Każdy z nas prawdopodobnie miał kiedyś wrażenie, że cały świat, a nawet cały wszechświat i światy równoległe... no dosłownie wszystko sprzysięgło się przeciwko nam. I prawdopodobnie raz czy dwa tak było. Ale zwykle to my sami jesteśmy dla siebie problemem.

Kilka ładnych lat temu, kiedy zaczęłam kombinować, jak uczynić moje życie lepszym, do głowy przyszły mi w pierwszej kolejności dwie rzeczy. jakie mogę zrobić: wygrać dużą kwotę w Totka lub zmienić swoje nastawienie. Jeśli uważaliście na matmie, wiecie, że prawdopodobnie prędzej mnie trafiłby piorun, niż ja trafiłabym szóstkę – dlatego postanowiłam jednak najpierw zastanowić się nad podejściem do życia.

W pierwszej kolejności chyba stwierdziłam, że cały świat będzie starał się mnie stłamsić – w końcu pojawiają się różne życiowe problemy, a ludzie dookoła raczej starają się udowodnić nam, że znaczymy mniej niż więcej. Z różnych względów – a to mają gorszy dzień, a to sami coś zawalili i nie chcą czuć się najgorsi, a to mają mniejszy biust… 😉

W drugiej kolejności spojrzałam w lustro, akurat jak miałam minę ponurej, groźnej buntowniczki (zmarszczone brwi, poważna twarz, mord w oczach). Zobaczyłam to i uznałam, że jestem strasznie brzydka z taką miną.

I na sam koniec zastanowiłam się, czy sama wolę spędzać czas z ludźmi o twarzach jak ta opisana powyżej, czy raczej z tymi, którzy śmieją się, są weseli i wyglądają na szczęśliwych?

Zaczęłam wprowadzać drobne zmiany. Nie pamiętam, w jakiej kolejności, ale ona nie jest tu najważniejsza – najważniejsze jest, żeby zacząć.

#1 Uśmiechaj się!

Jeśli dotąd tego nie robiłeś, przygotuj się, że może boleć, a ludzie będą pytać, czy wszystko w porządku. Jeśli otaczają Cię inne gbury, mogą nie zaakceptować Twojego nowego imidżu i wyrzucić Cię ze swojej paczki (nie oddając przy tym wpisowego, bo to gbury).

A tak serio – naprawdę dużo lepiej rozmawia się z uśmiechniętymi ludźmi. Jeśli się uśmiechasz, ludzie nie mają wrażenia, że Ci przeszkadzają albo że chcesz ich zabić (nawet, jeśli rzeczywiście przeszkadzają i bardzo chcesz), Gdy przez jakiś czas pracowałam w lokalu z zapiekankami, dużo przyjemniej obsługiwało mi się uśmiechniętych klientów, oni pewnie też czuli się lepiej, będąc obsłużonym przez osobę, która nie pracuje za karę. Z uśmiechniętymi klientami często się rozmawiało – mnie przyjemniej przygotowywało się zamówienie, a im szybciej mijał czas oczekiwania, nawet jeśli musieli poczekać nieco dłużej niż zwykle.

#2 Naucz się mówić: dzień jak co dzień!

To takie nasze powiedzonko z tego samego lokalu z zapiekankami. Były dni, że po czternastogodzinnej zmianie, gdy już się posprzątało, przenosiło się ostatni pojemnik z papryczkami w zalewie i wtedy akurat człowiek się potknął i to wszystko rozlał. Albo przez dwie godziny nie było ruchu, zdążyliśmy wszystko posprzątać, licząc na to, że wyjdziemy 10 minut po zamknięciu (zamiast 45-60 minut później)… I pięć minut przed zamknięciem wszedł klient, żeby zamówić 5 różnych zapiekanek na wynos. Zaczniesz krzyczeć ze złości? No nie zaczniesz. Rozpłaczesz się? Też bez sensu. Nic to nie zmieni, a pracę trzeba wykonać. I to właśnie ten moment, kiedy zatrzymujesz się, bierzesz głęboki wdech, wzruszasz ramionami i mówisz: dzień jak co dzień albo show must go on, czy cokolwiek innego, co wyśle do Twojego mózgu sygnał, że meh, no wielkie halo, po prostu weź i to zrób. Powiedzenie tego na głos nie naprawi w magiczny sposób Twojej sytuacji – ale złość i narzekanie też nie.

