Serce i rozum
Mam pomysły na historie. Zapisuję je regularnie. Zwyczajnie nie mam po co tych historii pisać. Oczywiście rozumiem, po co – przecież od zawsze marzę o wydaniu książki, takiej normalnej, z okładką i stronami, którą ludzie mogliby czytać. Bez pisania nie będę mieć do niej materiału, a drukować samą okładkę to trochę niezręcznie. Głowa to ogarnia. Wie, że potrzebny jest wsad. Ale serce nie ma potrzeby, żeby go stworzyć.
Tło dla pisania
Czułam się samotna, niezrozumiana, często zwyczajnie nieszczęśliwa. Wydawało mi się, że nie mam prawa nikomu się z tego zwierzać, żeby nie dokładać problemów osobom, które już je mają ani – tym bardziej – nie dawać powodów do zmartwień tym, którym w życiu szło w miarę lekko.
Zawsze wydawało mi się też dziwne, że w chwili zwierzeń na wyznanie: „Wiesz, podoba mi się X, ale dla niej/-go jesteśmy tylko przyjaciółmi” miałabym odpowiedzieć „A ja nasłuchuję po krokach, w jakim stanie tata wraca do domu i próbuję się domyślić, w jakim jest nastroju, żeby przewidzieć, co odwali tego wieczoru”.
Ciężko było znaleźć prawdziwe zrozumienie, chyba że od osób, które miały podobnie. Tyle że aby się dowiedzieć, że ktoś też tak ma, musiałabym się zwierzyć, a przecież czułam, że nie mam prawa tak z tym ludziom wyskakiwać.
Dlatego pisałam.
Dziennik, ale nawet tam nie byłam do końca szczera, na wypadek, gdyby ktoś miał go przeczytać. I tę powieść, inspirowaną moim nieszczęśliwym zakochaniem, od którego chciałam się uwolnić. Przepisałam tę historię tak, żeby jej główna bohaterka miała bezpieczny dom i rozumiejących ją przyjaciół, dodałam w tle wątek muzyczny, bo bez tego nie ma dobrej historii, a całość zwieńczyłam happy endem, który u mnie nie mógł się wydarzyć, ale moja bohaterka na niego zasługiwała.
Główne postacie zawsze były kobiece. Dostawały problemy, z którymi ja nie do końca sobie radziłam. Pisałam i patrzyłam, jak poradzą sobie w tej sytuacji, żeby się zainspirować i też sobie jakoś poradzić.
Pisanie straciło swoją funkcję
Kiedyś było po to, żeby nie wybuchła mi głowa. Po prostu musiałam się wypisać z tych emocji i pomysłów. Do tego wierzyłam, że każda historia jest warta opowiedzenia (choć i tak dzieliłam je na te, które chciałabym wydać i te, które niekoniecznie. Pisałam je tylko dla frajdy – nie przejmując się logiką w fabule – i tej jednej przyjaciółki, która wszystko czytała).
Dzisiaj mam wokół siebie więcej niż kiedyś ludzi, do których mogę się w każdej chwili odezwać i wygadać. W dzienniku też jestem bardziej szczera i piszę to, co myślę, nawet jeżeli jest brzydkie i nieskładne, a myśl jest tylko chwilowa i nigdy nie powiedziałabym jej na głos. Ale otwieram dziennik również po to, aby pisać o tych dobrych chwilach, bo to one najszybciej ulatują z pamięci. Zwłaszcza te najdrobniejsze. I w którymś momencie historie w mojej głowie… Ucichły.
Wciąż mam pomysły, spisuję je. Ale nie czuję potrzeby, żeby je rozwijać. Zupełnie nic mi nie będzie, jeśli nie napiszę tych opowiadań – nie wybuchnę od tego. Ku własnemu przerażeniu odkryłam też, że nie mam z nich aż takiej frajdy. Tak jakbym nie była ciekawa, co będzie dalej.
Nie widzę sensu pisania opowiadań dla samej siebie, bo te historie żyją w mojej głowie. Nie muszę ich spisywać, żeby móc je obejrzeć i przeżyć. A gdy piszę po to, żeby puścić je w świat, robi się z tego kolejny projekt. Dostaje datę realizacji i listę zadań do zrobienia wokół poza samym napisaniem.
Przegapiłam moment
Gdy myślę o powieści, od razu przytłacza mnie proces wydawniczy. Miesiące lub lata oczekiwania na odpowiedź od wydawnictwa tradycyjnego albo liczba kroków i koszty przy self-publishingu. Oczywiście, najlepiej byłoby skupić się na procesie. Pisać, a później zdecydować, co dalej. Ale ja muszę być zawsze krok do przodu. Nie chcę pisać po to, żeby później odłożyć do szuflady.
Hanka, bohaterka powieści, którą zaczęłam jakieś 3 lata temu, została w miejscu, a ja jestem od niej coraz starsza. Przekroczyłam trzydziestkę, a ona jest wciąż dwudziestokilkulatką. Czuję, że nasze problemy są już różne. Obawiam się, że nie będę potrafiła jej zrozumieć i oddać rozterek tamtych lat, które są dla mnie coraz bardziej odległe.
