W poprzednim poście wspomniałam Wam, że moja mama z pewnością przestała zaglądać na mojego bloga po tym, jak napisałam, że nie lubię czytać. Dziś opowiem, dlaczego i skąd to się wzięło.

Na początek zaznaczę – to nie tak, że za punkt honoru obrałam sobie nie czytanie książek. Kiedyś czytałam ich bardzo dużo i robiłam to dość szybko. A później przestało mi to sprawiać frajdę. Nie byłam też nigdy tą osobą, która musi mieć coś do czytania zawsze przy sobie. To znaczy – gdy chodziłam do liceum, było wiele sytuacji, że jakaś lektura by się przydała, ale często czytałam grube książki, a za bardzo szanowałam swój kręgosłup, żeby je taszczyć ze sobą. Dużo większym problemem stała się jednak dla mnie treść książek.

Wszystko już było

Takie zaczęłam odnosić wrażenie kilka lat temu, kiedy zdałam sobie sprawę, że zaczynam przewidywać kolejne wydarzenia albo zakończenia. Czytałam wtedy sporo kryminałów i mój mózg postanowił wychwytywać schematy. Od dziecka również dużo pisałam – starałam się zaskakiwać swoich czytelników (czyli jedną koleżankę, której podrzucałam teksty), a przez to uodporniłam się na zwroty akcji. Jeżeli lektura nie jest wciągająca, czyli bardzo często, bardziej skupiam się na poprawności gramatycznej albo ciekawym sposobie opisania czegoś przez autora. Myślę sobie, że lał, jakie ekstra sformułowanie i jest to dla mnie bardziej ekscytujące, niż przełom w śledztwie, który dokonał się dzięki nieprzeciętnemu umysłowi jednego z wielu detektywów-alkoholików.

Brak cierpliwości

I to pod wieloma względami. Począwszy od wyboru, bo książek, które muszę przeczytać – według mediów, rankingów i opinii ludzi – jest zwyczajnie za dużo. Często, gdy już po jakąś sięgnęłam, kończyło się na rozczarowaniu – nie wciągała aż tak, jak się tego spodziewałam i szkoda mi czasu na czytanie kolejnych stron, z nadzieją, że może będzie lepiej. 50 twarzy Greya porzuciłam w momencie, w której tytułowy bohater dał tej zakompleksionej dziewczynie umowę do podpisania i zrozumiałam, że cała akcja wcale nie zmierza do morderstwa (ale, nie powiem, było to dla mnie zaskoczenie, więc trochę na plus). W przypadku tej książki zawiniło może trochę tłumaczenie. Może kiedyś przeczytam ją w oryginale – ale wątpię, bo w moim odczuciu cała ta historia promuje zbyt toksyczne relacje.

Brak mi też cierpliwości do czytania jako czynności. Parę lat temu, kiedy opiekowałam się chorym tatą, miałam skupienie na poziomie złotej rybki – co jakieś 1o-15 minut przerywałam aktualnie wykonywaną czynność i szłam zobaczyć, co u taty (o ile akurat z nim nie siedziałam). To sprawiało, że nie mogłam się wciągnąć w historię, bo mój wewnętrzny zegar regularnie mnie od niej odcinał. Dlatego musiałam polubić się z trochę mniej wymagającymi rozrywkami.

Często wolę pisać niż czytać – tak samo, jak wolę zagrać koncert, niż być wśród publiczności.

Czytając – o ile książka mnie nie wciągnie, zaznaczam to uparcie – mam też często poczucie zmarnowanego czasu. W końcu mogłabym robić coś bardziej dynamicznego, efektywnego, po czym zostanie ślad… A tak, to kurz leży, ja leżę i tylko wodzę wzrokiem po literkach i rozważam słuszność wstawienia – lub nie – przecinka w danym miejscu. Nie, mam za słabe nerwy na to. (I wiecie, jak często przerywam czytanie, żeby przejrzeć zasady gramatyki, bo jakiś przecinek nie daje mi spokoju?)

Dżoana, ale przecież możesz czytać przed snem! Jeżeli książka mnie nie wciąga – nie warto. Jeżeli wciąga – jeszcze gorzej. Wiecie, jak to jest z tym jeszcze tylko jednym rozdziałem przed pójściem spać…

Za dobra pamięć (i moja mama)

Zwykle nie wracam do książek, które już raz przeczytałam, bo przez długi czas dużo z nich pamiętam – może nie zostają mi w głowie wszystkie wątki poboczne, ale mam wyraźnie wyryte w mózgu punkty kulminacyjne, przez co cała historia zwykle nie jest już tak emocjonująca.

