Brzmi to okrutnie, ale są ludzie, z którymi celowo nie rozmawiam zbyt często. Czasem są to po prostu znajomi, a czasem osoby, które były mi bliskie, ale ta relacja była zbyt niszcząca. Cechą wspólną dla obu grup jest jedno - świat, wszechświat i wszystkie wymiary sprzysięgły się przeciwko nim.

Na początek muszę wyjaśnić – w życiu to zawsze coś. Albo się kończą arbuzy w promocji i jak przychodzimy do sklepu to już nie ma ani jednego, albo paliwo drożeje, albo koronawirus przychodzi.

Słowem – każdy ma prawo do gorszego dnia, do wyrzucenia z siebie wszystkiego złego, co go w danym dniu/tygodniu/miesiącu/roku/życiu spotkało. Nie jestem fanką tłumienia emocji i powtarzania, że wszystko w porządku, jeśli wcale tak nie jest. Nie ma się co oszukiwać – na dłuższą metę więcej z tego szkody niż pożytku.

Czasem przyśni mi się jedna z tych osób, z którymi celowo rzadko rozmawiam – i wtedy nie mogę się powstrzymać przed napisaniem do tej osoby z pytaniem co u ciebie? Wszystko w porządku? I przypominam sobie godziny spędzone na rozmowach, głupie żarciki i zastanawiam się – rany, czemu tak długo nie gadaliśmy?!

Później dostaję odpowiedź na swoje pytanie i już wszystko mi się przypomina.

U tych ludzi zawsze jest coś nie tak. Praca za ciężka, za długo się dojeżdża, samochód w naprawie, bilety na komunikację miejską drogie, zwłaszcza że zniżki studenckiej już nie ma, kurła, kiedyś to były czasy, teraz to nie ma czasów, a w ogóle lato jest, a ciągle pada, no tak, wczoraj nie padało, ale był taki upał, że żyć się nie dało.

Jestem dobrą duszyczką – zawsze się przejmowałam, zawsze chciałam pomóc. Ale za każdym razem dowiadywałam się, że lepszej pracy w okolicy w ogóle nie ma, bo to by się trzeba do innego miasta przeprowadzić i tam mieszkanie znaleźć, to by poszukać trzeba… Ale co ja gadam, jakie dodatkowe kursy, jaki inny zawód, przecież na to trzeba czasu i pieniędzy, a oni ani jednego ani drugiego nie mają, bo pracują w tej głupiej pracy, w której za mało płacą, no zmieniliby ją, ale innej nie ma, a o tej pogodzie to nawet nie ma co dyskutować.

Piszę o rzeczach, które są dla mnie trochę trudne, więc wrzucam zdjęcia, które mnie relaksują. ^^,

Nieszczęścia chodzą parami

Do tych codziennych problemów opisanych osób dochodzi zwykle jakiś dziwny związek. Zwykle z osobą, której nie do końca ufają, podejrzewają o dziwne rzeczy, zrywają i schodzą się po kilka razy. Zrozumiałabym jeden taki związek. Ale te osoby po rozstaniu z tego typu partnerem, znajdują sobie nowego, z którym powtarzają dokładnie ten sam schemat i wciąż dziwią się, co jest nie tak, dlaczego to nie działa, dlaczego nie wychodzi.

To trochę na zasadzie zerwałam z chłopakiem, bo miał problem z alkoholem. Mój nowy chłopak wprawdzie też ma problem z alkoholem, ale on to się na pewno dla mnie zmieni – tylko problem jest dużo głębszy, niż da się to opisać dwoma zdaniami.

Dodatkowo zazwyczaj partner/ka ma te same problemy – nie taką pracę, za mało pieniędzy, brak chęci zmian… Zatem oboje ciągną się wzajemnie w dół, a konflikt między nimi narasta.

Trochę smutne, trochę interesujące

Pewnie w psychologii są jakieś terminy, które nazywają to, co dzieje się w głowach osób, które bezrefleksyjnie powtarzają w kółko te same błędy. Szczerze mówiąc przeraża mnie, jak wiele wymówek można znaleźć, żeby nie zmienić swojego życia, mim że wcale nam się ono nie podoba. Zastanawia mnie, czemu u tych ludzi nie miga czerwona lampka, że hej, to już trzeci facet, z którym się wiążę, który ma problem z alkoholem. A gdyby tak dla odmiany nie pchać się w pierwszy lepszy związek tylko jednak poczekać na kogoś, kto nie musi codziennie się napić?

Raz chyba nawet o to zapytałam, ale wtedy padła odpowiedź, że tu są tylko tacy ludzie. Hej, a gdybyś spróbował/a zmienić otoczenie, zrobić coś innego niż zwykle? Iść w inne miejsca, niż te, które zazwyczaj odwiedzasz? Nie szukać partnera w klubie? Niby gdzie mam iść? Niby co mam robić? Nie mam czasu, ciągle pracuję.

Nie chodzi o to, że ludzie mają problemy – chodzi o to, że nie próbują ich rozwiązać

W którymś momencie zupełnie przestałam się mieszać, bo w takich przypadkach potrzebna jest chyba profesjonalna pomoc – a ja nie mam takich uprawnień. Przykro mi tylko, kiedy obserwuję, jak ci ludzie gasną, ich życia się rozpadają i jest tylko gorzej. Dlatego prędzej czy później dochodzę do wniosku, że nic nie jestem w stanie zrobić i ucinam te znajomości – a kiedy zbyt długo z tym zwlekam, czuję jak z dnia na dzień tracę humor i energię, obciążana problemami, których nie mogę rozwiązać, bo nie są moje.

Do tego ogarnia mnie złość, bo ja na ich miejscu… Zerwałabym. Zajęłabym się sobą, żeby dojść do tego, jaką w ogóle mam osobowość i dlaczego podejmuję takie decyzje. Szukałabym odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie wychodzi i pewnie nie próbowałabym żyć z kimś, dopóki nie nauczyłabym się żyć sama ze sobą. Zastanowiłabym się, co właściwie chcę robić w życiu i czy po drodze nie porzuciłam przypadkiem jakiejś pasji, do której mogłabym wrócić, rozwinąć i umieścić ją w CV. Ale to ja.

Chwilę trwało, zanim doszłam do tego, że jedyne, co mogę zrobić, to wysłuchać. A dodatkowo – że to moje problemy i moje zdrowie psychiczne mają priorytet.

Ciągle jednak wraca takie ukłucie w serduszku, gdy co roku na pytanie co słychać? dostaję odpowiedź, że ciągle do dupy.