Moja przygoda z jogą zaczęła się parę miesięcy temu, trwała chyba około pięćdziesięciu paru dni, a skończyła się w momencie, w którym znudziło mnie odhaczanie okienek w mojej tabelce z nawykami. Później przypominałam sobie o niej w chwilach, gdy czułam moje spięte ciało, gdy orientowałam się, że mam wciąż uniesione ramiona i napięty kark, a bolący kręgosłup przypominał nie tylko o tym, że trzeba w końcu wyposażyć nasze domowe biuro, ale też o tym, że na zbyt długo schowałam matę. Oczywiście mam usprawiedliwienie - po prostu było za dużo ważniejszych rzeczy do zrobienia. Właściwie wszystko jest ważniejsze od tych piętnastu minut powolnego zmieniania pozycji i wsłuchiwania się we własny oddech. Ale w końcu nastaje ten dzień, że się udaje - wyciągam matę spod łóżka.

Wchodzę na nią już w stanie – jak na mnie – krytycznym. Z bolącym od okresu brzuchem i bolącym od bolącego brzucha kręgosłupem. Znów czuję, jak zapadam się sama w sobie, bo moje ramiona jak zwykle lecą do przodu, a przestrzeń między łopatkami daje o sobie znać już chyba dla zasady, żeby nie wybijać się dobrą formą na tle reszty ciała. Nie włączam filmiku, bo nie chcę znów gapić się w ekran. Spróbuję odtworzyć pozycje, które znam i zobaczę, w jakich odnajdę się najlepiej. Pierwsza jest bardzo prosta. Zwykły siad skrzyżny i przechylanie głowy raz w jedną, raz w drugą stronę, raz do przodu, raz do tyłu, żeby rozluźnić ten nieszczęsny kark. W końcu przechodzę do pełnego krążenia, powolnego – mam wrażenie, że z każdym kolejnym centymetrem skóra na szyi zacznie mi się rozrywać od tych szaleństw i w końcu głowa odpadnie i potoczy się po podłodze. O dziwo, nic takiego się nie dzieje. Zamykam oczy i gdy mięśnie zaczynają wykonywać ruch automatycznie, mózg skupia się na oddechu, który dotąd był za płytki.

Wdech-wydech. Zza otwartych drzwi balkonowych słyszę ćwierkanie ptaków i szczekanie psa, który mieszka kilka domów od nas. Prostuję się, podpieram lewą ręką, przechylam się na jej stronę, a prawą rękę wyciągam mocno nad głowę, chcąc jak najbardziej rozciągnąć prawy bok. Dalej oddycham głęboko i rozmyślam, o czym napisać notkę oraz – jak zwykle w piątki wieczorem – dlaczego nie mogę po prostu napisać kilku na zapas. Choć piszę dużo więcej niż rok temu o tej porze, to jakoś wciąż za mało – zbyt wiele pomysłów odrzucam na wstępie, zamiast spisać je, zostawić, pozwolić dojrzeć. Później nie mam z czego wybierać. Zmiana strony – rozciągam lewy bok. Do ćwierkania i szczekania dochodzi kojący odgłos kosiarki. Nie znam na pamięć harmonogramu wywozu śmieci, ale wygląda na to, że jutro wywożą BIO, a wigilia wywozu BIO to zawsze Święto Zbiorowego Koszenia. Zgodnie z moimi przewidywaniami, chwilę później do pierwszej kosiarki dołącza silnik kolejnej.

W sumie wszystko jedno, ptaszek czy kosiarka. Wdech-wydech. Kilka minut później, już w pozycji dziecka, czuję jak rozluźniają mi się mięśnie przy kręgosłupie. Opieram czoło o matę i rozważam drzemkę. Oczywiście wiem, że nic z tego, bo notka czeka na napisanie. Do tego za tydzień wysyłka newslettera, muszę dokończyć opowiadanie, a zastanawiam się, czy Spotkanie Anonimowych Pisarek to na pewno dobry pomysł. Nie chciałabym, żeby ktoś pomyślał, że naśmiewam się z terapii. Świetnie, teraz zastanawiam się, czy nie za dużo analizuję i czy czasem znów nie wpadam w pułapkę pt. muszę napisać tekst idealny, żeby nikt, absolutnie nikt nie miał się do czego przyczepić. Postanawiam jednak dokończyć opowiadanie i dodać gwiazdkę, że proszę, nie myśl, że naśmiewam się z terapii, po prostu taka wizja alternatywnej rzeczywistości przyszła mi do głowy. Rozważam, czy uda mi się dopisać choć trochę dzisiaj, czy napiszę tylko notkę, przygotuję infografikę i post na jutro na Insta. Tylko. Uśmiecham się do siebie czule i w wyobraźni poklepuję samą siebie po głowie, bo znów mi się wydaje, że to, co robię to pięć minut robotykażdy by to zrobił, choć doskonale wiem, że po jodze spędzę nad przygotowaniem tego wszystkiego z półtorej godziny. Wychodzi na to, że później już nie wezmę się za opowiadanie – przebiorę się w piżamkę, wpełznę do łóżka i będziemy oglądać z Tomkiem kolejnego Bonda.

