W sumie czekanie jest spoko. Bo i tak nie mam za dużego wyboru i muszą to być. A jednocześnie... nie mam nic do zrobienia! No więc siedzę i czekam. Rozłożyłam ręcznik i usiadłam na ziemi, bo wszystkie ławki w cieniu już zajęte.

Jakaś starsza pani spaceruje obok, przed chwilą skończyła palić papierosa. Jest ubrana dokładnie tak, jak w mojej głowie ubrane są zawsze starsze panie – w cienką koszulkę z krótkim rękawem, białą, do tego ciemna spódnica w jakiś wzór, którego nie potrafię nazwać, sięgająca do połowy łydki i tańcząca na wietrze. Pani ma siwe włosy – to taka ciemna szarość – obcięte na krótko. To na pewno praktyczna fryzura i dobra na upały. Ciekawe czy pani zawsze stawiała na praktyczność, czy jednak kiedyś, w panieńskich czasach, nosiła długi, ciemny warkocz, którego zazdrościły jej koleżanki? A może jej panieńskie lata trwają nadal, bo nigdy nie wyszła za mąż?

Zakłada okulary, wyciąga torebkę ze sporej torby podróżnej, a z tej z kolei wyjmuje telefon. Przez chwilę coś czyta, później chowa wszystko z powrotem i wyciąga ciasteczka. (Zapomniałam przekąsek na podróż – świadomość tego od razu sprawia, że robię się bardziej głodna). Je, spaceruje, rozgląda się, obserwuje. Zniknęła informacja o moim opóźnionym o 55 minut pociągu – przed nim ma wjechać ten do Lublina o 12:56. Może część osób do niego wsiądzie i zwolnią się ławki? Z drugiej strony przyjemnie się tak piknikuje. Przyszły dwie nowe dziewczyny – na pewno na pociąg do Lublina.

Jest ciepło ale wietrznie. Piję wodę. Niedużo, żeby nie musieć sikać przed Warszawą, a najlepiej byłoby wytrzymać aż do hostelu. Nie lubię publicznych toalet, choć i tak je oswoiłam i korzystam z nich dużo częściej, niż jeszcze kilka lat temu. Sikanie w podróży to zło konieczne. Moja mama przez to prawie przegapiła lot do Szwajcarii, bo w kolejce do toalety nie było słychać wezwania na pokład. Lepiej nie ryzykować.


Kolejni podróżni. Prawdopodobnie rodzice z dwoma synami. Lublin już opóźniony o 15 minut. Wiem, że Milena wsiadła w Katowicach i za dwie stacje będzie u mnie. Zaczynam się rozglądać, żeby namierzyć przejścia między peronami, bo nie wiem, czy z tego wszystkiego nie będzie się trzeba czasem przenieść. A ja lubię wiedzieć wcześniej. Lokalizuję te przejścia i przy okazji zauważam, że za kolejnym peronem jeździ koparka. Pewnie coś kopie, jak to koparki mają w zwyczaju. Zwróciłam na nią uwagę tylko dlatego, że zaczęła cofać i strasznie przy tym skrzypieć.


W międzyczasie pani ogłasza przez głośnik, że Lublin opóźniony jednak tylko o 10 minut. Oczywiście opóźnienie może ulec zmianie, ale przepraszają, więc w sumie miło. Sprawdzam godzinę. Już 13:05. Chłopiec biegnie i informuje tatę, że musi skończyć palić, bo było już słychać pip! „To był sygnał, słabusie, kończ papierosa!” – Oznajmia ojcu. Skacze koło niego i pospiesza go, żeby zgasił. „Wiem, że to nie da efektu, ale już się przyzwyczaiłem, że cię męczę” – mówi. Martwi się, że gdy pociąg przyjedzie, tata wciąż będzie palić i przez to nie wsiądą. Całkowicie go rozumiem. Rodzice zawsze wiedzą, że mają jeszcze mnóstwo czasu i stresują dzieci swoim brakiem gotowości. Na szczęście tata gasi papierosa. Lublin wyjeżdża, wsiadają. Jakaś pani wbiega spanikowana na peron. Myślała, że właśnie odjeżdża jej pociąg do Warszawy. Spokojnie, to jeszcze nie ten.


Teraz rozmawia z innymi podróżnymi o opóźnieniach. Jeden pan jest zniesmaczony. Miał jechać pociągiem opóźnionym o 30 minut, chciał wsiąść do ekspresu, który przyjechał wcześniej, ale go nie wpuścili. Z kolei córkę tej pani, która wbiegła, przy opóźnieniu wynoszącym 100 minut, wpuścili do ekspresu bez problemu. Trzeciej pani, tej starszej z początku, niestety nie słyszę. Stoi tyłem, mówi za cicho. Teraz to ja jestem rozczarowana. Będę mieć lukę w historii.

13:11. Zwijam piknik. może uda mi się za te 7 minut wsiąść do pociągu.