Po pierwsze: zastanów się
Czyli chcesz mi powiedzieć, że nie masz czasu na swoje twórcze hobby, ale na dwugodzinny serialowo-filmowy seans już tak? 😀 Żeby nie było – ja też często jestem w tym miejscu! Jestem zmęczona, nie chce mi się ubierać myśli w słowa ani w kolory, więc odpalam po raz kolejny Przyjaciół albo Jak poznałem waszą matkę. Ale czy czasem nie jest tak, że po małym maratonie kilku odcinków stwierdzamy – ale nie przyznajemy się za bardzo nawet przed sobą – że kurczę, mogłam w tym czasie robić fajniejsze rzeczy?
Nie ma co się oszukiwać – mamy tę godzinę czy dwie. Po prostu wybieramy przeznaczyć ją na Netflixa, a nie na twórcze zajęcia. Wiem, to nie jest wygodne stwierdzenie – łatwiej jest powtarzać sobie, że nie mam czasu, zamiast zastanowić się, czy rzeczywiście tak jest i czy czegoś nie można zmienić. Nie jesteś z tym sama! I czasem naprawdę nie mamy siły, a Netflix rzeczywiście jest formą rozrywki, którą świadomie wybieramy i dobrze się przy tym bawimy. Ale często wybieramy ją bezrefleksyjnie, kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt (!!!) wieczorów pod rząd. I ostatecznie, wyłączając komputer czy telewizor po seansie, wcale nie mamy poczucia dobrze wykorzystanego czasu i nie czujemy się z tym dobrze.
Po drugie: przygotuj się wcześniej
Często Netflix wygrywa dlatego, że do niego nie trzeba się za specjalnie przygotowywać. (Więcej na ten temat przeczytasz w poprzedniej notce – TUTAJ). No, można przygotować popcorn. I tyle. Z kolei kiedy zaczynamy myśleć o tym, że w sumie mogłybyśmy w tym czasie pomalować, wokół tego pojawia się cała lista rzeczy do zrobienia – posprzątać ze stołu, może rozłożyć jakąś ceratę dla zabezpieczenia, przynieść pędzle, farby, kubek, może dostawić lampę, bo kącik jest ciemny… No przyznasz, że to zdecydowanie więcej roboty – a my już i tak jesteśmy zmęczone po całym dniu.
Z kolei gdy chcemy pisać, to trzeba poszukać notesu, bo akurat nie ma go pod ręką. A jak nie ma notesu to pióra też nie, bo one zawsze razem. Znajdujemy, ale w piórze skończył się atrament, więc szukamy słoiczka albo nowego naboju. Później trzeba się jeszcze zastanowić, co chcemy przelać na kartki, jakie kolory i słowa wybrać? A i tak nie możemy być do końca pewne efektu, bo a to ten idealny wyraz ucieknie, a to farby się nie tak zmieszają…
Słowem – gdy myślimy o tym, żeby jednak zrobić coś twórczego, przez ten ogrom czynności wokół może się nam wydawać, że jest z tym strasznie dużo roboty. Ale znów – równowartość dwóch odcinków serialu, czyli około półtorej godziny, to dość czasu, żeby na spokojnie przynieść wszystko, co jest potrzebne do tworzenia, a później to posprzątać. Żeby ułatwić sobie życie, poświęć chwilę na przemyślenie, jak przechowywać te wszystkie rzeczy, których możesz potrzebować.
Może wystarczy, że będą zebrane w jednym kartonie, stale w tym samym kącie, żeby łatwo było po nie sięgnąć? Może rozwiązaniem będzie trzymanie po jednym zeszycie (z zaczepionym o zakładkę długopisem, żeby zminimalizować liczbę wymówek) w miejscach, w których najczęściej spędzasz czas? Wtedy łatwiej Ci będzie zapisywać choć po jednym zdaniu, zamiast odtwarzać je w głowie przez cały dzień, a wieczorem i tak zrezygnować z ich zapisania. A może dasz radę ogarnąć twórczy pierdolniczek, czyli kąt w domu, w którym mogłabyś mieć stale rozłożone to, czego potrzebujesz do swoich twórczych zajęć, żeby nie musieć wszystkiego ciągle składać i rozkładać?