#3 Proszę, przepraszam, dziękuję…

To też sprawia, że jest się mniej gburowatym. Chodząc alejkami w sklepie można siłą przepchnąć wózek, który stoi na naszej drodze, ale można też powiedzieć: przepraszam, chciałbym przejść. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby ktoś z mniejszym lub większym uśmiechem nie usunął mi tego wózka z drogi.

Te trzy słowa naprawdę są magiczne – dzięki nim dajemy sygnał, że doceniamy czyjąś pracę (dziękując za wydanie reszty i podanie paragonu), że dostrzegamy innych ludzi (przepraszając, zamiast się przepychać), że zwracamy na kogoś uwagę (mówiąc proszę podczas podawania czegoś, zamiast wcisnąć to w czyjeś ręce bez słowa). Okazujemy też, że potrafimy przyznać się do pomyłki (przepraszając za swoje zachowanie).

#4 Jeśli nie możesz niczego zmienić – zmień płytę

To zdanie wypowiedziała jakaś postać z bajki Lucky Luke (którą oglądałam jeszcze na Jetix Play o 7.00 przed szkołą) do innej postaci, która przez cały czas narzekała. I choć to tylko bajka, to zdanie zapadło mi w pamięć. W mojej interpretacji oznacza, że jeśli nie mamy wpływu na daną sytuację i na to, co się dzieje, zamiast ciągle narzekać… zróbmy cokolwiek innego.

Jeśli sytuacja się zmienia lub ogólnie dzieje się coś, co jest dla nas niefajne, powoduje problemy, przytłacza nas, wiadomo, że czasem chcemy wyrzucić z siebie negatywne emocje – to pomaga. Ale nie pomaga, jeżeli tylko i wyłącznie gadamy o tym, jak jest źle. Jeśli coś jest nie tak – przestań narzekać i spróbuj to zmienić. A jeśli nie możesz niczego zmienić… Pogódź się z sytuacją i spróbuj się dostosować. Czasem trzeba chwilę przeczekać, aż pojawi się okazja do zmian – ale jeśli będziemy skupiać się na tym, jak nam źle, na pewno tę okazję przegapimy.

#5 Mów miłe rzeczy

Zdecydowanie nie przywykliśmy do komplementów – są dla nas dziwne, nienaturalne i podejrzane. Ale trzeba to przełamać. Mówienie miłych rzeczy jest… Hm… Miłe. 😀 Łatwiej się żyje, jeśli od czasu do czasu wymieni się z kimś kilka bezinteresownych komplementów niż jeśli słyszymy dookoła tylko narzekanie. Z drugiej strony – nauczmy się przyjmować komplementy. Jeżeli słyszymy: świetnie dziś wyglądasz! – to wystarczy odpowiedzieć dziękuję! Nie musimy zaczynać wyuczonej formułki z serii: a, nie, wydaje ci się, nic nie zmieniałam, nawet ten makijaż to mi dziś nie bardzo wyszedł i założyłam na siebie byle co, bo najlepsze ciuchy mam w praniu.

Z trzeciej strony – pamiętajmy, że chwalić możemy nie tylko wygląd. Powiedzenie komuś, że dobrze nam się z nim rozmawia, lubimy jego poczucie humoru lub po prostu uważamy go za świetnego gościa będzie równie miłe, a nawet milsze, niż komplementowanie wyglądu.

I na koniec powiem Wam, że łatwo jest być gburem. Serio. Wystarczy poddać się wszystkim problemom, obwiniać cały świat za swoje niepowodzenia i nie robić absolutnie nic, żeby zmienić cokolwiek w swoim życiu – a później dalej narzekać, jak jest fatalnie.

Po całym tym wykładzie pozostała mi jeszcze jedna rzecz do zrobienia:

absolutnie nie podpuszczam, ale założę się, że nie dacie rady nie być gburami!

😉