Od zawsze byłam uczona, że przyjaźń to mocne słowo, że to relacja, która nigdy się nie kończy. Czułam, że trochę nie wolno mi nazywać, przyjaciółkami koleżanek z przedszkola albo ze szkoły, choć one wzajemnie tak siebie nazywały. One się przyjaźniły, ja się kolegowałam. Dorośli (słusznie) przewidywali, może to nie będą zbyt trwałe relacje i przyjaźń to za mocne słowo. Choć może gdyby nie ich przewidywania, wymiana spojrzeń i sugestywny ton, po prostu bym się przyjaźniła, zamiast dogłębnie analizować swoje relacje – na tyle, na ile może to robić siedmiolatka.

W dorosłym życiu peszę się, kiedy ktoś przedwcześnie nazywa się moim przyjacielem/przyjaciółką. Zawsze mi miło, że ktoś traktuje tę relację w taki sposób, ale dla mnie to często za wcześnie. W mojej głowie pojawia się od razu szereg pytań. Jak bardzo ta osoba jest dla mnie ważna? (Bo że jest, nie ulega wątpliwości – tylko z takimi osobami staram się utrzymywać kontakt). Czy mam na tyle zasobów, żeby móc udzielić jej wsparcia, gdy będzie go potrzebować? Czy po spędzeniu z nią czasu czuję się dobrze? Czy ja jestem gotowa, żeby z nią szczerze rozmawiać? Często to po prostu ten etap, kiedy już bym chciała, ale jeszcze boję się otworzyć całkowicie.

Nie wyobrażam sobie przyjaźni bez szczerości i bez poczucia, że moja wrażliwość jest bezpieczna w rękach tej osoby. Nie wyobrażam sobie nie dawać takiego poczucia bezpieczeństwa – słuchać nieuważnie, nie strzec powierzonych sekretów, bagatelizować emocje. Ale nie wyobrażam sobie też być stroną, która wyłącznie daje – dźwiga powierzone ciężary, a sama nie może ich zrzucić.

Jednocześnie gdzieś tam czuję, że przyjaźnie są różne i że to nie jest tak, że tylko ta od kołyski po grób jest prawdziwa. Jestem raczej zdania, że na różne sezony życia mogą przypadać różne przyjaźnie. W końcu ciągle się zmieniamy, ludzie dookoła nas też. Różnych rzeczy potrzebujemy na różnych etapach życia i różne rzeczy możemy dać od siebie. Niezmienne dla mnie przez cały czas jest to, żeby nie musieć w tej relacji nikogo udawać, za to wzajemnie się wspierać, zamiast podcinać skrzydła.

Żadna z moich przyjaźni nie wpisuje się w opatrzone filmowo-serialowe wzorce – nie ma w nich dzwonienia do siebie w środku nocy z problemami (sen jest ważny – nie oszukujmy się, jak mam poważny problem o godzinie 22.00 to on raczej nie zniknie przez 12 godzin, dam się ludziom wyspać. Poza tym heloł – dzwonienie?! Napiszę, jak wstanie to przeczyta na spokojnie), nie ma maratonów zakupowych (przed pandemią też nie było), nie ma leczenia złamanych serc lodami przed telewizorem. Jest w nich za to dużo śmiechu, rozmów (choć czasem z długimi przerwami na osobne życia), grania w gry online i wymiany filmowo-serialowych polecanek. Jest też dużo miejsca na milczenie, a mimo to nie brakuje poczucia, że jeśli zajdzie potrzeba, będziemy dla siebie.

Przyjaźń to kolejna „rzecz”, która nie potrzebuje pieczątki aprobaty przybitej ziemniakiem przez pięć losowych osób z otoczenia, żeby być dobra, wartościowa, wspierająca. Można jeść razem lody albo nie, oglądać wspólnie komedie romantyczne albo horrory, chodzić po galerii albo wysyłać sobie linki do allegro – wszystko jest super, jeśli obie strony czują się z tym dobrze.

I marzy mi się, żeby każda osoba mogła mieć przy sobie inną taką osobę i żeby razem mogły się przyjaźnić dokładnie w taki sposób, w jaki mają ochotę.

(A sobie życzę, żebym nauczyła się mówić o uczuciach, a nie tylko o nich pisać. 😀 )