Pewnie kojarzysz "jesieniarę" - osobę, która kocha jesień. Tylko czeka na pierwsze chłodne dni, żeby wyciągnąć ulubione kubki, herbaty i dekoracje, obstawić nimi siebie i cały dom i zagrzebać się w kocu z książką. A kim jest sezoniara?

Moja profesjonalna definicja

Sezoniara to osoba, która lubi i docenia wszystkie pory roku. Każda z pór jest inna, daje inne ograniczenia i możliwości. Zamiast wegetować i narzekać podczas mniej ulubionych pór, czekając na tę jedyną, sezoniara wyciska z każdej z nich tyle, ile się da. Stara się w danym czasie w roku zrobić to, czego nie da się zrobić w pozostałych okresach.

Zalety bycia sezoniarą:

  • można wciąż mieć ulubioną porę roku, ale pozostałe nie są aż tak męczące,
  • maleje poczucie beznadziejności podczas mniej lubianych pór roku,
  • skupiasz się na tym, co tu i teraz, a nie na czekaniu na ten jeden wycinek przyszłości,
  • ćwiczysz dostrzeganie plusów – co przydaje się w całym dorosłym życiu,
  • uczysz się rozwiązywania problemów zamiast tylko narzekania na nie i biernego czekania, aż miną (czyli aż zmieni się pora roku).

Jestem sezoniarą

Kiedyś byłam przekonana, że jestem jesieniarą. Te kolorowe liście, półmrok, deszcz za oknem – to chyba wtedy najlepiej mi się pisze! Dobijało mnie za to lato. Kiedy moje ciało nie radziło sobie z upałem, a mózg zwalniał i naprawdę skupiał się tylko na przetrwaniu. Pomyślałam sobie jednak, że naprawdę szkoda tracić czas na narzekanie. Lato będzie się powtarzać co roku i najprawdopodobniej każde kolejne będzie tylko cieplejsze. Z małymi wyjątkami – ale podobno przeżyłam już najchłodniejsze lato w swoim życiu.

Bycie sezoniarą wymaga trochę samoobserwacji i akceptacji, że nie zawsze jestem na 100%. W pewnych okresach mój mózg jest jak brzytwa i 8 godzin pracy robię w 2 godziny. W kolejnych tygodniach będzie odwrotnie. Ze skupieniem złotej rybki 2 godziny pracy zrobię w 8 godzin i jeszcze będę z siebie dumna, że tak szybko mi poszło. Mam życiową rutynę, ale nie ma co udawać, że zmieniająca się pogoda, długość dnia, ilość światła za oknem, w ogóle na nią nie wpływa.

Wydaje mi się, że lubienie jednej pory roku i narzekanie na inne wynika trochę z tego, że chcemy stałości i jednostajności. Denerwujemy się, kiedy nie możemy robić tego co zwykle, bo nagle nie dajemy rady, nie mamy nastroju albo energii. Do tego oczywiście dochodzą preferencje co do temperatur. Z tym chyba jednak trochę łatwiej sobie poradzić niż z brakami życiowej energii.

No dobra, ale co mają w sobie poszczególne pory roku, czego nie mają inne? Co z nich wyciskam jako sezoniara?

Wszystkie pory roku

Wiosna

Liczę ją od marca. 😀

Czym wygrywa? Tym, że po zimie przynosi wreszcie pierwsze słońce i pierwsze ciepło.

Minusy? To chyba trudny czas dla alergików. Mnie to na szczęście omija.

Jeden z ulubionych wiosennych widoków, gdy wszystko jest w końcu zielone.

Wybudzam się z zimowego snu, trochę łatwiej się wstaje, trochę chętniej wychodzi się na zewnątrz. Nagle okazuje się, że dzień jest już całkiem długi. Nie wiadomo skąd i kiedy, na drzewach i krzakach pojawiają się pierwsze młode listki. Świat pachnie obłędnie. Wypełnia się ptasim śpiewem (co brzmi cudownie po długiej, zimowej ciszy), kolory są soczyste i wstępuje we mnie nowa energia.

