Ja i rower w lesie
Rower. Cudowne urządzenie, dzięki któremu z łatwością rozpoznaje się zmiany w terenie (z górki/pod górkę) i stan nawierzchni (gładko/wyboje). Można się też na nim przemieszczać.

Wszystkie moje rowery

Mój pierwszy rower, a raczej pierwszy jaki pamiętam, to był dziecięcy trójkołowiec. Chyba całkowicie plastikowy. I chyba go lubiłam. Do dziś pamiętam moje niezadowolenie z faktu, że jest na mnie za mały i oddamy go jakiemuś Joachimowi. Rowerek był zielony i naprawdę dziecięcy. W końcu musiałam z niego wyrosnąć.

Pamiętam wycieczki z tatą. Niezbyt dokładnie. Czasem pewnie odbywały się w dni takie jak ten, w którym piszę ten tekst – wiosenne, ciepłe, słoneczne. A czasem pogoda w ogóle nam nie sprzyjała i łapał nas deszcz. Pierwsze wycieczki odbywaliśmy chyba jeszcze na składakach – ja na pomarańczowym (albo wyblakłym czerwonym), a tata na większym niebieskim. Wtedy do wyboru były tylko składaki albo rowery górskie. Uczyłam się jeździć na dwóch kółkach właśnie na tym składaku. Nie pamiętam już żadnego roweru przed nim. Jazda na czterech kółkach była łatwa, za to doskonale pamiętam tę niepewność, czy poradzę sobie na dwóch. Tata wetknął jakiś kij między siodełko a bagażnik (czy ten rower miał bagażnik?). Przytrzymywał mnie do skutku, aż jechałam tak szybko i pewnie, że nie mógł za mną nadążyć i musiał mnie puścić. Jestem prawie pewna, że wywaliłam się, jak tylko się zorientowałam, że to zrobił.

Na komunię dostałam górala. Poczułam, że awansowałam. Nowy rower oznaczał, że jestem gotowa na nowe trasy dla dużych dzieci. Śmigałam na tym rowerze z moim sąsiadem. On jakoś wtedy dostał BMX-a i tak dowiedziałam się, że istnieje jeszcze trzeci rodzaj roweru. Mieliśmy jedną swoją trasę, która była trochę wyboista i miała sporo zakrętów, na których można było ostro hamować. Oczywiście staraliśmy się zawsze pokonać tę trasę jak najszybciej, jak najwięcej wyskakiwać na górkach i wybojach.

Wycieczki

Wycieczki z tatą były zdecydowanie spokojniejsze pod tym kątem. Nie do końca pamiętam, dokąd jeździliśmy i jakie miejsca zwiedzaliśmy, ale pamiętam, że mogliśmy sobie wtedy pogadać. To było takie nasze. Z czasem jednak te wycieczki coraz częściej kończyły się na piwie w pubie Grażyna. Jako dziecko nie widziałam w tym nic złego. Po prostu po długiej wycieczce udawaliśmy się na zasłużone frytki i colę. I piwo, ale wtedy po prostu spędzałam czas z tatą. Dużo gadaliśmy, na pewno opowiadałam mu o moich pomysłach na książki. Wtedy nie ograniczałam się do opowiadań, bo po co.

To piwo na koniec trasy jeszcze nie było dla mnie niepokojące, jeszcze się nie bałam. Nie wiem, kiedy dokładnie się to zmieniło, ale pamiętam, że jednego dnia po takiej wycieczce tata wypił 7 piw. Nie mniej, nie więcej. Ta liczba utkwiła mi w głowie. Kiedy wróciliśmy do domu, siostra zapytała mnie, ile wypił. Gdy odpowiedziałam, spojrzała na mnie tak piorunującym wzrokiem, jakby to była moja wina. Jakbym to ja była za tę sytuację i za naszego tatę odpowiedzialna.

Później jakoś te wycieczki się skończyły, pewnie dlatego, że robiłam się coraz starsza i wolałam spędzać czas z rówieśnikami. Po drodze mój tata też się pewnie zmienił (opisywałam już tę historię). A ja dowiedziałam się od mamy, że powodem, dla którego zabierał mnie na te wycieczki i złościł się, gdy już nie chciałam z nim jeździć, było to, że kończyliśmy w barze. Chcę wierzyć, że to nie był jedyny powód i że jednak miał z tego jakąś frajdę, przynajmniej na początku. Nie przypominam sobie, żebym jeździła na rowerze po tym, jak się dowiedziałam, że było jakieś drugie dno. Może jakaś jedna przejażdżka mi się trafiła po drodze. I może też przez to było coraz mniej wycieczek z tatą. Może nie chciałam znów brać na siebie odpowiedzialności za to, ile wypije.

Nowy (rowerowy) rozdział

Teraz mam nowy rower, już taki dorosły, dla dorosłej mnie. Jeśli to ważne, kupiłam Krossa Trans 3.0. Nie sądziłam, że jazda na nim sprawi mi tyle frajdy i że moje mięśnie tak szybko przypomną sobie, jak radzić sobie z tym rodzajem wysiłku. Wszystkie miejsca, do których nie chciało mi się dotąd chodzić pieszo albo nie opłacało mi się ruszać auta, żeby tam dojechać, stały się nagle przyjemnie bliskie. A ja naprawdę lubię czuć tę prędkość, powiew wiatru, a nawet wyboje. Na razie jeżdżę tylko po okolicy, oswajając się z ulicami i ćwicząc sygnalizowanie skrętu.

Chociaż moja nowa rowerowa przygoda nie trwa długo, mam już swoją małą rutynę. Najpierw jeżdżę, żeby się zmęczyć i przewietrzyć głowę. Później jadę do parku, nad wodę. Już z ulicy rozglądam się, czy moja miejscówka jest wolna. A później siadam przy stoliku obok wierzby i piszę. Czasem dziennik, czasem fragment tekstu, żeby mieć pierwszy szkic. Gdybym miała tu przyjechać specjalnie po to, żeby popisać, nie chciałoby mi się. To ten przykład, że nie opłacałoby mi się ruszać auta. No i czułabym presję, że MUSZĘ pisać. Ale przecież idę na rower, a notes i pióro biorę ze sobą tak na wszelki wypadek, jakbym miała ochotę na pisanie. Dziwnym trafem zawsze mam. Może dlatego, że po szybkiej jeździe po ścieżce moje myśli są przewietrzone i gotowe do formułowania. Tak że rower dał mi nie tylko ciut więcej ruchu, ale też pretekst do pisania, choć w życiu bym tych dwóch rzeczy nie połączyła.

I naprawdę cieszę się nim jak dziecko. Do tego stopnia, że jednego dnia jestem na przejażdżce, a później w nocy śni mi się, że jeżdżę na rowerze i czuję radosną ekscytację.

Wybierając się na przejażdżkę wsiadam trochę na rower, a trochę na wehikuł czasu. Wracam do momentów beztroski, którą wtedy jeszcze czułam i którą mi za wcześnie zabrano. Wiem, że tego w żaden sposób nie nadrobię. Cieszy mnie jednak, że po tak długiej przerwie (myślę, że co najmniej piętnastoletniej), ciało nadal pamięta – bezpieczeństwo, radochę, ciekawość, ból ud przy podjeżdżaniu pod górkę i żeby podnieść tyłek z siodełka na największych wybojach.