
Zmartwiony tata
Ile to już lat, odkąd się zmartwiłeś? Nigdy nie pamiętam, zawsze liczę. Pamiętam, że to był 2016, że wrzesień, że poniedziałek – z tych obliczeń wychodzi mi, że siedemnasty i że w tym roku będzie już pięć lat. Jak ten czas leci.

Ile to już lat, odkąd się zmartwiłeś? Nigdy nie pamiętam, zawsze liczę. Pamiętam, że to był 2016, że wrzesień, że poniedziałek – z tych obliczeń wychodzi mi, że siedemnasty i że w tym roku będzie już pięć lat. Jak ten czas leci.

Mam dość bujną wyobraźnię, ale to, czego nie umiem sobie wyobrazić to życie, w którym muzyka nic nie znaczy, w którym włączam radio i zupełnie mnie nie obchodzi, co w nim leci. Jak by to było nie rozpłakać się ani raz przy żadnej piosence, nie przywiązywać wagi do jakości dźwięku (bo nie musiałabym dobrze słyszeć basu), nie czuć potrzeby odkrywania kolejnych zespołów? Jakie to uczucie – włączyć piosenkę i… no właśnie, nie czuć absolutnie nic?

W jednym z newsletterów pisałam o marzeniach, które się nie spełniają. Wspomniałam w nim też o jednym z moich porzuconych marzeń – o zostaniu znaną basistką. Takich nieudanych pomysłów na siebie jest oczywiście więcej. Prowadzenie bloga kulinarnego na miarę Kwestii Smaku, zrobienie kariery (cokolwiek by to znaczyło – po prostu chciałam dużo zarabiać), no i w końcu – zostanie aktorką. W tym przypadku wszystko szło dobrze, dopóki nie poszłam do szkoły aktorskiej. Głównym problemem okazała się być… rzeczywistość.

To pytanie chodzi mi po głowie od dłuższego czasu – mniej więcej od momentu, w którym poczułam, że dzieje się za dużo i tracę równowagę. Chciałam nadążyć za światem – ciężko pracować, podnosić sobie poprzeczkę, zarabiać coraz więcej, a po pracy jeszcze mieć czas na rozwój w tematach, które naprawdę mnie interesują. I ten rozwój się nie wydarzał, bo nie miałam siły, ani nawet chęci, żeby o nim myśleć. Chciałam zrobić wszystko, a nie udawało się zrobić nic.

Na kilkanaście minut przed koncertem już nic nie pamiętam. Nie mam zielonego pojęcia, jak idą linie basu w piosenkach, które zaraz będę grać, chociaż sama je wymyśliłam. W lokalu wcale nie ma tłumu, bo mało kto nas zna, ale mnie już i tak robi się ciepło od atmosfery. Czuję mieszankę ekscytacji i strachu – to nie pierwszy koncert, który gram, ale być może pierwszy, podczas którego się pomylę albo zapomnę, co dalej. Zawsze przygotowuję się najlepiej, jak mogę, a później nigdy nie wiem. Sprzęt już rozstawiony, reprymenda dla Grześka, żeby nie przyspieszał, udzielona. Teraz już tylko czekam.

Stałam sobie kiedyś spokojnie w liceum, odstając od reszty rówieśników i dryfując po oceanie własnych myśli, aż z tego oceanu wyrwał mnie podekscytowany głos kolegi, który opowiadał o różnych technikach wchodzenia w świadomy sen. Pierwszy raz zetknęłam się z tym określeniem, więc od razu zapytałam, o co chodzi. Dostałam odpowiedź, że to taki sen, w którym można kontrolować to, co się dzieje. Zdziwiłam się, ale nie tym, że tak się da, tylko tym, że nie wszyscy śnią w taki sposób.

Wiosna. Piękny, duży ogród. Rośliny wybuchające zielenią. Robi się coraz cieplej. Weekend coraz bliżej, a ta perspektywa zdecydowanie upiększa życie. Co mogło pójść nie tak? Luźny przykład – mogło zapełnić się szambo.

Nie tak dawno pisałam o tym, jak złość zastąpiła mi większość emocji. Pracuję nad tym i od jakiegoś czasu faktycznie mogę mówić, że jestem szczęśliwa zamiast akurat nie czuję złości albo nie jestem nieszczęśliwa. Mimo to ta złość wciąż się pojawia – uczę się odróżniać, kiedy faktycznie mam do niej jakiś ważny powód, a kiedy ważny, ale wynikający z jakiegoś nieprzepracowanego tematu albo działający tylko jako mechanizm obronny. Jednocześnie walczę też o to, żeby tej złości nie bagatelizować i kiedy się pojawia, nie wmawiać sobie, że to nic i że wciąż mam świetny humor. Rozmawiam z tą moją złością i ustalam, po co przyszła – a wybuchów w ciągu dnia mam naprawdę sporo. Może nie aż milion i nie wszystkie są spektakularne, ale zdarzają się. Powody są często takie same i choć ja pracuję nad sobą, żeby siebie zmienić, to mam wrażenie, że świat się nie zmienia i powody zostaną.

Pamiętam, jak kilka lat temu Karolina Ziętek opublikowała filmik, w którym informowała swoich widzów, że niedawno się rozwiodła. Bardzo mnie on poruszył, bo naprawdę było w nim mnóstwo trudnych emocji, które youtuberka starała się trzymać na wodzy, próbując jednocześnie opowiedzieć o zmianach w swoim życiu. Ale jeszcze bardziej pamiętam z tego filmiku, jak bardzo zaskoczyło mnie, kiedy Karolina wspomniała, że już kilka widzek zauważyło, że nie nosi obrączki i pytało, czy wszystko w porządku. I tu się zatrzymałam, bo ja nie zwróciłam na to zupełnie uwagi – włączałam filmiki, żeby oglądać makijaże i nie zastanawiałam się nad niczym poza tym. Nie wiem, czy taka ze mnie słaba obserwatorka, czy może za bardzo skupiam się na swoim życiu. Czy ze mną jest coś „nie tak”, bo zwracam uwagę tylko na treść, po którą przyszłam, czy coś jest „nie tak” z ludźmi, którzy wyłapują to wszystko, co dzieje się dookoła tej treści?

Udało się! Z pomocą rodziny, po wielu miesiącach, po podpisaniu mnóstwa dokumentów, wydrukowanych chyba na ryzie papieru (R.I.P. drzewka) odebraliśmy klucze, zapakowaliśmy nasz dobytek i wreszcie pojechaliśmy do siebie.