Odkąd pamiętam mam w głowie historie. Zresztą nawet służbowe notatki z rozmów z krzyczącymi klientami piszę tak, jakby to były fragmenty powieści - dla załagodzenia niemiłego wrażenia i żeby trochę umilić temat osobie, która będzie rozmawiała z tym klientem po mnie. Do tego często tworzę gdzieś w czaszce narrację swojego życia, którą słyszę jak się zamyślę i strasznie lubię pisanie jako czynność - przesuwanie pisadłem po papierze, stukot klawiatury. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy odkryłam, że nie wszyscy tak mają.

To chyba po prostu trochę inny sposób postrzegania świata. Patrzę na to, co się dzieje dookoła i widzę ludzkie historie, które sprawiają, że każdy jest wyjątkowy (no i wyjaśniają zachowanie poszczególnych osób). O sobie samej też zresztą myślę jak o bohaterce powieści, zwłaszcza w trudnych dla mnie chwilach. Zawsze wtedy sobie myślę, że przecież musi się zaraz wydarzyć jakiś zwrot akcji, który sprawi, że wpadnę na rozwiązanie mojego problemu albo po prostu wszystko się poukłada. No i że trzeba działać – nikt przecież nie chciałby czytać powieści, w której główny bohater napotyka problem i od razu się poddaje.

Gdzieś w przeciętnym mieście żyła sobie Hiacynta. Jak wiele podobnych do niej, nie dostała w porę listu z Hogwartu, więc musiała pracować od ósmej do szesnastej w okienku w ZUS-ie. Pewnego dnia z książki – którą Hiacynta czytała, chowając się przed petentami za tabliczką PRZERWA OBIADOWA – wypadła zalaminowana, ręcznie malowana zakładka. Hiacynta przypomniała sobie, jak kiedyś całe dnie poświęcała na malowanie pastelami. Przecież od dziecka marzyła, żeby zajmować się sztuką! Niestety nie miała w sobie dość odwagi, aby zmienić swoje życie, więc popadła w alkoholizm i umarła. KONIEC.

No nie.

Ale oprócz spisywania takich właśnie głupkowatych historii, piszę też o rzeczach, o których boję się powiedzieć. A raczej – o których boję się powiedzieć od razu. Niektóre słowa ważą więcej niż inne i trzeba ich używać oszczędnie, dlatego wolę najpierw uporządkować je na papierze. Zresztą kiedy napiszę komuś coś od serca, jest to dla mnie bardzo naturalne – gdybym próbowała to samo powiedzieć, pewnie zakrztusiłabym się cztery razy, no i ogólnie brzmiałoby to sztucznie, dziwnie i mogłoby wyjść prześmiewczo, ironicznie i w ogóle nie tak, jak zamierzałam.

Zawsze mam w głowie więcej niż wypuszczam na zewnątrz. Ale gdy jest mi wesoło, mam wrażenie, że moje myśli biegają 16 tysięcy razy szybciej niż zazwyczaj i to też trzeba okiełznać – jak inaczej niż za pomocą papieru i pióra? Wyobrażam to sobie tak, że we wnętrzu mojej czaszki jest mnóstwo szuflad, w których są różne różności – historie, pomysły, wspomnienia, myśli. I nagle pojawia się bodziec (zdarzenie, rozmowa, film, serial, fragment piosenki), który sprawia, że w głowie pojawiają się kolejne karteczki, na których są kolejne różności. I tyle ich jest, że robią przeciąg, wszystko wypada z szuflad i trzeba to od nowa porządkować.

Piszę, bo czasem to jedyny sposób, żebym się uspokoiła, poukładała te różności po szufladkach i dowiedziała się, co się właśnie wydarzyło – czy jestem zła, czy wpadłam na genialny pomysł, czy jestem smutna, czy mam za sobą zły dzień, czy może jednak dobry, tylko musiałam to zauważyć. Były też momenty, że czułam się tak samotna i nierozumiana, że tylko pisanie pomagało wywalić z siebie to wszystko i jakoś przetrwać.

Piszę, żeby zachowywać wspomnienia. Pamiętnika wprawdzie teraz nie prowadzę, ale posty na Instagramie, notki na blogu, a nawet luźne myśli w notesie z zapiskami o wszystkim zatrzymują w sobie fragmenty mojego życia – kiedy do nich wracam, pamiętam dokładnie, w jakich okolicznościach powstawały, co czułam i co myślałam (a być może nie napisałam i zachowałam dla siebie).

Wszystko to myśli, które nie mieściły mi się w głowie – które tłukły się po niej tak bardzo, że aż dźwięczało mi w uszach i nie mogłam spać, bo były dla mnie tak ważne, że wracałam do nich w kółko, żeby czasem o żadnej nie zapomnieć.

Na szczęście zapisane myśli nie uciekają. Leżą na papierze i czekają, aż do nich wrócę – już z lżejszą głową.