Ostatnio pogoda jest coraz bardziej jesienna. Robi się mgliście, powietrze jest rześkie i chłodne... Wychodzę z psem o 7.30 - to godzina, o której parę lat temu wychodziłam do szkoły. Spacerując, mijam dzieci z plecakami i wracam myślami do wszystkich lekcji, na których trzeba było wytrwać- między innymi do lekcji wuefu. Rany, jakie one były bez sensu!

Jestem teraz na takim etapie życia, że sama sobie rozpisuję plan treningowy i pilnuję regularności. Głównie dlatego, że mam siedzącą pracę i chciałabym zminimalizować negatywne skutki, jakie ze sobą niesie. Nie da się jednak ukryć, że tego rodzaju wysiłek, który sobie funduję, sprawia mi dużą przyjemność.

Cieszy mnie ta myśl, zwłaszcza, że jeszcze parę lat temu byłam osobą, która mówiła, że nie lubi sportu. Dlaczego? Przez coś, z czym pewnie zgodzi się sporo osób – wuef w szkole, które był nie taki, jak powinien.

„Wychowanie” fizyczne

Przypomniałam sobie wszystkie głupotki, których uczono nas od najmłodszych lat szkoły podstawowej. Przysiady robione do samej podłogi i kolana, wychodzące przy tym za pięty, brzuszki robione tak, że szyja bolała… Dopiero, kiedy zainteresowałam się tematem, zdałam sobie sprawę, że przedmiot, który miał mnie – w moim przekonaniu – przygotować do bezpiecznej aktywności, w ogóle tego nie zrobił.

Prawidłowego wykonywania przysiadów nauczyłam się dopiero w wieku dziewiętnastu lat, kiedy zaczęłam chodzić na siłownię, a na brzuszki nadal szukam dobrego sposobu. Patrząc wstecz widzę, że w szkole o prawidłowej technice wykonywania poszczególnych ćwiczeń zupełnie nie było mowy.

Ocenianie

Zawsze wkurzało mnie, że wuef był na ocenę, a nie na zaliczenie oraz że liczyły się wyniki według tabelki, a nie według postępu, jaki się robiło. Przez cały czas jakoś tak podskórnie czułam, że każdy ma inne predyspozycje i każdy widziałby siebie w innego rodzaju aktywności (a niektórzy – w żadnej). Tymczasem na lekcjach zwykle grało się w siatkówkę albo zaliczało konkretne zadanie, do którego przygotowywaliśmy się przez 3-4 lekcje (czyli zwykle tyle, ile godzin wuefu było w tygodniu).

Do tej pory zastanawiam się, jak np. polepszyć swoją siłę i poprawić wynik rzutu piłką lekarską, rzucając nią (w sumie, podczas planowego tygodnia przygotowań) kilkanaście razy. Moją zmorą był też bieg na wytrzymałość. Wyglądało to w ten sposób, że biegało się dookoła boiska i im dłużej się wytrzymało, tym wyższa była ocena. Gdyby było to poprzedzone kilkoma tygodniami ćwiczeń dla biegaczy – ok. Po drodze moglibyśmy się nauczyć, jak trenować bezpiecznie, poprawić kondycję, zaplanować sobie poszczególne etapy przygotowań przed tego typu wydarzeniem – mogłoby być całkiem fajnie.

Nigdy nie było, bo któregoś ciepłego dnia nauczyciel przychodził i oznajmiał, że jutro biegamy na wytrzymałość jak będzie ładna pogoda – i nazajutrz biegaliśmy. Moim celem nie było wtedy uzyskanie dobrej oceny (choć może po części było), tylko przetrwanie.

Zajęcia nudne i trudne

Nudne, bo w kółko graliśmy w siatkówkę (co świetnie przygotowywało nas do biegu na wytrzymałość! A, nie, moment…). Trudne, bo przychodził czas, że nagle trzeba było zrobić coś innego – skakać przez skrzynię, zrobić mostek, zaliczyć dwutakt. Odbywało się to przy obecności tłumu innych ludzi (z którymi miało się kontakt lepszy, gorszy lub żaden) i było to krępujące – wiem, że nie tylko dla mnie.

Pamiętam też moment, kiedy po tygodniowej nieobecności spowodowanej chorobą musiałam z marszu zaliczyć mostek. Akurat wtedy, kiedy mnie nie było, odbywały się przygotowania i na dzień mojego powrotu przypadał sprawdzian. Dziś pewnie bym odmówiła, wiedząc, jakie konsekwencje może przynieść taka gimnastyka bez przygotowania i rozgrzewki, ale wtedy – jako nieświadoma nastolatka, dla której oceny były chyba najważniejsze na świecie – po prostu zrobiłam mostek tak, jak umiałam. Później zastanawiałam się, czy uda mi się wyplątać z tej pozycji.

Wszystko razem sprawiało, że wuef nigdy nie kojarzył mi się dobrze ani przyjemnie i jeśli tylko mogłam, wolałam siedzieć na ławce i odrabiać matmę.

Wreszcie, gdy szkoła się skończyła…

… poszłam do szkoły aktorskiej, gdzie mieliśmy mnóstwo tańca, który sprawiał mi – i nadal sprawia – ogromną frajdę. Kiedy i to się skończyło, po dłuższej przerwie zaczęłam regularnie ćwiczyć (choć niechętnie, bo w końcu wysiłek fizyczny, inny niż taniec, kojarzył mi się z wuefem). Nagle, kiedy nie było przymusu, ocen i porównywania, ruch okazał się bardzo fajny i wreszcie odczułam jego dobre skutki, znane dotąd tylko z teorii.

Chętnie testuję nowe treningi od Marty (Codziennie Fit), włączam zumbę, wydłużam spacery, jeśli tylko czas mi na to pozwala. Nie biegam (choć kusi, więc kiedyś pewnie zacznę), nie gram w siatkówkę oraz – co może wydać się dziwne – w dorosłym życiu nie zdarzyło mi się rzucać piłką lekarską. I prawdopodobnie jestem w lepszej formie, niż kiedykolwiek w czasach szkolnych.

I tak sobie myślę, że z tego całego wuefu było więcej szkody niż pożytku. W mojej głowie, zamiast jakiejkolwiek wiedzy wyniesionej z tych lekcji, wciąż mam obraz wymarzonych zajęć, na których poświęca się czas na naukę prawidłowej techniki ćwiczeń, przygotowanie do sprawdzianu zajmuje więcej niż 4 lekcje, a nauczycielowi chce się pokazać uczniom inne formy aktywności niż siatkówka. W tej wizji każdy może wybrać rodzaj ruchu, który najbardziej lubi i który pozwala się trochę odprężyć między lekcjami. A przede wszystkim nie wychodzi się z zajęć zniechęconym do sportu.


Dajcie znać, jak Wy wspominacie lekcje wuefu? Potrafiliście się na nich odnaleźć? A może mieliście szczęście i trafiliście na lepszych nauczycieli?