Czuły Krąg Pisarski i pisarskie wyzwanie
W Czułym Kręgu (stworzonym przez Agę) jestem od sierpnia. Przyszłam testowo, na początku na miesiąc, bo serce zabiło mi mocniej, gdy przeczytałam o grupie. Oczywiście miałam wątpliwości, czy nie skończy się tak jak z poprzednią grupą, z której wyjście dużo mnie kosztowało (możesz o tym przeczytać). Uznałam jednak, że – bogatsza o tamto doświadczenie – teraz już szybciej wyłapię ewentualne sygnały alarmowe i wycofam się wtedy, kiedy będę potrzebować, bez zbędnego przedłużania uczestnictwa. Zaczynam jednak czwarty miesiąc w Kręgu i czuję, że znów pisarsko rozkwitam. I na razie nie zamierzam się stamtąd ruszać. Październikowe wyzwanie miało w tym moim rozkwitaniu duży udział.
Celem wyzwania było… tak, dobrze myślisz – pisanie. 😁 Aga przygotowała nam wątek na czacie i excela. To były miejsca, gdzie mogłyśmy meldować nasze pisarskie postępy i codziennie lub raz w tygodniu wpisywać liczbę napisanych znaków. A że liczba kratek w excelu odpowiadała liczbie dni miesiąca, założyłam sobie, że codziennie siadam i piszę. Choćby to miało być 200 czy 500 znaków ze spacjami (dalej będę pisać po prostu: znaków) do odnotowania. Ma być codziennie i chociaż przez chwilę. Być może widzisz od razu, jak łatwo przeniosłam sobie na wyzwanie zasadę 10 minut. 😀 Uznałam, że wyzwanie będzie świetnym bodźcem do tego, żeby trochę wzmocnić nawyk pisania i się rozhulać. SPOILER: zadziałało. Ale po kolei!
Początek wyzwania i pierwsze trudności
Początek to zawsze największa motywacja i najwięcej chęci do działania, dlatego zupełnie nie miałam problemu, żeby zacząć. I dopiero gdy usiadłam z laptopem, napotkałam barierę.
Nie wiedziałam, co pisać. W powieści byłam na takim etapie, że miałam już mniej więcej opisane wszystko, co miałam w głowie i ciężko było mi wyobrazić sobie jakąś kolejną scenę lub ciąg dalszy tej, którą już wstępnie napisałam. Pomyślałam sobie jednak, że niepotrzebnie się spinam. Mogę pisać szkice kolejnych fragmentów, nawet jeśli moje wyobrażenie o dalszej fabule jest bardzo mgliste i nie jestem pewna wielu rozwiązań. Nic nie jest wieczne.
Cezar spalił Bibliotekę Aleksandryjską, a ja się martwię, że jak coś wpiszę w Google Docs to będzie tam musiało zostać na zawsze? Przecież to bez sensu. Jak mi się nie spodoba to, co napisałam, będę mogła to zniszczyć jednym delete i to bez wychodzenia z domu i podbojów innych miast. I tak zaczęłam pisać, chociaż z dużą ilością zamyśleń po drodze, z wieloma wątpliwościami i szukając odpowiednich słów, żeby oddać to, co mam w głowie. W końcu się udało. Coś tam z siebie wycisnęłam. Z dumą wpisałam do arkusza 1943 znaki.
I tu pojawił się drugi problem, bo koleżanki wpisały ich ponad kilkanaście tysięcy (każda swoje własne, nie że w sumie), więc włączyło mi się porównywanie. To zawsze taki moment, gdzie część mnie ma: „OMG, jak super! Rany, poszłaś jak burza! Jakim cudem w ogóle? Jak to zrobiłaś? Ile pisałaś? Ciężko było?”. Natomiast ta druga część mówi: „Pff, nie bawię się”.
Moje wewnętrzne dziecko, przyzwyczajone do tego, że aż do liceum musiało poprawiać każdą czwórkę, mieć same piątki, szóstki i świadectwo z paskiem, a przy tym miło by było wygrać jakiś konkurs, wpadło w delikatny szał. To dziecko niestety miało i nadal miewa tak, że kiedy nie ma pewności, że będzie w czymś najlepsze, to po prostu się za to nie bierze. Bo i po co? Co jest fajnego w byciu drugą, trzecią czy ostatnią?
Wtedy już wiedziałam, że wyzwaniem dla mnie niekoniecznie będzie codzienne siadanie do pisania i wyciśnięcie z siebie jakiejś liczby znaków, tylko przyjęcie, że wcale nie będę mieć tych znaków najwięcej. Być może nie dotrę do pierwszego miejsca ani na chwilę. A mój mózg bardzo chciałby tam być, bo przecież tabelka w excelu, liczby – to wszystko musi rosnąć, być gigantyczne! Musi być postęp z kratki na kratkę! „No nie musi”, próbowałam sobie wytłumaczyć. I to było wyzwanie!