Dodatkowo – moja mama. To jest taki psotnik, który czasem próbuje mnie zachęcić do czytania. Nie przychodzi mi teraz do głowy konkretna sytuacja, więc przedstawię schemat na przykładzie Królewny Śnieżki (mam nadzieję, że wszyscy znają – jeśli nie, przepraszam za spoilery).

Mama: Czytałaś może Królewnę Śnieżkę?

Ja: Nie, a co to?

Mama: Ooo, bardzo fajna książka, przeczytaj sobie!

Ja: To jakiś romans, czy co?

Mama: To jest o takiej królewnie, ona miała skórę białą jak śnieg, usta czerwone jak krew i włosy czarne jak heban… Bo jej mama jak haftowała, ukuła się w palec, pociekło kilka kropel krwi i ona sobie tak wymarzyła… Ale zmarła później. I cała historia się w sumie zaczyna, jak macocha tej Śnieżki… Aha, no bo król się drugi raz ożenił, żeby Śnieżka miała mamę! I ta macocha miała magiczne lusterko, ona tam do niego mówiła: lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie? I lusterko zawsze mówiło, że macocha. Aż tu raz powiedziało, że Śnieżka! No, mnie to bardzo zaskoczyło! Ale jaki super pomysł z takim lusterkiem, prawda? Taki nietypowy element to jest. I tu się robi mrocznie, bo macocha się postanowiła pozbyć Śnieżki. No i ona trafia do domku siedmiu krasnoludków. Aha, bo ją miał zabić myśliwy, ale miał za dobre serce, taki to był wzruszający fragment, jak on jej kazał uciekać. Jejku, coś niesamowitego, jak to zostało tam napisane! W każdym razie, Śnieżka trafia do domu siedmiu krasnoludków, tam im gotuje, sprząta, ale w końcu macocha się dowiedziała, że Śnieżka żyje! Raz do niej poszła, tam jej dała wstążkę, czy gorset… W każdym razie królewna jak to założyła, zawiązała, to ten gorset się tak zawiązał ciasno. A, bo ta macocha była czarownicą. Ale na szczęście krasnoludki znalazły królewnę, rozcięły te tasiemki i ją uratowały. To ta macocha później znów przyszła… I w końcu jej jabłko zatrute dała. Jejku, tak mi szkoda tej Śnieżki było… I tych krasnoludków… One myślały, że Śnieżka nie żyje. Pochowały ją w szklanej trumnie. Ale na szczęście książę przejeżdżał niedaleko, zobaczył Śnieżkę i tak się zachwycił jej urodą, że namówił krasnoludki, żeby mu oddały królewnę. I, słuchaj, przy poruszeniu trumny… No, nie pamiętam, co to dokładnie, czy Śnieżka z niej wypadła, czy co się stało, w każdym razie wypadł jej kawałek jabłka z ust i ona się obudziła! Jejku, no nie masz pojęcia, jak ja się ucieszyłam! I kończy się tak, że Śnieżka i książę biorą ślub i żyją długo i szczęśliwie. Naprawdę, taka piękna historia, koniecznie sobie przeczytaj!

Mamo, Ty mały kawalarzu… 😀

Czasem jednak coś tam czytam…

… ale muszą być spełnione odpowiednie warunki! Mile widziany jest na przykład postapokaliptyczny świat, w którym wszystko jest możliwe. Właściwie jakikolwiek świat, poza tym, w którym żyjemy – on jest przewidywalny.

Drugi warunek to styl autora – żeby zdania nie były dziwne, żeby przecinki były na miejscu… I żeby pomysł był dobry!

I tym sposobem dochodzimy do krótkiej listy książek, przeczytanych w ostatnich latach, które bardzo mi się podobały i wręcz żałuję, że jeszcze je tak dobrze pamiętam, bo chętnie bym do nich wróciła.

