„Pies to duża odpowiedzialność. Trzeba z nim wychodzić na spacery”. Powtarzano mi to bardzo często. I że nie wolno psów tarmosić za uszy – wiadomo. Ale chodzi o to, że lista obowiązków związanych z psem kończyła się na tym jednym punkcie – na spacerach. Które przecież są najlepsze ze wszystkich! A mimo to nigdy nie były przedstawiane jako super forma odpoczynku. Nie, to zawsze był obowiązek.

Przez moje życie przewinęły się cztery suczki. Pierwszą pamiętam bardzo słabo. Odeszła, gdy miałam chyba sześć czy siedem lat, a ona – jedenaście. Z opowiadań wiem, jaka była wierna, posłuszna sama z siebie, jak pilnowała stada. Myślę o niej ciepło, była pierwszym psem, którego w jakiś sposób kochałam. Po jej odejściu wytrzymaliśmy bez psa jedenaście miesięcy (najdłużej w moim życiu) i pojawiła się Nika. Szczeniaczek. Była z nami rok i cztery miesiące. Nie pamiętam jej prawie wcale – jedynie to, że wpadła pod samochód. I to była nasza wina.

Mój tata uważał, że jeśli pies nie przychodzi na zawołanie, to znaczy, że jest głupi. Nie wiem, czy to przez poziom wiedzy o psach w tamtych latach, czy moi rodzice zwyczajnie nie chcieli się w temacie dokształcać, ale nie było mowy o wychowaniu (w tym sensie jak obecnie) – o nauce przywołania, o nauce chodzenia na luźnej smyczy, socjalizacji z innymi psami itd. Skutkiem tego, kiedy wyszłam z siostrą i Niką na spacer (bez smyczy), psina zobaczyła innego psa, zaczęła się z nim bawić i pobiegły gdzieś razem. Ja zostałam pod blokiem, siostra ruszyła na poszukiwania – i wróciła z Niką na rękach, już nieżywą, która jeszcze przed śmiercią zdążyła ugryźć moją siostrę w rękę, prawdopodobnie z bólu. W pewnym sensie nie mogę przeboleć tej historii i tego braku odpowiedzialności, choć wiem, że jako dziecko niewiele mogłam zrobić.

Dwa dni później w naszym domu była już Bella (o której już kiedyś wspominałam), która szczęśliwie przeżyła z nami 12 lat. No, na tyle szczęśliwie na ile można żyć z ludźmi, którzy nie mają pojęcia, jak zająć się psem (dostrzegam to z dzisiejszej perspektywy). Bella szczekała na wszystko i wszystkich – co ewidentnie oznaczało, że trafił nam się kolejny głupi pies. Do dziś pamiętam, jak powiedziałam tacie o behawiorystach (widziałam w telewizji) i wyjaśniłam, że to tacy ludzie, którzy pomagają ludziom pomóc psom, które mają problemy. Powiedziałam, że może Bella się boi – w końcu jest ze schroniska – i że może trzeba zadzwonić po takiego behawiorystę. Dowiedziałam się wtedy, że behawioryści to naciągacze. No bo pomyślmy logicznie, jakie problemy może mieć pies? Poza byciem głupim.

Pod koniec życia Belli byłam już trochę bardziej świadoma. Wciąż nie miałam mocy sprawczej, ale musiałam przejąć obowiązki taty (wtedy już mieszkał z nami ten wredny Niemiec, Alzheimer), w tym szczepienia i (jak się okazało) odrobaczanie, czego mój tata na pewno też wcześniej nie robił, bo fanaberia. Mama z kolei była od karmienia, więc zaczęłam się dokształcać, bo nie było innego wyjścia. I gdyby listę błędów, które wychwyciłam, spisać na papierze toaletowym, to jedna rolka mogłaby nie wystarczyć.

I w końcu pojawiła się Nela – pies, który dał popalić. Pierwszy pies naprawdę mój, przy którym to ja przejęłam stery (może też dlatego, że miałam już własne pieniądze i nie dałam się przekonać, że regularne odrobaczanie to fanaberia), a rodzina musiała się dostosować. Nela zmusiła mnie do myślenia, do szukania rozwiązań i do – tata przewraca się w grobie – pójścia do behawiorysty. Wciąż nie jest idealnie. Wciąż popełniam błędy i im więcej się uczę, tym bardziej wiem, ile jeszcze nie wiem. Nela jest pierwszym psem, z którym czuję, że się rozumiemy – pozwoliła mi odkryć, że psi świat jest fascynujący! Serio, dla mnie to jest niesamowite, jak doskonałymi obserwatorami są psy i ile można z nimi zdziałać, jeśli tylko chce się włożyć trochę wysiłku!

Nela zwykle śpi spokojnie, bo wie, że Pańcia pracuje na jej godne życie.