Pisarska rutyna
Kolejnym miejscem, gdzie musiałam trochę popracować nad zmianą myślenia, była moja codzienna rutyna. Lubię zrobić, co jest do zrobienia, a później mieć czas dla siebie. Jestem tą osobą, która jak ma wyjście w połowie dnia, to żyje nim cały poranek. Patrzy na zegarek, sprawdza trasę, czy nie wydłużył się za bardzo czas przejazdu i znajduje trzy alternatywne parkingi, żeby nie tracić na to czasu na miejscu. Bardzo długo tak to zresztą działało, że gdy koło 18.00 wracaliśmy ze spacerku z psami, to każde z nas rozchodziło się do swoich zajęć na 2-3 godziny. Ja często prowadziłam w tym czasie Coworking Razem Raźniej!, więc tym bardziej siadałam w skupieniu i cisnęłam, co miałam cisnąć.
Tyle że od września chodzę regularnie na zajęcia na siłownię. To spowodowało, że czas na pisanie miałam po powrocie ze spaceru, a przed wyjściem na zajęcia. Dla mojego mózgu to była tylko godzina lub półtorej. Nie do przeskoczenia. „Jak coś napisać w tym czasie? Przecież ja zaraz muszę wychodzić!“. Przyznam, że na początku bardzo mnie to dekoncentrowało. Ciągle patrzyłam na zegarek. Paraliżowało mnie to, że czas płynie, a ja piszę tak wolno. „Mam tylko godzinę czy półtorej, a tak bardzo marnuję ten czas!”.
Mimo to się nie poddawałam. „Tyle mam czasu, takie warunki, tak muszę pisać”, tłumaczyłam sobie znowu. Jak to często bywa (i o czym pisałam też przy okazji zasady 10 minut), musiałam się przyzwyczaić. Musiałam poczuć, ile to jest godzina dla pisania, ile faktycznie jestem w stanie w tym czasie napisać, jaka jest średnia znaków. Potrzebowałam punktu odniesienia.
Już po jednym tygodniu bardziej czułam, co i jak. Wiedziałam, że jestem w stanie w godzinę napisać jedną stronę powieści moim standardowym tempem (czyli dużo wyobrażania sobie sceny, a później opisywanie tego co widzę) lub połowę, jeśli bardzo nie będzie mi szło. Z kolei jeśli złapię flow, mogę mieć po godzinie cały tekst na bloga. Podobnie w przypadku powieści – gdy wiem, co napisać i nie muszę się aż tak zastanawiać co dalej, mogę napisać 2-3 strony (ale to rzadko się zdarzało).
Kiedy już wiedziałam, ile mogę zrobić w godzinę, trochę się uspokoiłam. Okazało się, że to naprawdę dużo czasu i że spokojnie jestem w stanie napisać sensowny tekst ORAZ nie spóźnić się na zajęcia. Teraz też piszę ten tekst, będąc przed zajęciami. Powinnam się zbierać za 10 minut, a w głowie mam spokój. W tym czasie zdążę napisać cały kolejny fragment! 😀 A brzmi on…
Im więcej pisania, tym więcej pisania
Pozytywnie mnie to zaskoczyło! Znałam już ten efekt z zasady 10 minut i mojego powolnego wprowadzania aktywności fizycznej do życia. W przypadku ruchu moje ciało już po miesiącu było na etapie, że samo mi podpowiadało, że tego potrzebuje i jak się mam wygiąć na macie, żeby przynieść sobie ulgę po całym dniu siedzenia przy kompie. W przypadku pisania ciężko mi sobie było wyobrazić, że mózg mi zacznie coś podpowiadać. A jednak!
Mniej więcej w połowie moje: „Ach, jeszcze trzeba coś dziś napisać…” zaczęło zamieniać się na: „Wracam ze spaceru i w końcu siadam do pisania!”. Zamiast: „Co ja mam pisać?” myślałam: „Och, jeszcze ten tekst na bloga napiszę! I jeszcze ten post na instagram! No i tutaj w powieści by się przydała jeszcze taka scena…”. Byłam gotowa do pisania jeszcze zanim usiadłam i włączyłam laptopa. Już parząc herbatę wyobrażałam sobie scenę, którą zaraz przeleję do Google Docsa albo układałam w głowie kolejne akapity blogowego tekstu.
Zaczęłam intensywnie myśleć o pisaniu. Kilkanaście lat temu pisałam na lekcjach, na kartkach wyrwanych z zeszytów, żeby na pewno nic mi nie umknęło. Podczas październikowego wyzwania w jakimś sensie wróciłam do tego stanu. Ciężko mi było zapisywać to na bieżąco, bo jednak musiałam pracować, ale fragmenty, które czekały na zapisanie, tłukły się w moim mózgu jak w kołowrotku. Gdy wybiła odpowiednia godzina, wystarczyło tylko po któryś sięgnąć.