Po trzecie: wprowadź bilet wstępu
Będąc w kinie, zanim wejdziesz do sali, pokazujesz obsłudze bilet na konkretny seans, zakupiony chwilę wcześniej przy kasie albo dawno temu online. W domu Twoim biletem na oglądanie Netflixa będzie 15 minut twórczego zajęcia. Dokładnie tak – zanim odpalisz serial, w ramach płatności za seans musisz przez kwadrans pisać, malować, szydełkować, robić kolaż albo cokolwiek innego, co dotąd odkładałaś. Brak pomysłu nie jest tutaj wymówką – po prostu siądź i zacznij, zupełnie bez celu i bez oczekiwań. W końcu robisz to tylko po to, żeby móc obejrzeć kolejny odcinek. Czy 15 minut to dużo? Tym dłużej, im bardziej Ci się nie chce. Czy zdążysz dokończyć to, co zaczniesz? Prawdopodobnie nie. Czy wciągniesz się na tyle, że postanowisz dokończyć, zamiast włączać Netflixa? Niewykluczone. 😀
Po czwarte: zrób COKOLWIEK innego
Ustalone – nie chcesz spędzić kolejnego wieczoru, oglądając seriale (zakładam, że tak jest, skoro czytasz ten tekst i dotarłaś już do czwartego punktu). Ale jednocześnie czujesz jakiś dziwny opór przed zabraniem się za twórcze zajęcia. Powodów może być wiele – może rzeczywiście jesteś zbyt zmęczona i już nie chcesz wysilać mózgu, może czujesz presję, że to, co stworzysz, musi być niemal doskonałe (skoro już raz na milion lat znalazłaś na to czas), może masz przeczucie, że to nie Twój dzień i wszystko wyjdzie beznadziejne i tylko się dodatkowo zdenerwujesz… OKEJ! Biorę to na klatę! Ale halo, oddawaj pilota! Zrób cokolwiek innego, byle tylko przełamać nawyk doczekiwania przy serialu do momentu pójścia spać! Podrzucam podpowiedzi:
- wpisz na YouTube zumba dance, wybierz którąś piosenkę i poczuj się jak na zajęciach z tańca,
- odpal ulubioną piosenkę/playlistę i do niej potańcz (nawet jeśli to miałoby być tylko przeskakiwanie z miejsca na miejsce i machanie rękami w nieskoordynowany sposób – chodzi o ruch i emocje, a nie o wygranie Tańca z gwiazdami)
- wejdź na stronę Klubu Otwartej Szuflady i przeczytaj kilka naprawdę zajebistych tekstów (na przykład TEN, TEN albo TEN) – pamiętaj, żeby zostawić komentarz!
- sięgnij po książkę – tę, którą od dawna miałaś przeczytać, ale nie miałaś czasu. Może Cię wciągnie, może nie i szybko ją odłożysz, wybierzesz coś innego – ale zawsze to coś innego niż Netflix.
Po piąte: idź spać
Pisałam to już we wcześniejszej notce (czyli TEJ), ale powtórzę: jeśli masz się zmuszać do robienia czegokolwiek, tylko po to, żeby dotrwać do pory spania, to lepiej połóż się wcześniej, daj sobie więcej czasu na wyciszenie i szansę na dodatkowe godziny snu.
Zauważyłaś, że świat jest dostosowany do rannych ptaszków? Czyli jeśli chcemy cokolwiek załatwić, musimy wstać wcześnie. Im wcześniej tym lepiej, bo trzeba zaklepać miejsce w kolejce, więc nie ma spania. Lekcje zaczynają się od 8.00, tak samo jak dzień w biurze. Sporo z nas woli jednak żyć w nocy – mamy wtedy więcej pomysłów i energii oraz (co chyba najważniejsze) do wieczora zwykle zdążymy się już obudzić. 😀 Piszę my, bo chociaż ja do południa też mam jakieś tam okienko względnego skupienia, to sama z siebie wstawałabym najwcześniej o 8.00 (a o tej godzinie jestem już zwykle przy komputerze), do zawodowych zadań siadałabym po 9.00, koło 12.00 robiłabym przerwę na życie i wracała do pracy pod wieczór, może koło 19.00, za pracę najbardziej kreatywną biorąc się zapewne bliżej 23.00.
Jeśli też jesteś nocnym markiem, pewnie znasz ten problem, że wieczorami stajesz przed dylematem – wykorzystać swoją energię, za to rano być nieprzytomną, czy iść grzecznie spać, żeby koło 6.00 czy 7.00 być już w miarę na chodzie.
Piszę o tym, żeby znowu zwrócić Twoją uwagę, jak często zapominamy same siebie poobserwować. Jesteśmy przyzwyczajone do rytmu, który mamy narzucony od dziecka (te nieszczęsne lekcje od 7.00) i nie mamy kiedy sprawdzić, czy nam to służy. Bywamy w ciągu dnia zmęczone, ale przemy do przodu, myśląc o sobie leniwa zamiast wyczerpana.
Być może wcale nie włączasz Netflixa wieczorem, przed snem, tylko w ciągu dnia, po pracy, żeby pogapić się w jakiś jeden punkt i poczekać, aż wróci Ci energia? Jeśli tak, to może jednak drzemka da Ci więcej korzyści? Wiem, że z nimi jest tak, że mają trwać 5 minut, a trwają 2 godziny, ale mimo wszystko wydaje mi się, że odświeżona drzemką szybciej ogarniesz wszystkie zadania niż wtedy, gdy będziesz czuć, że zamykają Ci się oczy i połowa energii będzie szła na podtrzymywaniu powiek i przypominaniu sobie, co właściwie chciałaś zrobić.
Nie ma uniwersalnego rozwiązania
Wszystko ostatecznie sprowadza się do Twojej świadomej decyzji. Jestem tylko dziewczyną z internetu – nie zabronię Ci oglądać Netflixa. 😀 Raz jeszcze powtórzę jednak, że byłoby idealnie, gdyby ten wieczór z serialem (czy scrollowanie Insta, które również za tego Netflixa można podstawić) był świadomym wyborem, a nie nawykiem. Dlatego zastanów się, który wieczór najbardziej Ci pasuje i… nie wybierz Netflixa. 😉