  • Rodzina Borgiów (Mario Puzo) – pamiętam, że ta książka zawołała mnie z półki, a gdy zaczęłam czytać, pilnowałam się, żeby nie skończyć jej za szybko – wiedziałam, że długo nie znajdę drugiej, która mnie tak wciągnie. Odwracając kolejne strony, śledzimy losy tytułowej rodziny Borgiów, czyli papieża Aleksandra VI, jego dzieci i intryg, w które wszyscy byli zaplątani. Książkę można połknąć naprawdę bardzo szybko. Zainteresowała mnie chyba dlatego, że przybliża fragment historii (wiadomo – z pewną dozą fikcji literackiej) i mówi o rzeczach, które trochę podziwiam, a trochę mnie przerażają – czyli o zimnej krwi, wyrachowaniu i tym, jak bohaterowie używają manipulacji i do czego są zdolni, aby osiągnąć swoje cele.
  • Metro 2033 oraz 2034 i 2035 (Dmitrij Głuchowski) – tu mamy ten mój postapokaliptyczny świat, w którym ludzie żyją w moskiewskim metrze. Tu nie ma zwykłego śledztwa i dochodzenia po nitce do kłębka – tu może wydarzyć się wszystko, za to nie każda tajemnica zostanie rozwikłana. Co tu dużo mówić – po prostu lubię ten klimat. Kiedy mój mózg naprawdę domaga się literatury, lubię sięgnąć właśnie po książkę z tego uniwersum – jest wiele historii, osadzonych w świecie stworzonym przez Głuchowskiego (w tym kilka autorstwa Polaków) i jak dotąd każda mi się podobała. Ale dawkuję sobie tę przyjemność, bo jest sprawdzona, a jak przeczytam wszystko, znów będę musiała szukać czegoś nowego, co polubię. 😀
  • Igrzyska śmiercitrylogia (Suzanne Collins) – po pierwsze – bardzo spodobał mi się pomysł i wizja świata, w którym niby panuje pokój, a jednak wciąż coś jest nie tak i ludzie muszą walczyć o przetrwanie. Po drugie – wielkim plusem była dla mnie pierwszoosobowa narracja w czasie teraźniejszym. To sprawiło, że o przetrwanie nie walczyła Katniss, tylko ja. Tą książkę mogłabym przeczytać jeszcze raz – z treści pamiętam chyba najmniej ze wszystkich wymienionych przeze mnie powieści, za to pamiętam wielkie emocje, jakie towarzyszyły mi, gdy starałam się cicho oddychać, skradając się razem z główną bohaterką.
  • Saga Wiedźmin (Andrzej Sapkowski) – nie mogłam się za nią zabrać, dopóki nie pograłam u brata w trzecią część Wiedźmina – to zrobiło klimat. 😀 Poczekam jeszcze trochę i też będę mogła odświeżyć sobie całą historię – pamiętam, że podobało mi się prawie wszystko, poza relacją między Geraltem a Yennefer i całym dramatem, który się lubił dziać wokół tego. Było jednak to, co lubię – czyli świat, w którym wszystko może się wydarzyć.
  • Amy. My Daughter (Mitch Winehouse) – tą książkę lubię dlatego, że jestem fanką twórczości Amy Winehouse (i jako prawdziwa fanka, powinnam teraz stwierdzić: szkoda, że od tak dawna niczego nie nagrała). Amy jest drugą artystką, z którą zżyłam się na tyle, żeby  przeczytać biografię (pierwszy był zbiór artystów – Metallica). Ogólnie uważam, że o życiu tej artystki najwięcej dowiadujemy się z jej piosenek – są bardzo szczere i opowiadają o przeżyciach dziewczyny, choć nie wprost – ale książka stanowi bardzo dobre uzupełnienie. Nie ukrywam, że chętnie przeczytałabym jeszcze jedną biografię, opisującą historię z innego punktu widzenia – ojca Amy jakoś nie polubiłam.
Jeśli już czytam, to na czytniku – zamiast kupować książki, korzystam z Legimi. 😉

I na koniec, odpowiadając na komentarz D. spod poprzedniej notki (być może też już przestała zaglądać na bloga, a być może nie…) – tak, wiem, że książki też są fajne. 😀 Po prostu mam z nimi tak jak z ludźmi – szkoda mi czasu i sił na poświęcanie uwagi każdej książce, jaką spotykam, ale jeżeli już jakąś wybiorę i poświęcę jej czas, zostaje w moim serduszku na dłużej. 😀

Zostawiam prośbę do moli książkowych – polećcie coś! Tylko żeby było dobre! 😀