Od dłuższego czasu rzadko zostaję sama. Tak naprawdę SAMA - tylko ja, moje wewnętrzne ja, Nela i cały dom dla nas. Niemal codziennie bywam trochę sama w którymś pokoju, ale to nie to samo. Wieczorami umawiam się ze sobą raczej na burzę półmózgów, żeby ogarnąć bloga i Instagram, niż na imprezę. Za to kiedy przychodzi dzień na spotkanie z samą sobą, mam już gotowy zestaw rozrywek.

Zaczynamy od jedzenia – przygotowanego w zgodzie z tym, na co akurat mam ochotę. Czasem to dopieszczone spaghetti, bo przecież mam dużo czasu, a czasem kanapki z serem, podgrzane w mikrofali. Niewiele jest posiłków, które smakują tak dobrze, jak ten zjedzony przy ulubionym serialu, bez najmniejszego rozpraszacza w pobliżu, bez konieczności rozmowy, bez potrzeby pędzenia do kolejnych obowiązków. Oczywiście po obiedzie (i kilku odcinkach) można pozmywać – najlepiej w słuchawkach, przy dźwiękach ulubionej muzyki. Rockowa playlista do rozmyślań, piosenki, przy których tańczę zumbę, żeby trochę się rozruszać albo powrót do Amy Winehouse, która zawsze uderza w te czułe punkty gdzieś w środku, których nie umiem nazwać. Naczynia w zlewie szybko się kończą, ale muzyka nie – to dobry moment, żeby pochodzić trochę po domu. Tak po prostu. Bez celu. Tylko po to, żeby posłuchać myśli, które krążą po głowie (na uszach są słuchawki, wiec myśli nie mają którędy ulecieć). W takich chwilach przychodzą do mnie wspomnienia, wpadam na najlepsze riposty (tak dobre, że pająk, który mieszka na oknie w kuchni, klaszcze z uznaniem), a po dłuższym czasie zaczynam też zapadać się trochę w swojej wyobraźni. Podglądam wtedy, co robią bohaterowie moich historii, a czasem czuję, jak strzępki myśli układają się w początek nowej opowieści.

Choć to może niepopularny wybór na randki, uwielbiam też podczas nich ćwiczyć. Zumba odtańczona w pustym domu to nie tylko odtworzona choreografia. Kiedy wiem, że nikt nie wejdzie do pokoju, ruchy są odważniejsze, mocniejsze, a czasem improwizowane, jeśli czuję, że muszę się wyskakać do jakiejś konkretnej piosenki. Tak samo z treningiem bardziej siłowym. Wiedząc, że nikt na mnie nie czeka i nie zbliża się godzina wieczornego seansu filmowego, skupiam się na każdym ruchu, czuję wszystkie mięśnie i oddycham głęboko, zamiast robić w myślach kolejną listę zadań. Po udanym treningu uwielbiam pójść do SPA – otwieram drzwi łazienki, wyjmuję wszystkie maseczki, robię peeling twarzy, szczotkuję ciało, nakładam odżywkę na włosy, wklepuję balsam, wcieram krem pod oczy. Sięgam po wszystko to, co jest schowane w kosmetyczce, a po co nie sięgam w zwyczajne dni, bo po prostu mi się nie chce.

Później często piszę – znów bez konkretnego celu. Nie na bloga, nie na Instagram. Próbuję zrzucić to, co obija się wewnątrz mojej czaszki. To są często nieuporządkowane pomysły, kawałki historii, które do niczego nie pasują, a czasem to mnóstwo myśli, które zaczynają się układać dopiero po zapisaniu kilku stron. Najtrudniej zawsze jest zacząć, bo nie wiadomo, po co. Pisaniu tekstów do publikacji towarzyszy zwykle jakiś cel. Kiedy mam zacząć pisać coś, czego prawdopodobnie nikt nie zobaczy i co ma tylko dać mi trochę przyjemności, łapię się pierwszej myśli, która przyjdzie mi do głowy. Zaczynam opisywać kształty chmur na niebie, przelewam na papier wspomnienia ostatniego snu, innym razem, od razu z grubej rury, rozpisuję się na temat dyskomfortu, który czuję gdzieś w środku. Pierwsze zdania pojawiają się najwolniej. Co kilka wyrazów robię pauzę, żeby zastanowić się, o co w ogóle chodzi, co chcę przekazać. Później słowa zaczynają płynąć, a ja przyspieszam tak, że zaczyna boleć mnie ręka. Do tego kolejka tematów, czekających, żeby spłynąć po stalówce na kartkę, zaczyna się wydłużać, a ja coraz bardziej się obawiam, że nie zdążę poświęcić każdemu z nich należytej uwagi. Zwykle przerywam to pisanie na długo przed tym, zanim tematy się wyczerpią – żeby zdążyć zrobić coś jeszcze.

Wracam wtedy do swoich wcześniejszych tekstów, do fragmentów wyrwanych z kontekstu. Czytam je, czasem poprawiam, ale częściej udaję, że jestem swoją własną czytelniczką. Dość szybko przenoszę się do wykreowanych przeze mnie światów i prawie zawsze wkurzam się, że napisałam sobie tak mało, bo urwałam w ciekawym momencie i teraz nie wiem, co dalej. To znaczy – przez ułamek sekundy nie wiem. Rozpędzony mózg natychmiast dyktuje dalszy ciąg, pokazuje mi obraz po obrazie, co powinno się wydarzyć. Zapadam się w tym świecie, bez potrzeby kontroli tego, co dzieje się dookoła, bo chwilowo muszę zadbać tylko o siebie i swoje wewnętrzne ja. Mogę prawie poczuć, jak ładują mi się akumulatory. Jeśli naładują się do pełna i wystarczy jeszcze czasu, pogram w Simsy albo w Wiedźmina, albo obejrzę jakiś film, który może niekoniecznie przypadłby do gustu Tomkowi, ale ja mam na niego ochotę.

Uwielbiam to, że nigdy się ze sobą nie nudzę i często wystarczy nam gapienie się na świat za oknem. W końcu jednak mija dostatecznie dużo godzin, żeby odpocząć, a pomysły na rozrywki się kończą. Wtedy zaczynam spoglądać na zegarek i trochę już tęsknić. Zrobiłam już wszystko, co mogłam zrobić sama i znowu mam zapas energii na robienie rzeczy razem, więc wysyłam krótkiego SMS-a: wracasz już?