Wiosną staram się przygotować ogródek. Przeglądam katalog rozsad. Fantazjuję o tym, co gdzie posadzę i każdego dnia robię rundkę po ogrodzie. Później melduję Tomkowi, co już ma liście, co trzeba przyciąć i co gdzie zasadzimy.

Wiosną przylatują jaskółki! Czekam na nie przez te wszystkie miesiące i odliczam dni do kolejnego spotkania, odkąd tylko wylecą do Afryki. Zaczynam wyglądać przez okno na schodach. Gniazdo jest puste… Puste… Puste… A później nagle są! Kręcą się, hałasują, odbudowują swój domek. I zaczyna się trzymanie kciuków – oby zostały! Oby udał im się lęg! Przy sprzyjających warunkach będą nawet dwa!

Bociany! Co prawda nie mieszkają u nas, w odróżnieniu od jaskółek, ale i tak miło je widzieć!

Lato

Liczę je od czerwca, chyba że maj jest już wyjątkowo ciepły. 😀

Czym wygrywa? Długością dnia, przyjemnymi, ciepłymi wieczorami i tym, że wystarczy założyć buty, żeby wyjść z domu.

Minusy? Dla mnie – temperatury. Zdecydowanie lepiej znoszę te niskie, więc latem mój mózg się wyłącza. Gdybym mogła, wzięłabym dwumiesięczny urlop w pracy – jak szkolne wakacje – i wróciła, jak już temperatura się uspokoi i da mi żyć. Latem niestety zwykle źle sypiam i jest mi ciągle za ciepło. To jest ta pora roku, którą musiałam się nauczyć obsługiwać.

Jaskółki!

Latem olewam co mogę. Zwykle w ciągu roku robię jakieś rzeczy. Dużo piszę, nagrywam filmy na YouTube, prowadzę Coworking Razem Raźniej!, sporo wrzucam na Insta. Latem to wszystko zamiera. Odcinam wszystkie niteczki, żeby mieć wolne ręce. Nie być uwiązaną do miejsc, terminów, ludzi. Nie musieć być nigdzie na konkretną godzinę czy robić rzeczy na dany termin. Skoro mój mózg zwalnia, nie siłuję się z tym. Odpuszczam wszystko, co nieobowiązkowe (a nie oszukujmy się – poza etatową pracą, większość rzeczy narzucam sobie sama).

Lato to dla mnie czas czytania książek w ogrodzie. Znajduję kawałek cienia, siadam na huśtawce, obłożona chłodnymi napojami i z kapeluszem na głowie – i czytam. Jesienią i zimą, a nawet często wiosną, mam tryb nadawanie. Słowa wylewają się ze mnie i po prostu muszę je gdzieś skierować. Latem wchodzę raczej w tryb odbieranie. Często więcej czytam niż piszę. Mniej nagrywam na YouTube, bo szkoda mi czasu na siedzenie przy komputerze.

Lato to czas bycia poza domem – choćby w ogródku. To doglądanie roślin na grządkach, a czasem i pierwsze zbiory. To zjadanie wiśni z drzewa i przerabianie ich na dżem. To obserwowanie zalążków śliwek i jabłek, które powoli rosną i nabierają kolorów pod koniec sierpnia. Latem szukam powodów do wychodzenia z domu. Wsiadam na rower, bo chociaż jest ciepło, to wiatr przyjemnie chłodzi podczas jazdy. To czas dziennikowania nad jeziorem i oglądania tam zachodów słońca. To też czas wzmożonej aktywności! Minionego lata dojeżdżałam rowerem nawet na siłownię. Przy tak długim i ciepłym dniu to niemal żaden problem (większym problemem była moja kondycja. 😀 Ale tylko na początku!).

Lato to jaskółki. Jeśli zostały, to mogę obserwować przez firankę małe dziobki wystające ponad krawędź gniazda i wołające o jedzenie. Jaskółczy rodzice śmigają tam i z powrotem i przy sprzyjających warunkach i odrobinie cierpliwości udaje mi się czasem uchwycić kadry niemal jak z National Geographic. 😀 Uwielbiam je obserwować i kibicować ich zmaganiom. Żałuję, że nie mówię po jaskółczemu, żeby im jakoś zakomunikować, że jestem po ich stronie. 😀

Ja – nieinstagramowa pisarka

Jesień

Liczę ją od 1 września. 😀

Czym wygrywa? Pięknymi kolorami i światłem oraz znośną temperaturą.