Poczułam, że odzyskałam frajdę z tego pisania, że moje myśli wskoczyły na tory, na które od dawna ciężko im było wskoczyć. Odzyskałam radość z wymyślania fabuły i ciekawość z odkrywania ciągu dalszego razem z bohaterką. To wspaniałe uczucie, którego mi brakowało i chyba najlepszy efekt wyzwania.
(Ty zaraz będziesz czytać dalej, a ja teraz przerywam pisanie. Tak, minęło dokładnie 10 minut. Tak, idealnie się wyrobiłam. 😀 Po miesiącu codziennego pisania naprawdę mam już wyczucie co do swojego tempa!).
Podsumowanie
Wyzwanie dało mi nowy rodzaj poczucia czasu. Dołożyło też cegiełkę do poczucia sprawczości. Kolejny raz obiecałam sobie, że coś zrobię (codzienne pisanie) i dotrzymałam słowa. Okazało się też, że mam o czym pisać. Gdyby nie ten codzienny rytuał i siadanie z laptopem, pewnie częściej olewałabym pisanie, myśląc: „przecież nie mam pomysłu”. A przecież ZAWSZE jakiś mam, choć czasem to tylko jakiś fragment sceny, zupełnie bez kontekstu.
Codzienne pisanie pozwoliło mi odzyskać frajdę i to uczucie, że nie mogę się doczekać pisania. Kolejny raz przekonałam się też, że w moim przypadku codzienne małe kroki sprawdzają się lepiej niż nieregularne zrywy. Chociaż na początku byłam na samym końcu pod kątem liczby znaków, to mniej więcej w połowie byłam już na równi z innymi – a później liczba znaków tylko rosła. I tak, wiem, że liczby nie były głównym celem tego wyzwania, ale tak już mam, że kiedy mam zadanie to chcę je zrealizować najlepiej jak umiem i część mnie po prostu chce być najlepsza. Nie wiem, czy kiedyś się tego oduczę.
Napisałam 130 tys. znaków. Nie byłam pierwsza. A mimo to jestem zadowolona. Bardzo dziwne uczucie. Może jednak jest jakiś sens w byciu drugą?
Kiedy zaczynałam ten tekst, jeszcze nie wiedziałam, ale kończąc – już wiem. Aga wyróżniła w tym wyzwaniu dwie osoby – jedną za największą liczbę znaków, a drugą za konsekwencję. Tą drugą jestem ja. Kiedy to przeczytałam, poczułam się dumna z siebie – a to nie zdarza się często. Dostałam nagrodę za efekt, który zależał niemal całkowicie ode mnie (pomijając zmęczenie i samopoczucie, które czasem utrudniało sprawę) i na na który sama zapracowałam, podejmując codziennie jedną istotną decyzję: „będę dziś pisać”. Pokonał mnie tylko jeden dzień i tylko w jedną kratkę wpisałam zero znaków.

Codzienne pisanie było wspaniałe i satysfakcjonujące, ale było też w jakimś sensie męczące. Nawet gdy pisałam mało, to jednak wciąż miałam z tyłu głowy, żeby jeszcze usiąść i napisać. Mało w tym czasie dziennikowałam, pisałam raczej tylko to, co policzalne. Choć wyzwanie ma kontynuację w listopadzie, ja już trochę zwolnię. Oczywiście wpiszę znaki, które wyprodukuję – jeśli coś napiszę. Ale wrzucam na luz. Przecież nie muszę pisać codziennie! Choć dobrze wiedzieć, że potrafię.
Nie, to nie koniec
Nie wiem, kogo próbuję oszukać. Jest 4 listopada, gdy kończę ten tekst i już od początku miesiąca nastukałam 16 tys. znaków, nie licząc tego, co napisałam dzisiaj. Skąd we mnie myśl, że jak już się rozhulałam, z latwością i lekkim sercem porzucę to codzienne pisanie, odkrywanie fabuły i odciążanie głowy z tych wszystkich myśli?
No, ale dobrze. Zero spiny. Obiecuję się nie porównywać i patrzeć tylko na swoją własną rosnącą liczbę znaków. Obiecuję uznać, że to nie są wyścigi. Kiedy napiszę coś policzalnego to napiszę. Kiedy sięgnę po dziennik to sięgnę. Nie ma się co oszukiwać – jestem pisarką. 😀 Chcę utrzymać moje podjaranie tym pisaniem. Ale muszę też dbać o to, żeby się znowu nie spalić.
Dopisek z 13 listopada, gdy już NAPRAWDĘ kończę ten tekst: Jednak udało się wyhamować! Wciąż czuję frajdę z pisania, ale więcej teraz dziennikuję i stawiam na inne rozrywki. Pisanie samo w sobie jest przyjemnością. Ale regularne pisanie, publikowanie i „raportowanie” staje się już pewnym obowiązkiem – od tego też trzeba czasem odpocząć. Zrobić przerwę, zatęsknić i wrócić z nową energią.
I iść własnym tempem, małymi krokami. To dla mnie najlepsza metoda.

Brawo, Asiu! Wspaniałe podsumowanie i jeszcze raz: gratuluję wyróżnienia 🙂