I jeść chipsy – dodaję w myślach, z trudem próbując zrobić kolejny wdech i wydech w pozycji psa z głową w dół. Tuż przed okresem i na samym początku jestem jak odkurzacz wciągający jedzenie. Mogłabym przegryzać słodkie słonym i odwrotnie i nie czuję się najedzona. Za to czuję się jak rosnący balonik. Na szczęście wiem, że w kolejnych dniach wszystko ze mnie ujdzie – całe wkurzenie na świat, wszystkie bóle, moje ciało trochę się skurczy, a ja przestanę dźgać palcem miękki brzuch i patrząc, jak skóra robi falę wołać boing!-boing! (a później patrzeć na płaski brzuch Tomka i wytykać mu, że on tak nie umi). Ach, te okresowe zabawy! Niewygodnie mi dziś w psie z głową w dół, więc zmieniam pozycję na miesiączkującą dziewczynę z tyłkiem na macie. Leżenie jest dobre. Leżenie nie pyta. Leżenie rozumie. Podciągam kolana pod brodę, obejmuję je rękami i bujając się to na jedną, to na drugą stronę, rozmasowuję kręgosłup. Z każdym ruchem wszystko mi w nim strzela. Dwadzieścia sześć lat na karku to już nie są żarty. Mogę nie wstać.

Wdech-wydech. Jeszcze nie próbuję, nie podejmę tego ryzyka. Obracam się na bok – to znaczy nogi, zgięte w kolanach pod kątem prostym, idą w lewo, a prawą rękę wyciągam w przeciwną stronę. Za nią idzie głowa. Lewa ręka dociska kolana do podłogi. Znów coś chrupnęło. RANY, JAK PRZYJEMNIE! Czuję, jakby kości wskakiwały mi na miejsce! Gapię się na kłaki sierści pod szafką, które wskazują mi moje wyciągnięte palce. Odkurzyłabym, ale mi się nie chce, poza tym do świąt daleko. Zmiana strony. Biała ściana. Nuda, ale przynajmniej nie widać sierści. Nucę w głowie Full Moon, który ostatnio mi się przypomniał i nie chce się odczepić, bo ma fajny bas. Powinnam odkurzyć bas. Kariery już nie zrobię, ale pograłabym, zanim palce całkiem zapomną, jak to się robi. Znowu Full Moon. Najpierw słyszę w głowie wstęp, a później nucę ten bas z refrenu. I tak od trzech dni. W sumie Zmierzch nie był aż takim złym filmem. Parafrazując mema, który był popularny, gdy Zmierzch wchodził do kin: still better love story than Fifty Shades Of Grey. Muszę sobie kiedyś obejrzeć. Pamiętam, że książki mi się podobały, ale były na jeden raz. O ile pierwszą część przeczytałam po raz drugi, o tyle na drugiej poległam, bo nie mogłam znieść depresji, spowodowanej nieobecnością Edwarda. Team Jacob. Umięśniony i zamienia się w wilka. Jak oglądałam Supernatural to też wolałam Sama niż Deana, do którego większość wzdychała. Dean był przez cały serial niegrzecznym chłopcem (to znaczy przez te sezony, które obejrzałam) i był nudny. Sam się zmieniał, robił czasem głupie rzeczy i był wysoki. Gdzie teraz można obejrzeć Supernatural? Pewnie jak zacznę googlować, to się okaże, że nigdzie (czyt. że nie ma wersji z napisami), serial już się skończył, a aktorzy dobiegają pięćdziesiątki.

Wdech-wydech. Ostatni raz pozycja dziecka. Rezygnuję z drzemki, wstaję, składam matę – ale tym razem nie chowam jej pod łóżko – i siadam do pisania notki, licząc, że z tej pustki w głowie jednak coś wyjdzie.