Minusy? Coraz krótszy dzień i – często – dużo deszczu.

Jeden z moich ulubionych widoków jesienią

Jesienią mój mózg przyspiesza. Schodzi z niego to całe letnie zmęczenie i gdy już przestaje walczyć o przetrwanie, wszystkie te słowa, historie, które miałam w głowie i na których porządkowanie i spisywanie nie bardzo miałam czas (nie chcąc siedzieć przy kompie) i siłę, teraz znajdują ujście. Dłuższe wieczory sprzyjają temu, żeby to wszystko przelać do jakichś dokumentów tekstowych i na bloga. Latem po przerwie ruszają newslettery i nie żal mi czasu, żeby pisać opowiadania, a później je jeszcze ewentualnie nagrać i tak je puścić w świat.

Jesień to też pułapki. I nie mówię tu tylko o psich kupach, które sprytnie kamuflują się w liściach. 😁 Jesienny klimacik (herbata, świeczka zapachowa, klimatyczne oświetlenie) to coś przyjemnego i potrzebnego (bo wtedy najlepiej mi się pisze), ale też jest to coś, co może zamknąć w domu. Kiedy ma się dom z ogrodem, a do tego większość rzeczy może zostać dostarczona niemal pod same drzwi, łatwo jest uznać, że na dworze jest za zimno i za brzydko i nigdzie nie idę. Miałam ten problem!

Na szczęście mam też dwa psy i widziałam, że zarówno mnie jak i im te nasze za krótkie wyjścia szkodzą. Dlatego zwłaszcza jesienią, gdy robi się to trudne, staram się mimo warunków i zimnicy trzymać tej rutyny godzinnego spaceru po pracy. Wymaga to kupowania naprawdę ciepłych i wodoodpornych ubrań, ale opłaca się – dla zdrowia fizycznego i psychicznego. Ale o tym, jak przetrwać jesień, już pisałam w innym tekście – przeczytaj go, jeśli potrzebujesz porad.

Jesień to czas skupienia. Wracam do nowych albo przerwanych kursów. Mam czas, żeby wysłuchać w skupieniu lekcji, zrobić ćwiczenia, pomyśleć, wchłonąć tę wiedzę. Nie biczuję się, że dopiero teraz. Latem mój mózg chce pływać w zimnej lemoniadzie, a nie się uczyć! Nie będę z tym walczyć. Zwłaszcza że jesienią naturalnie staję się bardziej produktywna – i wtedy z tego korzystam.

Jesień to też rocznica ślubu! Zawsze przy tej okazji staramy się miło spędzić czas, np. gdzieś sobie wyskoczyć na weekend i pooddychać trochę innym powietrzem. To bardzo ciepły czas w te chłodne miesiące!

Jesienny widok z okna

Zima

Liczę ją od połowy listopada. 😀

Czym wygrywa? Świętami! I śniegiem, kiedy się sporadycznie pojawia. Świąteczny klimat trwa od listopada, kiedy biorę się za kupowanie pierwszych prezentów, do początku stycznia. A później w lutym mam urodziny!

Minusy? Mam jakieś dwadzieścia metrów podjazdu do odśnieżenia, a w dni biurowe wyjeżdżam z domu około 6.30. Dodaj dwa do dwóch. 😁 Na szczęście mój mąż jest pomocny i wstaje, żeby ogarnąć ten podjazd. 💕 Kolejny minus: styczeń trwa u mnie jakieś siedem lat. Chyba najgorzej znoszę ten miesiąc. Jest długi, ciemny i zawsze się martwię, że nigdy się nie skończy i już zawsze będzie zima.

Zimowy ogród

Na zimę przeciąga się vibe z jesieni. Wciąż jestem skupiona (choć nie zawsze udaje mi się to osiągnąć w pracy 😅), mam pomysły i energię do ich realizacji. Do tego wiadomo, lampeczki, świeczki, półmrok, pisanie. I wjeżdża ekscytacja kupowaniem świątecznych prezentów!

