Wiosna. Piękny, duży ogród. Rośliny wybuchające zielenią. Robi się coraz cieplej. Weekend coraz bliżej, a ta perspektywa zdecydowanie upiększa życie. Co mogło pójść nie tak? Luźny przykład - mogło zapełnić się szambo.

I tak też się stało. Oczywiście, że rozmawialiśmy o tym, żeby po majówce zamówić wywóz. I ten wywóz miałby nastąpić właśnie w tym tygodniu. Tylko okazało się, że to już za późno.

Mieszkając w bloku nie bardzo zastanawialiśmy się, co się dzieje z tą całą wodą. Pojawiała się w kranie, a później zużyta trafiała do nieba dla wody, czy coś. Po przeprowadzce do naszego wymarzonego domu wiedzieliśmy, że będziemy musieli bardziej pilnować tego zużycia i sprawdzać stan szamba. Wydawało się, że mamy jeszcze trochę czasu i zastanawialiśmy się, po czym poznamy, że to już.

Otóż po tym, że woda z kibelka nie schodzi. To znaczy najpierw schodziła bardzo powoli, co jeszcze dało złudną nadzieję, że może po prostu coś się zatkało. W każdym razie zaalarmowany Tomasz zapytał mnie, czy miałam rano jakiś problem ze spuszczeniem wody. A mnie od razu przypomniały się wszystkie senne koszmary, w których jestem u kogoś gościem i nie mogę spuścić dwójeczki (oczywiście wiedziałam, że ten scenariusz nigdy się nie spełni, bo dziewczyny nie robią dwójeczek). Jednak nie, nie miałam problemów. Zeszliśmy na dół i pochyliliśmy się nad sedesem, z którego wprawdzie wszystko już ładnie spłynęło, ale wody było ciut więcej niż być powinno.

To chyba już.

Tomek wyszedł, żeby zajrzeć pod pokrywę szamba – nie każdy bohater nosi pelerynę – a ja dalej stałam, a moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Na przykład pomyślałam sobie, że chyba pora na rodzinne motto i tak jak Krudowie mieli nigdy się nie nie bój, tak Krzemińscy będą mieć sikamy, nie spuszczamy, #pełneSzambo. A później wyobraziłam sobie, jak szambo wybija, dom zaczyna się zapełniać tym, co nigdy nie powinno wrócić z sedesowej otchłani, aż w końcu ciecz zaczyna sięgać do sufitu i widać już tylko nasze znikające pod powierzchnią dłonie. Kiedy Tomek wrócił, natychmiast podzieliłam się z nim tymi obrazami, ale jego nie rozbawiły (potrzebował na to jeszcze jednego dnia). On za to podzielił się ze mną faktami, a te były takie, że od powierzchni do pokrywy było jeszcze całkiem sporo miejsca. To może jednak coś się zatkało!

Oczywiście, że tonący brzytwy się chwyta – a my chwyciliśmy się ostatniej saszetki preparatu, który powinien trafiać do szamba i rozpuszczać nieczystości stałe. Postanowiliśmy go użyć, no bo może akurat w tym jest problem, może to tam trzeba porozpuszczać, to się uklepie i skompresuje, wsypmy, spuśćmy, co złego może się stać?

No na przykład to, że problem jest jednak w pełnym szambie, więc muszla się wypełni i przeleje (na szczęście wodą ze środkiem do szamba i z niczym gorszym). Oczywiście chwyciłam za mopa i zaczęłam szybko wycierać wodę i odciskać mop w wiadrze. Mamy wiadro z korkiem u dołu – fajny patent, ułatwia opróżnianie, tylko nie można zapominać o wkładaniu korka. Ja na przykład zapomniałam, więc wszystko, co wytarłam i odcisnęłam, lądowało z powrotem na podłodze, tylko w innym kącie łazienki. Dalej bawiło mnie to bardziej niż Tomka, ale trochę przestało, jak przemokły mi moje miękkie kapcie.

W międzyczasie, gdy ja nieudolnie ogarniałam łazienkę, Tomek zdążył ogarnąć wywóz szamba. Na poniedziałek, bo był to pierwszy wolny termin. Z trzech innych firm, do których zadzwoniliśmy, jedna nie obsługiwała naszego regionu, druga obsługiwała, ale nie opłacało jej się przyjechać, a trzeciej się opłacało i mogła, ale dopiero w środę. Mieliśmy czwartek, godziny prawie popołudniowe. No spoko, sikamy, nie spuszczamy. Kolejne godziny pokazały jednak, że ten plan ma minusy, a dokładnie, że muszla ma ograniczoną pojemność i tych płynów tam będzie przybywać, bo to już zupełnie nie chce schodzić, nawet wolno.

W piątek o poranku przyznaliśmy sami przed sobą, że nie przetrwamy weekendu – oszczędność w oddawaniu moczu przekładała się na oszczędność w nawadnianiu, a to już było niezdrowe. No i nie mogliśmy zmywać naczyń i choć tego mi szczególnie nie brakowało, to jednak mieliśmy ich skończoną ilość. Nagle okazało się też, że do ugotowania makaronu potrzebna jest woda, którą następnie gdzieś trzeba wylać. Porzuciliśmy zatem nasz wymarzony dom i pojechaliśmy do miasta, do mojej mamy, żeby jakoś przeżyć. W międzyczasie dostałam pierwszą dawkę szczepionki, więc i tak przespałam większość weekendu.

Tomek wrócił do domu w poniedziałek rano, żeby powiesić baloniki w bramie i rozwinąć czerwony dywan na przyjazd szambiarki, a ja wróciłam po południu, kiedy teren już był czysty. Z radością przeszłam się po ogrodzie, w którym po kilku dniach naszej nieobecności było dużo nowych kwiatów i jeszcze więcej zieleni. Porzucałam psu piłeczkę, wystawiłam twarz do słońca, przejrzałam internet i wreszcie, trochę nie mogąc się już doczekać, wzięłam się za zaległe zmywanie naczyń.

I wtedy brakło wody.