Czuję, że przegapiłam moment, w którym wierzyłam, że to wszystko ma sens, że wydam te wszystkie książki, że moje historie są świetne i warte opowiedzenia. Moment, w którym do działania pchałaby mnie ekscytacja i determinacja, a moja energia, aby doprowadzić sprawę do finału, nigdy by się nie kończyła.
Dziś nie potrafię beztrosko marzyć. Patrzę realistycznie. Znam koszty wydania swojej książki i chociaż stać mnie, żeby je ponieść, nie robię tego – bo nie widzę sensu. Uparcie wraca do mnie myśl, że jest przecież mnóstwo świetnych pisarek i pisarzy i pewnie dwa razy tyle napisanych przez nich historii, które nie wyszły i nie wyjdą na światło dzienne. Czy coś tracę, nie przeczytawszy ich? Nie, bo nawet nie wiem, że istnieją, o czym są i że mogłabym coś zyskać po przeczytaniu. I Ty też nie stracisz, jeśli nie opublikuję kolejnego opowiadania i/lub nie wydam powieści. Ale jak już wydam to przykro mi – będziesz musiał_ przeczytać. 😁

Antologia
Piszę to wszystko jako współautorka antologii „Nie mówię już szeptem”, którą napisałyśmy z dziewczynami w Czułym Kręgu Pisarskim. Ale i to nie dodało mi skrzydeł. W okolicach premiery byłam już tak zmęczona i przebodźcowana, że marzyłam tylko o tym, żeby zamknąć ten temat. A czekała nas jeszcze kilkutygodniowa promocja.
Cieszę się, że wzięłam udział w tym projekcie i że zrealizowałyśmy go właśnie w takim składzie. A jednocześnie jestem rozczarowana, że nie było większego wow w mojej głowie. Poczułam radość, gdy rozpakowałam karton z moim przydziałem książek. A później wtedy, gdy opowiedziałam o antologii w pracy, na spotkaniu mojego działu. Osiem egzemplarzy, które wzięłam tego dnia do pracy, rozeszło się niemal od razu. Ale to dwa momenty, nieproporcjonalnie krótkie w stosunku do ilości włożonej pracy.
To naprawdę dobra książka, w której jest trzynaście opowiadań i mnóstwo emocji. Jest dopracowana i zachwyt wzbudza już sama oprawa graficzna. Już po tym widać ilość czasu, którą jej poświęciłyśmy i to, jak bardzo zadbałyśmy o każdy szczegół. Choć może nie powinnam pisać my, bo na grafice akurat znam się najmniej. 😅 Wiedząc, że to naprawdę wartościowe historie, dobrze wydane, tym bardziej nie umiem odnaleźć się w tym, co się dzieje w mojej głowie. Nie rozumiem, dlaczego nie cieszę się bardziej, dlaczego wspólne wydanie antologii nie dodało mi więcej energii i motywacji do działania.
A jednak wciąż piszę
Napisałam opowiadanie do drugiej antologii, którą szykujemy z dziewczynami – poprawiałam je, zanim przyszłam dokończyć ten tekst. Zaczęłam też porządkować moje stare opowiadania, żeby wydać własny zbiór. Przepleść to, co wysyłałam dawno temu w newsletterach z tym, czego jeszcze nie publikowałam. I również nie rozumiem, dlaczego.
Marudzę, jestem taką grumpy pisarką, a jednak tego nie rzucam. Prawdopodobnie dlatego, że nie wybaczyłabym sobie, gdybym teraz – mając wszelkie środki na realizację dziecięcych marzeń – tak po prostu z tego zrezygnowała. Część mnie czuje, że po prostu powinnam to zrobić, chociaż wcale nie jest to łatwe ani napędzane entuzjazmem.
Druga część mnie myśli sobie, że czas i tak upłynie. Mogę w przyszłości być współautorką kolejnej antologii (ale nie powiem Ci, kiedy premiera, bo to jeszcze tajemnica), a trochę później samodzielną autorką własnego zbioru opowiadań. Mogę też zmarnować ten czas i moje nazwisko nie pojawi się nigdzie – a tego przecież nie chcę.
Trzecia część mnie wie, że wszystko komplikuje cykl menstruacyjny. W drugiej połowie mam nastrój jak w tym tekście, wątpię w cały sens mojego pisania i w to, że komukolwiek to potrzebne (włączając mnie). A później cykl zaczyna się od nowa i razem z krwią miesiączkową spływają mi z głowy te durne pomysły. Życie znów jest piękne, pisanie wspaniałe, a ja myślę sobie, że wszystko kroczek po kroczku ogarnę.
Tak że czasem będę grumpy pisarką, marudzącą na wszystko, a czasem Pisarką przez duże P, z flow i planem działania. Nieważne, jako która z nich się obudzę – ważne, że wciąż jako pisarka.
