oglądaliśmy Fineasza i Ferba do śniadania. Żałuję, że w czasach swojej większej wiadomości udało Ci się poznać mojego byłego chłopaka, a nie tego, który został moim mężem.

Czytam książkę o działaniu mózgu i myślę o Tobie. Jest trudna, dotarłam dopiero do części o neuroprzekaźnikach. Alzheimer wraca w tej książce jak bumerang. Dostaję kolejne puzzelki w historii o tym, jak Twój mózg powoli przestawał działać. Zastanawiam się, jak się czułeś. Na ile wiedziałeś?

Chodząc na terapię i rozbijając moje schematy i relacje na czynniki pierwsze, zadaję sobie pytanie: czy też się tak miałeś? Byłeś przytłoczony, nieszczęśliwy? Często myślę, że tak – i że wielka szkoda, że jedynym narzędziem do poradzenia sobie z tym, jakie znalazłeś, była butelka piwa.

Happy end

W naszym nie będzie przeprosin i pojednania.

Może nasz polega na tym, że nie chorowałeś długo i odnalazłeś swój spokój już prawie dziewięć lat temu. A ja powoli odzyskuję swój. Za każdym razem wydaje mi się, że to już teraz, już jest okej. A później okazuje się, że po tylu latach od Twojej diagnozy, ja znowu ją przeżywam. A może raczej – w końcu ją przeżywam, bo wtedy nie byłam w stanie.

Może nasz happy end jest taki, że już nie chcę nie mieć z Tobą nic wspólnego. To Twoje geny i czas, który ze sobą spędziliśmy sprawił, że jestem trochę artystką. Zabrakło mi wsparcia, żebym nie bała się iść bardziej w tę stronę, ale staram się robić co mogę z tym, co mam. Mam po Tobie entuzjazm do działania i do próbowania nowych rzeczy. I łatwość do porzucania ich też – ale wiem już, że to jest okej. Nie wszystkiego, co się zacznie robić, trzeba się trzymać przez resztę życia ani robić regularnie.

Cztery lata temu na Dzień Ojca napisałam, że nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdybyś żył, byłoby mi ciężej. Dziś nadal tak myślę. Bardzo możliwe, że gdybyś żył, nie trafiłabym na terapię i nigdy nie nauczyłabym się dbania o siebie i stawiania granic. Ale dzisiaj część mnie myśli też: a może bym trafiła i bym się nauczyła. Może przy innej konfiguracji gwiazd i większej przychylności losu nie miałbyś Alzheimera, poszedłbyś na odwyk i byłbyś zdrowy i wspierający. A może coś po środku. Może…

Napisałam też wtedy, że może za kilka kolejnych lat będę pamiętać trochę bardziej te dobre rzeczy. I faktycznie tak się stało. Może to już naprawdę ten moment, już teraz, już jest okej. Znów jestem trochę bardziej pogodzona z tym, jaki byłeś – i pamiętam Cię lepiej. Nie przeszkadza mi Twoja połowa genów. Robię zdjęcia, chodzę na rower, słucham piosenek Metalliki, wspominając koncert – i wspominam też Ciebie. Ciepło. Pierwszy raz od wielu lat.

Może to jest nasz happy end. Może nie najlepszy. Ale jedyny, jaki mamy.