życie

Pani Od Polskiego

Pamiętam, jak wróciłam kiedyś ze szkoły oburzona. To był początek czwartej klasy, kiedy pojawiło się już rozróżnienie na przedmioty. Moje oburzenie wynikało z faktu, że Pani Od Polskiego kazała napisać opowiadanie na 12 – 15 zdań. DWANAŚCIE – PIĘTNAŚCIE!!! Horror! Jak rozciągnąć na tyle zdań treść, którą można zawrzeć w trzech – czterech?! To było niewykonalne.

Pod płaszczykiem złości

Zawsze wydawało mi się, że jestem nerwowa i że mam trudny charakter. Mnóstwo sytuacji wyprowadzało mnie z równowagi, począwszy od budzika, który przerywał sen i zwiastował kolejny dzień w szkole, przez zagadnienia, których nie rozumiałam i relacje, które się kończyły, aż po tatę, który prawdopodobnie miał lada moment wrócić pijany. Ta złość wydawała mi się naturalnym elementem życia. Bo życie po prostu nie jest łatwe, trzeba sobie z tym jakoś radzić, nie ma się co mazać.

Anastazja

Jeden komentarz

Ja i moja babcia nie mamy za głębokiej relacji. Wizyty u niej zawsze traktowałam raczej jako obowiązek. Męczyło mnie słuchanie o tym, co ją boli i kto umarł. Podczas jednego ze śniadań wielkanocnych babcia jak zwykle narzekała. Nagle zamilkła, a po chwili oznajmiła: „a pierwszego męża mojej mamy to zastrzelił organista”. Masz moją uwagę, babciu!

Spowiedź opiekunki psa

„Pies to duża odpowiedzialność. Trzeba z nim wychodzić na spacery”. Powtarzano mi to bardzo często. I że nie wolno psów tarmosić za uszy – wiadomo. Ale chodzi o to, że lista obowiązków związanych z psem kończyła się na tym jednym punkcie – na spacerach. Które przecież są najlepsze ze wszystkich! A mimo to nigdy nie były przedstawiane jako super forma odpoczynku. Nie, to zawsze był obowiązek.

Po prostu przyjaźń

Od zawsze byłam uczona, że przyjaźń to mocne słowo, że to relacja, która nigdy się nie kończy. Czułam, że trochę nie wolno mi nazywać, przyjaciółkami koleżanek z przedszkola albo ze szkoły, choć one wzajemnie tak siebie nazywały. One się przyjaźniły, ja się kolegowałam. Dorośli (słusznie) przewidywali, może to nie będą zbyt trwałe relacje i przyjaźń to za mocne słowo. Choć może gdyby nie ich przewidywania, wymiana spojrzeń i sugestywny ton, po prostu bym się przyjaźniła, zamiast dogłębnie analizować swoje relacje – na tyle, na ile może to robić siedmiolatka.

Napisane na kolanie

Od jakiegoś czasu mam pustkę w głowie. W chwilach, kiedy muszę pracować, wysyłać maile i odbierać telefony mam najwięcej luźnych myśli – a nie mam ich kiedy złapać i choćby na szybko wpisać do Google Keep. Z kolei kiedy myślę sobie, że okej, to jest ten moment, siadam i piszę, standardowo słyszę cykanie świerszczy.

Playlista

To prawda, że często potrzebuję ciszy – zwłaszcza po takim dniu pracy, kiedy telefony ciągle dzwonią i mam dość nie tylko cudzych głosów, ale też swojego. Ale jest taki rodzaj nie-ciszy, która zupełnie mi nie przeszkadza.

Rzut mózgiem o ścianę

Czasem są takie dni. Myśli, zamiast mknąć z prędkością światła, czołgają się raczej leniwie. A kiedy chcę rzucić szybką ripostą, w połowie zdania jedna z komórek ciągnie za wajchę maszyny losującej i rozpoczyna losowanie jakiegokolwiek słowa, które w ogóle do tej riposty nie pasuje.

Najgorsze rady, jakie otrzymałam

Są takie rady, które są na całe życie, np. „zjedz mięso, zostaw ziemniaki”. I kiedy człowiek nie jest bardzo głodny, ale coś by zjadł, to od razu wiadomo, co robić. Są też inne rady, które pamięta się całe życie – ale tym razem dlatego, że nie pomogły, a wręcz zaszkodziły.