Po kilku dniach przyjemnej, letniej pogody słońce zaczęło grzać bezlitośnie, że już nie dało się wytrzymać. Skóra czerwieniła się już po kilku chwilach na zewnątrz. Powietrze stało. W końcu powoli zaczęły pojawiać się jakieś chmury i wprawdzie dały trochę cienia, ale pogoda wcale nie stała się przez to bardziej znośna. Było duszno. Pociłam się od samego stania, kleiły się do mnie ubrania, a ja sama, obrzydliwie lepka, odklejałam ręce od blatu przy każdej próbie odejścia od komputera.

Kiedy wreszcie zerwał się mocniejszy wiatr, odłożyłam laptopa i stanęłam w drzwiach prowadzących na daszek, który w przyszłości będzie tarasem przy sypialni. Patrzyłam, jak chmury mkną po niebie, robi się coraz ciemniej. Gdy wiatr przybrał na sile, zamknęłam pozostałe okna i wróciłam na swoje miejsce, czekając. Dwie wielkie chmury spotkały się właśnie na samym środku mojego kawałka nieba, całkowicie zasłaniając jego błękit. Odprowadziłam wzrokiem kilka ptaków, które przemknęły w pobliżu – walcząc z coraz silniejszymi podmuchami, próbowały na ostatnią chwilę dotrzeć w jakieś bezpieczne miejsce.

Oczekiwanie zaczęło robić się irytujące – po kilku dniach duchoty te ostatnie chwile przed burzą zdawały się ciągnąć stanowczo zbyt długo. Zaczęło błyskać i w końcu spadły przede mną pierwsze krople deszczu, a zaraz po nich kolejne, szybko przechodząc w upragnioną ulewę. Przymknęłam drzwi i już przez szybę obserwowałam, jak świat moknie. Kawałek lasu, który widzę z okna, szybko zniknął za ścianą deszczu. Odetchnęłam chłodnym, lekkim powietrzem.

Hałas uderzających o wszystko kropel, ten charakterystyczny szum przeplatany grzmotami, zawsze kojarzą mi się ze Szczyrkiem, do którego przez pewien czas co rok jeździłam z rodzicami na wakacje. Tych kilkanaście dni było zawsze wyczekanych i spokojnych. Chodziliśmy po górach – co roku tym samym szlakiem – i po okolicy, spędzaliśmy czas jak lubimy, często każdy po swojemu, ale razem. To te nieliczne chwile związane z tatą, które wspominam dobrze, choć mało w nich jego konkretnie – wystarczyło, że nie robił nic złego, co mogłoby zapaść mi w pamięć.

Dokładnie tak jak przedwczoraj, tak samo wtedy lubiłam stać przy oknie i patrzeć, jak niebo ciemnieje i cały świat chowa się za kurtyną deszczu. Mogłabym nie robić nic więcej – po prostu obserwować, jak wiatr przewiewa chmury z jednej strony na drugą, zmieniając przy tym ich kształt, jak krople deszczu rosną i maleją z chwili na chwilę, jak zalesione góry znikają z pola widzenia, jak po szaro-granatowym niebie w kilka sekund, niczym błyszczące pęknięcia, rozchodzą się olbrzymie błyskawice. Miałam przed oczami te gwałtowne zmiany, ten pogodowy kocioł, chaos, który zwykle dział się gdzieś we mnie. Gdy wszystko to było na zewnątrz, za oknem, ja – wyjątkowo – w środku byłam w końcu wyciszona i spokojna. Tak jakbym wrzucała w ten żywioł wszystkie moje niepokoje, żeby burza porwała je jak najdalej ode mnie, rozprawiła się z nimi w moim imieniu, rozniosła w strzępy gdzieś poza mną.

Zawsze szkoda mi przegapić choć chwilę z tego spektaklu – nie lubię, gdy jakieś przyziemne sprawy odciągają mnie od oglądania. Lubię chłonąć to, co się dzieje, łapać pioruny do słoików w mojej wyobraźni, liczyć czas od błysku do grzmotu. A przy tym wszystkim oddychać głęboko tym niesamowicie świeżym powietrzem, łączącym się gdzieś po drodze z zapachem mokrej zieleni.

Zanim wszystko się rozpęta, zawsze jest napięcie. Oczekiwanie. Patrzenie na prognozę pogody, żeby zamiast chmurki z piorunkiem nie pojawiło się znienacka pełne, żółte słoneczko. A później jest już lżej. W końcu powoli cichnie szum, krople spadają coraz wolniej, coraz rzadziej. Nikt jeszcze nie wystawia nosa z domu, zwierzaki pozostają w swoich bezpiecznych schronieniach. Myśli są spokojne. Można znów szeroko otworzyć drzwi i rozsmakować się w tej ciszy po burzy.