W listopadzie biorę się za spisanie wszystkich pomysłów, co dla kogo można kupić. Zwykle pamiętam tylko część z nich, więc trzeba to spisać, żeby te najfajniejsze pomysły nie umknęły. No i ludziom wokół zwykle też przydaje się jakaś podpowiedź. 😁 Listopad to też czas, w którym startujemy z firmowymi mikołajkami. Już od kilku lat puszczam do współpracowników excela, w którym wpisują się chętni do udziału w zabawie. Wpisujemy też to, co chcemy dostać i czego absolutnie nie chcemy. Dzięki temu w grudniu każdy wychodzi zadowolony, z idealnie dobranym prezentem. 😁

A później przychodzą święta. Potrawy, które je się tylko raz w roku. Wspólne otwieranie prezentów i po prostu takie bycie razem, blisko siebie, ale też bez konieczności wchodzenia w interakcje. To Kevin sam w domu, za którym ja wprawdzie nie przepadam, ale co roku leci gdzieś w tle i już zawsze się będzie kojarzył ze świętami. To czytanie książek, czas odpoczynku i cieszenia się prezentami. (Kocham prezenty, zwłaszcza te idealnie dobrane. Tak już mam, no trudno. 😀)

Pamiętam, że jako dziecko/nastolatka, po tej całej rodzinnej imprezie szłam jeszcze w nocy do komputera zainstalować nową grę. Dodatek do simsów, Assasin’s Creed’a czy w co ja wtedy jeszcze grałam. I żeby przed snem zobaczyć chociaż pierwsze kadry! I pójść spać z tą ekscytacją, że jutro sobie pogram! Do dziś lubię dostawać gry, zwłaszcza na święta i chociaż nie ma już rytuału wkładania płyty do napędu, bo wystarczy wpisać kod gry w aplikacji, to ekscytacja z tych oglądanych nocą pierwszych kadrów jest wciąż ta sama. 💗

Zima to moje urodziny! Wypadają 13 lutego, ale świętuję cały miesiąc. 😀 W okolicy tego dnia biorę wolne, ale już dwa tygodnie wcześniej zapowiadam, że będę mieć urodziny. Zwykle unikam bycia w pracy tego dnia, ale gdyby mnie kiedyś naszło, żeby być wtedy w biurze, najpewniej chodziłabym cały dzień w urodzinowej czapeczce, a może w koronie, żeby na pewno nikt nie przegapił, że to moje święto. Kiedyś wydawało mi się, że urodziny to nic takiego – że tak bardziej wypada się z nimi chować, nie obchodzić, nie zdradzać nikomu, że to dzisiaj. Ale nie będę ściemniać – cieszę się, że żyję i że z roku na rok to życie jest coraz bardziej takie, jakie chcę mieć. Chcę się tym cieszyć i to świętować!

Kilka urodzinowych prezentów

I tak mija cały rok

I jak widzisz, cały czas coś się dzieje. Totalnie mogłabym się skupiać na minusach – że za gorąco albo za zimno, że muszę siedzieć przy kompie, a mi duszno, że tyle mam do zrobienia, a nie mam energii. Albo przeciwnie, że mam energię, ale na zewnątrz już ciemno i ponuro, nie ma co robić. Ale nie chcę się na tym skupiać, tak po prostu.

Jako sezoniara skupiam się na tym, co fajne i co nie powtarza się w żadnej innej porze roku. W końcu ile razy jeszcze przejdę ten cykl od wiosny do zimy? Kiedy pomyślę sobie, że pożyję może jeszcze 50 lat, to wydaje się bardzo dużo czasu. Później jednak okazuje się, że to jeszcze tylko 50 wiosen, lat, jesieni i zim. 50 razy zaobserwuję młode listki, 50 razy zerwę wiśnie prosto z drzewa, 50 razy będę obserwować jesienne liście, 50 razy przygotuję i spędzę święta z rodziną. 50 razy to wcale nie tak dużo.

Czy warto tracić 3/4 tego czasu, czekając na idealną porę roku?

Nie warto. Zostań sezoniarą! Wykorzystaj każdą porę roku i każdy jeden raz, który masz. 💗