A cała ta historia sprowadza nas do tego, o czym myślę ostatnio często podczas spacerów. Są ludzie, którzy mają psy. Nie wychowują, nie uczą, nie oswajają – mają. Serce podchodzi mi do gardła, kiedy właścicielka Rockiego, bawiącego się z Nelą, dziwi się, że ojej, nie puszcza jej pani? a później dodaje: no, ja mojego puszczam, musi się wylatać, ale powiem pani, że nie mogę go złapać później, no jakoś nie chce przychodzić. (Mieszkam w blokowisku 5 minut od centrum handlowego – nie chcę sobie wyobrażać, co może się stać któregoś dnia). Są też właściciele małych Pimpusiów i Kajtków, którzy idą, zapatrzeni w telefon, a gdy ich psiak zbliża się do Neli, nagle się budzą i zaczynają szarpać smycz, bo „Pimpuś się boi”. Wtedy Nela faktycznie zaczyna szczekać (bo halo, już prawie się obwąchała z tym psem, co to za cyrki!) – co nie zraża Pimpusia, ale właściciela już tak. Co by się stało, gdyby Pimpuś mógł podejść? Nic. Obwąchałyby się i albo pobawiły, albo Pimpuś stwierdziłby ojojojojoj, z bliska jesteś taka wielka! I trochem straszna. Dziemkuję, jednak nie chcem się bawić – i każdy poszedłby w swoją stronę. Zawsze staram się być wyrozumiała – może na Pimpusia jakiś pies się kiedyś rzucił? Ale kurwa, gdyby na mojego psa rzucił się kiedykolwiek jakiś pies, miałabym później oczy dookoła głowy, a nie w telefonie. Może Pimpuś jest szkolony, żeby ignorować inne psy? Hm, nie wygląda na to, skoro właściciel zwraca na niego uwagę dopiero, gdy jest już tuż przy Neli. Nie znajduję odpowiedzi.

Aha, no i najgorsze – Nela szczeka. Z wielu różnych powodów, w wielu różnych sytuacjach – czasem tylko dlatego, że kocha swój głos. Czasem szczeka zaczepnie, bo się nudzi i żąda zabawy, czasem ostrzegawczo, bo sąsiadka wychodzi i kto wie, czy akurat dziś nie jest ten dzień, w którym postanowiła nas zamordować. Czasem to niski szczek, godny owczarka, a czasem tak wysoki, że słyszymy, jak szkliwo się trzęsie (i nasze zęby przy okazji też). Nela boi się większych psów, więc wtedy jej szczekanie może brzmieć bardzo przerażająco – w sumie o to jej wtedy chodzi, żeby odstraszyć. Ale wiadomo, że jeśli pies szczeka, to zaraz zabije i będzie radośnie ciągnąć cię za sobą za flaki przez resztę spaceru. I nie da się wytłumaczyć, że nie, że to tak nie działa, że pies szczeka, bo nie umie mówić. Rozumiem, że ludzie – zwłaszcza jak nie mają psów – mogą się bać. Kiedyś jeździłam z taką panią windą. Za pierwszym razem uprzedziłam ją, że pies może szczekać – tak jak uprzedzam wszystkich towarzyszów radosnej podróży po piętrach – ale że spokojnie, trzymam ją krótko i daję ciastka. Pani dopiero za którymś razem zwierzyła się, że kiedyś pies ją ugryzł, bardzo ciężko to przeżyła i boi się do dziś. Zapytałam, czy może wolałaby jechać windą bez nas, ale pani powiedziała, że jest w porządku i że miło jej, że tak pilnuję swojego psa. Mnie też było wtedy miło.

Na koniec – przerażają mnie też dzieci wychodzące z psami, bo sama byłam takim dzieckiem i pamiętam wiele sytuacji, w których nie wiedziałam, jak mam się zachować. Bo skąd dziecko ma wiedzieć? Rzadko ma szczęście dowiedzieć się od rodzica, a samo nie wpadnie na to, że pewnych informacji trzeba poszukać (w końcu gdyby coś miało wiedzieć, rodzice na pewno by powiedzieli). To niesprawiedliwe dawać dzieciom w prezencie tyle odpowiedzialności i oczekiwać, że podołają, skoro z wychowaniem psa nie radzą sobie często nawet dorośli ludzie. I oglądam sobie szczeniaczki ciągnięte na smyczy i poganiane przez dzieci, które chcą biec dalej, bawić się na boisku, a nie uczyć psa świata – bo nie wiedzą, że powinny. I nie wiedzą, jak. Ale czy to powinno być ich zadanie?

Pies to odpowiedzialność. Trzeba chodzić z nim na spacery. A oswoić ze światem (który bywa przecież straszny nawet dla ludzi), nauczyć zachowania w konkretnych sytuacjach, badać kał (sprzątać kupy!), odrobaczać, szczepić, chronić przed kleszczami, nie kupować najtańszej karmy z marketu, czytać ich składy, nauczyć przywoływania, zapewnić odpowiednią ilość ruchu, zapewnić zabawy intelektualne…

Niewątpliwie to dużo więcej obowiązków, niż mnie uczono i niż się spodziewałam. I nie będę ukrywać – gdybym dziś miała adoptować psa, przygotowałabym się do tego lepiej. Z drugiej strony nie oszukujmy się – nie da się być w pełni przygotowanym na taką adopcję. Nie da się nauczyć reakcji na każdą możliwą sytuację, jeszcze zanim się ona wydarzy. Pracujemy z żywym organizmem – obserwowanie efektów tej pracy to świetna zabawa i ogromna satysfakcja! Ale wiem, że te podstawy, które miałam, przywożąc Nelę na tylnym siedzeniu mojego seata to było trochę za mało. Z drugiej strony, gdyby nie Nela, nie pomyślałabym nawet, żeby zadać sobie niektóre pytania albo że jakieś sytuacje mogą wystąpić. Teraz rozumiem trochę bardziej, jak to wszystko się kręci, co z czego wynika i że kilkudniowy regres nie czyni ze mnie najgorszej opiekunki psa na świecie.

Jak to się mówi, trzeba zasadzić drzewo, żeby zebrać owoce. Jeśli nie chcemy poznać czworonoga, z którym mieszkamy, jeśli nie nauczymy się siebie nawzajem i nie włożymy wysiłku w naukę – swoją i psią – to nie doświadczymy tej futrzastej miłości w pełnej okazałości. I będziemy skazani na życie z głupim psem, który nic nie rozumie. Tylko ostatecznie okaże się, że głupi w tej sytuacji jesteśmy my – ludzie – nie biorąc odpowiedzialności za to, co oswoiliśmy.