Pudełko z kreatywnością

Z kreatywnością jak z ciastem drożdżowym – w odpowiednich warunkach dobrze urośnie i choć w planie były tylko dwie pizze, to wystarczy jeszcze na sześć bułeczek zwykłych, sześć czosnkowych, a jak się dobrze podzieli to i na placek ze śliwkami. Pączkującej kreatywności (oh, pączki! Jeszcze na pączki wystarczy!) wprawdzie nie da się zjeść, bo to są pomysły, wątki, historie, dialogi, melodie, ale zasada jest ta sama – trzeba to ochronić przed przeciągiem i innymi życiowymi zawirowaniami.

Cisza po burzy

Po kilku dniach przyjemnej, letniej pogody słońce zaczęło grzać bezlitośnie, że już nie dało się wytrzymać. Skóra czerwieniła się już po kilku chwilach na zewnątrz. Powietrze stało. W końcu powoli zaczęły pojawiać się jakieś chmury i wprawdzie dały trochę cienia, ale pogoda wcale nie stała się przez to bardziej znośna. Było duszno. Pociłam się od samego stania, kleiły się do mnie ubrania, a ja sama, obrzydliwie lepka, odklejałam ręce od blatu przy każdej próbie odejścia od komputera.

Związek z muzyką

Mam dość bujną wyobraźnię, ale to, czego nie umiem sobie wyobrazić to życie, w którym muzyka nic nie znaczy, w którym włączam radio i zupełnie mnie nie obchodzi, co w nim leci. Jak by to było nie rozpłakać się ani raz przy żadnej piosence, nie przywiązywać wagi do jakości dźwięku (bo nie musiałabym dobrze słyszeć basu), nie czuć potrzeby odkrywania kolejnych zespołów? Jakie to uczucie – włączyć piosenkę i… no właśnie, nie czuć absolutnie nic?

Jak nie zostałam aktorką

W jednym z newsletterów pisałam o marzeniach, które się nie spełniają. Wspomniałam w nim też o jednym z moich porzuconych marzeń – o zostaniu znaną basistką. Takich nieudanych pomysłów na siebie jest oczywiście więcej. Prowadzenie bloga kulinarnego na miarę Kwestii Smaku, zrobienie kariery (cokolwiek by to znaczyło – po prostu chciałam dużo zarabiać), no i w końcu – zostanie aktorką. W tym przypadku wszystko szło dobrze, dopóki nie poszłam do szkoły aktorskiej. Głównym problemem okazała się być… rzeczywistość.

Kiedy można zwolnić?

To pytanie chodzi mi po głowie od dłuższego czasu – mniej więcej od momentu, w którym poczułam, że dzieje się za dużo i tracę równowagę. Chciałam nadążyć za światem – ciężko pracować, podnosić sobie poprzeczkę, zarabiać coraz więcej, a po pracy jeszcze mieć czas na rozwój w tematach, które naprawdę mnie interesują. I ten rozwój się nie wydarzał, bo nie miałam siły, ani nawet chęci, żeby o nim myśleć. Chciałam zrobić wszystko, a nie udawało się zrobić nic.

Światła sceny – koncert

Na kilkanaście minut przed koncertem już nic nie pamiętam. Nie mam zielonego pojęcia, jak idą linie basu w piosenkach, które zaraz będę grać, chociaż sama je wymyśliłam. W lokalu wcale nie ma tłumu, bo mało kto nas zna, ale mnie już i tak robi się ciepło od atmosfery. Czuję mieszankę ekscytacji i strachu – to nie pierwszy koncert, który gram, ale być może pierwszy, podczas którego się pomylę albo zapomnę, co dalej. Zawsze przygotowuję się najlepiej, jak mogę, a później nigdy nie wiem. Sprzęt już rozstawiony, reprymenda dla Grześka, żeby nie przyspieszał, udzielona. Teraz już tylko czekam.

Sny świadome, sny prorocze

Jeden komentarz

Stałam sobie kiedyś spokojnie w liceum, odstając od reszty rówieśników i dryfując po oceanie własnych myśli, aż z tego oceanu wyrwał mnie podekscytowany głos kolegi, który opowiadał o różnych technikach wchodzenia w świadomy sen. Pierwszy raz zetknęłam się z tym określeniem, więc od razu zapytałam, o co chodzi. Dostałam odpowiedź, że to taki sen, w którym można kontrolować to, co się dzieje. Zdziwiłam się, ale nie tym, że tak się da, tylko tym, że nie wszyscy śnią w taki sposób.

Milion małych zapalników

Jeden komentarz

Nie tak dawno pisałam o tym, jak złość zastąpiła mi większość emocji. Pracuję nad tym i od jakiegoś czasu faktycznie mogę mówić, że jestem szczęśliwa zamiast akurat nie czuję złości albo nie jestem nieszczęśliwa. Mimo to ta złość wciąż się pojawia – uczę się odróżniać, kiedy faktycznie mam do niej jakiś ważny powód, a kiedy ważny, ale wynikający z jakiegoś nieprzepracowanego tematu albo działający tylko jako mechanizm obronny. Jednocześnie walczę też o to, żeby tej złości nie bagatelizować i kiedy się pojawia, nie wmawiać sobie, że to nic i że wciąż mam świetny humor. Rozmawiam z tą moją złością i ustalam, po co przyszła – a wybuchów w ciągu dnia mam naprawdę sporo. Może nie aż milion i nie wszystkie są spektakularne, ale zdarzają się. Powody są często takie same i choć ja pracuję nad sobą, żeby siebie zmienić, to mam wrażenie, że świat się nie zmienia i powody zostaną.