Czy ktoś w styczniu pomyślałby, że będziemy mieć stan epidemii? Chyba nie. Czy sytuacja jest poważna? Dorośli mówią, że tak. Ale tak sobie myślę, że gdyby nie ten koronawirus, to bym tylu rzeczy nie doświadczyła!

W czwartek, czy tam w piątek (kto by się przejmował dniami tygodnia) obudziłam się i od razu zaczęłam myśleć o tym, co mi się śniło. Pamiętałam, że mój sen był mega dynamiczny, znów ratowałam komuś życie albo próbowałam ocalić świat. To, co utkwiło mi w pamięci, to że na samym końcu zjawiła się Hiszpańska Inkwizycja, a ja zatrzymałam się i powiedziałam: o, nie spodziewałam się! I na tym urwał się mój sen.

źródło: internet

Później ogarnęłam się, przebrałam w biurową piżamę i o 7.59 podłączyłam się do sieci firmowej.

Cały ten homeoffice…

Praca w domu nie jest łatwa. Po pierwsze dlatego, że mój współlokator narzeczony również ma hołmofis, a ponieważ obsługuje w firmie zgłoszenia od klientów, ciągle dzwoni mu telefon, a on łazi i gada, pracować się nie da… Później wraca i mówi do mnie: a ty? Czemu nie dzwonisz?! JESTEŚ Z HANDLOWEGO!

Nie dzwonię, bo jestem miłym handlowcem – daję klientom czas na wypicie pierwszej kawy. Nie jestem potworem.

Na początku było całkiem spoko – ja i Tomek rozmawialiśmy ze sobą. Ale odkąd zaczęły pojawiać się dialogi:

– A kojarzysz tego łysego z siłowni?

– … który to?

– No ten łysy.

… to jakoś tak stopniowo zaczęliśmy z tych rozmów rezygnować. Czasem robimy sobie przerwy, żeby popatrzeć z naszym psem przez okno. Wcześniej jedną z naszych ulubionych rozrywek był parkingowy tetris (chyba każdy wie, jak się parkuje na dużych osiedlach) – patrzyliśmy, kto trąbi i na kogo, czy ktoś do tej osoby wyjdzie, a jeśli tak, to czy się pobiją.

Teraz ludzie nie ruszają swoich aut, więc po wyjrzeniu przez okno widzimy kolejkę do osiedlowego sklepu. Zwykle liczy trzy osoby i ZWYKLE zachowują one między sobą odpowiedni odstęp.

A my, jak ten osiedlowy monitoring: patrz go, patrz. TO NIE SĄ DWA METRY! Czy ona nie stała tu też wczoraj? Czemu nie zrobi jednych większych zakupów na dłużej? … Co? Dziecko? CZY TO SĄ DZIECI?! Oooo, to już na pewno nie są dwa metry! Halo, policja!

A nasz pies nam wtóruje, szczekając: e, ty! Ty bez psa! Do domu!

I tak śmiejemy się i dokazujemy całe dnie.

Zajęcia dodatkowe

Jestem prostym człowiekiem po szkole aktorskiej – policealnej, ale jednak. Wspomnienia z nią związane budzą we mnie ambiwalentne uczucia, ale muszę przyznać, że przez dwa lata nauczyłam się tam jednej dobrej rzeczy: przyjmowania okazji, które się trafiają. Uczono nas: jeśli ktoś zapyta cię, czy możesz coś zrobić, najpierw się zgódź, a późnej pomyśl, jak to zrobić.

Przekładając to – mniej więcej – na moją codzienność, kiedy brat zapytał mnie, czy chcę wziąć udział w kursie uczenia maszynowego, niemal bez wahania odpowiedziałam: no jasne!

(Jeśli w przyszłości znów będę pisać notkę do siebie z przeszłości, to będzie prawdopodobnie ten moment, w którym podejdę do siebie i się spoliczkuję).

Kubek dostałam na urodziny od ludzi z biura – przyniosłam go sobie do domu, żeby kawa smakowała lepiej. Niestety – firmowego ekspresu nie mogłam przynieść. A nawet, gdybym mogła, to musiałabym najpierw pokonać z 10 osób.

Nie wdaję się w szczegóły, ale niewiele rozumiem z tego, co dzieje się w tym kursie. Oczywiście – bawię się przednio, walczę dzielnie z każdym zadaniem i po czterech godzinach ślęczenia nad jednym jestem dumna, ale szczęśliwa, że udało się je rozwiązać… Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że reszta świata radzi sobie z nimi milion razy lepiej.

Przypomina mi to imprezę, na której kiedyś byłam: mnóstwo planszówek, ognisko, co druga dziewczyna to Ania, a co drugi gość studiuje matmę i/lub fizykę, i/lub informatykę. Ten kurs to właśnie taka impreza.

Z mniej intelektualnych rozrywek, staram się zapewnić sobie trochę ruchu, żeby – między ośmioma godzinami pracy i czterema godzinami kursu – wyciągnąć choć trochę nogi z rzyci i wyprostować kręgosłup. Z racji tego, że mi on ostatnio wysiadł, w mijającym tygodniu mogłam jedynie się rozciągać, pompować pośladki i wzmacniać brzuch – żeby ten kręgosłup był jednak trzymany przez coś więcej, niż zasady moralne.

Jeśli lubicie tańczyć, polecam playlistę z całkiem spoko muzyką do zumby – można poskakać i poczuć się jak w przedszkolu. To będzie kolejna rzecz, którą będę robić, jak już z plecami będzie ok.

Najbardziej lubię spacery z psem o zachodzie słońca. Wtedy nawet brzydkie rzeczy wyglądają trochę ładniej – to świetny czas na strzelanie selfiaków. 😉
Nie do końca wiem, co tu się wydarzyło i kiedy, ale właśnie w takie miejsce zawędrowałam ostatnio z Nelą.

Inne problemy pierwszego świata

Siódmy dzień pracy w domu: czy Tomek zawsze miał takie brwi?

Dzień dziewiąty: w mieszkaniu skończyły się wygodne miejsca.

Ogólnie nie jest źle. Jesteśmy introwertykami – lubimy być w domu. Mamy Netflixa, a ja śledzę promocje na Steamie. Mimo to za ludźmi z biura trochę tęsknię. Za kawą z dziewczynami, opowiadaniem sobie memów z kolegą z biurka obok, za omawianiem na żywo przypadków trudnych klientów i wspólnego wymyślania możliwych rozwiązań, innych niż płakanie w poduszkę…

Kiedy będzie już po wszystkim i znów się spotkamy, będziemy już całkiem innymi ludźmi – i prawdopodobnie grubymi uroczo kulistymi.

A co u Was? Siedzicie w domu? Też zaczynacie zauważać rzeczy, o których wcześniej nie mieliście pojęcia? 😀